Otwarcie na świat
Świat wokół przyspieszał, a rynek powoli zaczął stawiać opór. Skandynawia, przez lata główny kierunek wysyłki ich owoców, wybudowała własne tunele i zaczęła uprawiać maliny u siebie. Z kolei lokalny rynek zalała ostra konkurencja z innych regionów. Kiedy jakieś siedem lat temu nadszedł moment krytyczny, stało się jasne, że gospodarstwo potrzebuje innej drogi, ale nowe pokolenie miało odwagę. Wprowadziło zmianę, która na zawsze odmieniła to miejsce.
- Parę lat temu mąż wpadł na pomysł uruchomienia samozbiorów – wyjaśnia Barbara. - Otworzyliśmy te samozbiory tutaj dla ludzi i no... niesamowity, fajny ewenement. W środku miasta wjeżdża się z ulicy i jest takie miejsce. Odwiedza nas bardzo dużo ludzi, zwłaszcza weekendowo, z rodzinami. Strzał w dziesiątkę.
Należy jednak pamiętać, że gospodarstwo w pierwszej kolejności realizuje zobowiązania wobec stałych odbiorców, dostarczając świeże maliny do sklepów, restauracji, cukierni oraz klientów indywidualnych. Samozbiory stanowią dodatkową formę działalności i są organizowane wyłącznie wtedy, gdy ilość dojrzewających owoców pozwala pogodzić je z bieżącą produkcją i dostawami.
Ale na tym odważne pomysły się nie skończyły. Wkrótce młodzi zrobili kolejny krok. Postawili sklepik samoobsługowy. Teoretycznie nie miał prawa dobrze działać. Bo jak to tak: postawić w polskim mieście sklepik, wyładować go dojrzałymi owocami, przetworami i sokami, po czym... po prostu pójść do swoich zajęć? Bez kasjera, bez pilnującego wzroku?
- Podróżując, spotkałem się z tym systemem sprzedaży. To było bardzo dawno, nie pamiętam dokładnie widoków, nie pamiętam nawet, gdzie to było, ale pamiętam to miejsce. Utkwiło mi w pamięci, że ktoś obdarzył mnie zaufaniem. Stała puszka, można było wziąć produkt, owoce, zapłacić i pójść dalej. Od tamtej pory, jak już prowadziłem gospodarstwo, zawsze o tym myślałem. A kiedy to wdrożyłem... byłem przeszczęśliwy – tłumaczy Daniel.
Zapasy w lodówkach wyglądają dokładnie tak, jak domowa spiżarnia – znajduje się tu tylko to, co gospodarze sami od lat robią dla siebie, kierując się chwilą, sezonem i pasją. Zamiast stałego menu jest wolność twórcza: tłoczone na prasie ślimakowej soki z malin czy jeżyn, soczyste truskawki odmiany Rumba, witaminowe shoty, ocet z czarnej porzeczki czy jagoda kamczacka zamknięta w słoiczku. A kiedy dany słoik zniknie z półki, nikt nie wie, czy i kiedy znów powróci.
Jednak trzeba przyznać, że początki nie były łatwe i wymagały próby ognia. Prawdziwe zaufanie kosztuje i bywa wystawiane na ciężkie próby.
- Na początku było faktycznie dużo kradzieży. Łącznie z tym, że pewnej nocy wyciągnęli nam całe lodówki! Trzeba było trzech dorosłych osób, żeby je w ogóle wytachać. Ale społeczność wokół tak się poruszyła... Sąsiedzi skrzyknęli się, szukali tych lodówek i w końcu ludzie do nas zadzwonili, że znaleźli je na osiedlu obok. Przeżyliśmy też historię z młodą parką, która podjeżdżała autem i po prostu pakowała kartony soków do bagażnika na imprezę – dopowiada Wojtyńska.
W wielu miejscach taka sytuacja skończyłaby się natychmiastowym zamknięciem interesu, wysokim płotem i kratami w okienku. Ale nie tu. Choć z czasem na terenie pojawił się dyskretny monitoring – bardziej dla poczucia bezpieczeństwa niż z chęci tropienia – sama filozofia gospodarstwa nie zmieniła się ani o milimetr. Na sklepiku pojawił się nawet prosty, poruszający napis: „Jesteś spragniony – napij się. Jesteś głodny – zjedz. Ale szanuj owoc naszej całorocznej, ciężkiej pracy!”.