v W sopockich 3 Siostrach „Reniferek” nie potrzebuje scenografii – Piotr Kosewski po prostu wchodzi w przestrzeń baru i robi z niej część przedstawienia. Trudno o lepsze miejsce dla historii, która zaczyna się od jednego, pozornie niewinnego gestu.
„Reniferka” nie trzeba przedstawiać. Serial Netflixa zrobił z historii Richarda Gadda telewizyjny fenomen ostatnich lat. Jednak zanim trafił na ekran był monodramem, dlatego też Teatr Nieduży wrócił z tą opowieścią z powrotem na scenę – choć „scena” jest tu określeniem umownym. Bowiem Piotr Kosewski, jako tytułowy bohater, gra wszędzie w przestrzeni 3 Sióstr: między stolikami, za barem, przed widzami, raz obok nich, a raz za ich plecami. Publiczność musi nadążyć. Czasem dosłownie. To jeden z lepszych pomysłów, gdy historia zaczyna naruszać przestrzeń osobistą.
Kosewskiemu towarzyszą głosy innych bohaterów, nagrane m.in. przez Ewę Kasprzyk, Mirosława Bakę, Aurelię Luśnię-Stankiewicz i Piotra Łukawskiego. To dobrze pasuje do historii człowieka osaczanego przez innych – fizycznie pozostaje sam, ale inni są stale obecni. Na aktorze spoczywa więc cały ciężar przedstawienia. Przez półtorej godziny musi utrzymać uwagę publiczności. I w dużej mierze mu się to udaje, bo Richard Kosewskiego jest zabawny, irytujący, zagubiony i nieporadny. Podejmuje złe decyzje, potrzebuje uwagi, wraca tam, skąd powinien uciec. Raz budzi współczucie, raz je odbiera. Dzięki temu „Reniferek” nie dzieli świata na dobrą ofiarę i złą prześladowczynię. Pyta raczej, dlaczego człowiek zostaje w sytuacji, która go niszczy.
Mimo ciężaru tej historii spektakl nie rezygnuje ze śmiechu. Kosewski wykorzystuje komediowy rytm tekstu Gadda. Szybko łapie kontakt z publicznością, by za chwilę odwrócić śmiech przeciwko niej. To, co zaczyna się jako anegdota, stopniowo przestaje być zabawne. Najmocniejsze są właśnie te zmiany tonu. „Reniferek” nie sygnalizuje: „teraz będzie poważnie” – pozwala, by śmiech sam gasł, a pomaga bliskość aktora. Najlepiej działa na widza wtedy, gdy gra oszczędnie: jako zakłopotany, śmieszny, bezradny Richard.
Są też minusy. Brak klasycznej sceny oznacza też brak jednej perspektywy widzenia. Nie wszyscy widzą to samo. Trzeba się odwracać, wychylać, czasem coś umyka. To przyziemny problem, ale realny. Klasyczna scena dałaby komfort, ale odebrałaby intymność. Drugim ograniczeniem jest sama forma monodramu, która zaczyna ciążyć spektaklowi. Gdy Kosewski na dłużej zostaje narratorem własnej historii, tempo wyraźnie siada. Głosy z offu budują świat, ale rytm opowieści bywa powtarzalny. Przedstawienie odzyskuje energię tam, gdzie aktor wychodzi z opowieści i wchodzi w bezpośrednią relację z widzami. Jest też Netflix. Serial sprawia, że część widzów może porównywać wszystko z gotowymi obrazami. Sopocka wersja nie może z nim konkurować skalą, ale nie musi. Może zrobić coś innego: postawić Richarda tuż obok. I to wystarcza.
Nie wszystko tu działa idealnie, ale ma jedną przewagę: bliskość. Serial oglądaliśmy z kanapy. Tu siedzimy przy stoliku, a cudza historia dzieje się obok. Można poczuć dyskomfort. I to w przypadku „Reniferka” najlepsza rekomendacja.



