Przed Milano ustawiały się kolejki, a kolorowe żetony na lody krążyły z ręki do ręki jak mała sopocka waluta. Przy otwartym oknie można było podglądać pracę maszyn, czuć zapach świeżych wafli i czekać na swoją porcję, zanim jeszcze lody trafiły do witryny. Przez dziesięciolecia Milano przy Bohaterów Monte Cassino wrastało w pejzaż Sopotu tak mocno, że dla wielu mieszkańców wspomnienie tej lodziarni jest po prostu wspomnieniem dzieciństwa. W 2026 roku mija siedemdziesiąt lat od chwili, gdy Oronzo De Marco rozpoczął działalność pod szyldem Milano. Historia miejsca zaczęła się jednak dużo wcześniej – od wojny, południa Włoch i człowieka, który trafił nad Bałtyk, a później postanowił tu zostać.
Był rok 1943. Oronzo De Marco, dwudziestokilkuletni Włoch z Casarano na południu Apulii, przybył do Gdyni jako żołnierz armii włoskiej. Wojna rzuciła go ponad dwa tysiące kilometrów od domu. Po jej zakończeniu nie wrócił jednak na południe Europy. Został na Wybrzeżu i zaczął układać sobie życie od początku.
Początkowo z lodami nie miał nic wspólnego. Pracował w porcie, a później przy odbudowie Trójmiasta. Przydał mu się fach wyniesiony z rodzinnego domu.
- Tata pochodził z rodziny zajmującej się obróbką kamienia – opowiada jego syn Klaudiusz De Marco. - Po wojnie pomagał przy układaniu kamiennej posadzki w gdańskich urzędach. Materiał sprowadzono z Włoch, a polscy rzemieślnicy nie mieli jeszcze dużego doświadczenia w jego obróbce, dlatego przydała się jego wiedza. Myślę, że już wtedy marzył o tym, żeby kiedyś otworzyć własny interes.
Sopot był wtedy miastem, które dopiero odzyskiwało swój przedwojenny rytm. Monciak ponownie stawał się spacerowym kręgosłupem kurortu, a wśród prywatnych punktów gastronomicznych szczególną pozycję zajmowały prowadzone przez Włochów lodziarnie. Oronzo zdobywał doświadczenie właśnie w tym środowisku – przy produkcji lodów i w pracy z klientami. W 1956 roku zdecydował się pójść własną drogą i otworzył Milano.
Dawne źródła dobrze pokazują, jak nietypowym przedsięwzięciem była wówczas prywatna włoska lodziarnia. W jednym z zachowanych archiwalnych artykułów Oronzo wspominał konkurencję z Capri, a ówczesny język prasowy przedstawiał sopockich lodziarzy niemal jak „kapitalistów” walczących o rynek. W rzeczywistości, jak wynikało z jego wspomnień, lokale miały własnych klientów i potrafiły funkcjonować obok siebie.
Milano szybko przestało być tylko nazwą. Dla sopocian stało się po prostu „lodami u Włocha”. To określenie przetrwało w pamięci mieszkańców przez kolejne dekady. W relacji zachowanej przez Muzeum Sopotu Andrzej Nowiński wspominał nie tylko smak lodów, ale także samego Oronza – Nino – który potrafił zmienić obsługę w mały spektakl i efektownie nakładać gałki na rożki. Lody były produktem, ale równie ważna była osoba stojąca po drugiej stronie lady.



