Kacper Kowalski od trzydziestu lat ogląda Gdynię z lotu ptaka – i mówi, że dopiero z góry widać, gdzie miasto oddycha, a gdzie się zacina. W poemacie wizualnym „100 lat śnienia Gdyni” szuka nie historii do odhaczenia, tylko sensu: co w Gdyni jest naprawdę trwałe.

Od 30 lat wznosisz się nad Gdynią na paralotni i patrzysz na nią z lotu ptaka. Co z tej perspektywy widać inaczej niż z poziomu ulicy?

Będąc w powietrzu, mam wrażenie, że krajobraz porusza się – z każdą chwilą zmienia się perspektywa i odsłaniają się kolejne plany. Widzę miasto i drogi, które do niego prowadzą: te nasze, ludzkie, i te naturalne, doliny, lasy, strumienie. Z tej wysokości Gdynia układa się w organizm wpisany w krajobraz. Wyraźniej widać też podziały: płoty, granice, działki; miękkie przenikania i twarde krawędzie – brzeg morza, skraj lasu, strefy przemysłowe. Lot jest dla mnie doświadczeniem bardzo fizycznym, przeżywanym przez ciało. A fotografia? To moment, w którym te obrazy zaczynają znaczyć więcej niż tylko „ładny kadr”. Najbardziej interesuje mnie jednak to, czego jeszcze o tym miejscu nie wiem. Jest w tym paradoks: patrzę, a nie widzę. Dopiero połączenie analitycznego myślenia architekta z cielesnym doświadczeniem lotu pozwala mi tworzyć obrazy, które poszerzają nasze widzenie.

Gdynia zawsze miała opinię młodego, prężnego miasta „z morza i marzeń”. Czy z góry wciąż widać tę samą świeżą energię?

Widzę nieprawdopodobny potencjał. Lot, w sensie dosłownym, jest oderwaniem od przyziemności. Wyjściem poza ludzką skalę. Przecież sami z siebie nie mamy skrzydeł. To dla mnie przywilej opowiadania o większym procesie. O tym, jak miasto będzie się rozwijać w kolejnych dekadach. Paradoksalnie przez te trzydzieści lat od mojego pierwszego lotu wiele się nie zmieniło. Owszem, zabudowa jest gęstsza, są nowe drogi. Ale las jest tam, gdzie był. Morze jest tam, gdzie było. W tym sensie Gdynia ma niezwykły przywilej: jest harmonijnie wpisana w przyrodę.

Wchodzimy w drugie stulecie, a panorama nabrzeża mocno się zmienia. Nie boisz się, że Gdynia straci swoje DNA?

To jedno z pytań, które uruchamiamy w Salonie Literackim w galerii sztuki współczesnej Przypływ – miejscu, które stało się naturalną przestrzenią miejskiej refleksji. Widzę, jak ważne są miejsca, w których sztuka nie pozostaje abstrakcją, lecz realnie krąży między ludźmi; to jeden z tych cichych procesów, które wzmacniają miasto od środka. Działanie poprzez sztukę jest bezpieczne – pozwala testować wersje alternatywne. Jeśli eksperyment się nie uda, instalację można zdjąć ze ściany. Jeśli nie uda się budynek albo dzielnica, ich wpływ zostaje z nami na długo. Dlatego kluczowym wyzwaniem jest tworzenie przestrzeni do testowania rzeczywistości i rozszczelniania przekonań, które czasem blokują nam dostęp do radości. A radość płynie z ciała, z głębi. Sztuka pozwala dbać o dostęp do tych wewnętrznych wartości – bezpłatnych, a bezcennych.

A co twoim zdaniem jest dziś dla Gdyni największym zagrożeniem?

Patrzę na Trójmiasto jak na jeden organizm, w którym dopiero Gdynia jest miastem morskim w pełnym sensie tego słowa. To tu energia ruchu wlewa się w miasto i znajduje swój finał w osi prowadzącej ku morzu, aż po horyzont. Tu ląd wdziera się w morze, a morze w ląd kanałem portowym. Z perspektywy lotu widzę wyraźny porządek: zabudowa odbija się od lasu i wraca ku centrum, co zapobiega rozlewaniu się miasta. To bardzo dobra wiadomość.

Modernistyczna geometria Gdyni nie jest dla mnie martwym założeniem formalnym. To nie tylko zaokrąglone narożniki ani okna w kształcie bulajów. To idea przepływu, oddechu i łączenia. Oddech miasta to zdolność do udrażniania przepływów: ludzi, relacji, energii, łączenia zamiast dzielenia. Nie obawiam się o DNA Gdyni. Paradoksalnie to, że zaraz po wojnie rozwijała się wolniej niż Gdańsk, okazało się zbawienne, bo ocaliło naszą przyrodę. Przy tej świadomości patrzę na zmiany nabrzeża bez lęku.

Właśnie ukazuje się twój poemat wizualny „Sto lat śnienia Gdyni”, wydany z inicjatywy Miasta. Skąd pomysł na taką właśnie formę?

To nie jest album, lecz książka, w której obraz staje się językiem narracji. Chciałem wejść w opowieść o Gdyni z pozycji czucia, tak jak było na początku, gdy pierwsi ludzie przez gest, rzeźbę, koraliki czy rysunki wyrażali to, co nieuchwytne i budzi zachwyt. Ten sam fragment bardzo rzeczywistego krajobrazu każdy twórca oddaje inaczej; i dalej, u każdego odbiorcy uruchamia odmienną, indywidualną refleksję. Ta wizualna podróż jest moim subiektywnym spojrzeniem na sztukę i dokonania tutejszych artystów. Budując napięcie między obrazem a tekstem, chciałem uruchomić w czytelniku myślenie abstrakcyjne i zachęcić go do swobody – by po prostu zobaczył, co się stanie. Wytrącam odbiorcę z oczywistej, linearnej narracji. To książka, której nie czyta się jednym ciągiem; raczej wskakuje się w wybrany fragment. Coś w nas zostaje lub nie. Zamykamy ją, odkładamy, ale ona korci nas dalej, zmuszając, by po czasie do niej wrócić.

W książce spotykają się twórcy z różnych epok, których łączy jeden mianownik: Gdynia. To szeroka panorama — od Augusta Siemensa, pierwszego fotografa miejsca, przez Strzemińskiego i Ostrowskiego, po współczesne głosy: Macieja Hermana, Tewu, operatora Sławomira Witka czy Grzegorza Piątka. Jak układałeś tę opowieść?

Chciałem przez wrażliwość ważnych dla Gdyni osób pokazać to, co w naszym mieście tak piękne i istotne. Artyści dostrzegają kolor, fakturę i migotanie; zwracają uwagę na coś, na co nie ma jeszcze słowa, ale jest już wyraz. W tej książce mieszają się ich odczucia z twardym kontekstem: historią, ciężką pracą i zjawiskami ukrytymi w nieoczywistych zakamarkach miasta. Chciałem ją zbudować jak wystawę, która nie będzie pokazana na ścianach galerii, a opowiedziana za pomocą medium książki.

Kacper Kowalski

Jak przebiegała praca nad tym projektem?

To był proces totalny, który trwał od wiosny. Piętnaście lat temu wydałem swoją pierwszą książkę o Gdyni, ale od tego czasu świadomość czytelnicza się zmieniła. Perspektywa lotu ptaka przestała być spektakularna, a ja mocno wszedłem w świat sztuki. Dlatego, gdy Miasto zaprosiło mnie do współpracy przy stworzeniu publikacji w oryginalnej formie, będącej ukłonem dla Gdyni, pomyślałem, że skoro w Gdyni nie ma Muzeum Sztuki Współczesnej, a są artyści i tradycja twórcza, to opowiem o tym świecie w formie książki – mieszając porządki i zapraszając ludzi do świata odczuwania. Nie sztuką jest podążać wytyczonymi ścieżkami; sztuką jest szukać nowych środków wyrazu. Ta książka ma ośmielić ludzi do swobodnego mówienia o swojej Gdyni i o własnym doświadczaniu obecnego tu piękna. To opowieść utkana z prac rzeźbiarzy, malarzy, poetów i ich historii. A jak to ze snami i marzeniami bywa – pozostaje ona bardzo otwarta.

Mówisz, że jesteś Gdynianinem z wyboru. Co Cię tu najbardziej trzyma?

To, że w piętnaście minut mogę być w lesie albo nad morzem. Mieszkając w Śródmieściu, nie muszę używać samochodu — tu w praktyce działa idea miasta 15-minutowego w wersji “de luxe” ze względu na przyrodę. Urzekło mnie też to, jak silnie ludzie identyfikują się z Gdynią, choć często nie potrafią od razu powiedzieć, z czego to wynika. Ten lokalny patriotyzm jest bardzo zakorzeniony. Chciałem zbadać, jak on się objawia i o czym przez lata mówili tutejsi artyści. Budując kolekcję obrazów i tekstów do publikacji, być może sam odpowiadam na pytanie, skąd bierze się gdyńska tożsamość.