Malinogród

Czas mierzony w szypułkach

Karol Kozak cowtrojmiescie.pl

Jak sprawić, by szefowie firm, turyści ze Szwecji i zabiegane matki z dziećmi zapomnieli o telefonach? Trzeba otworzyć bramy gospodarstwa w samym środku miasta i po prostu zaufać. Historia rodziny Wojtyńskich to pełna zakrętów opowieść o walce z kaprysami pogody, kradzieżach lodówek i odwadze, by w pędzącym świecie postawić wszystko na jedną kartę – spokój.

Mała dziewczynka zdejmuje malinę z szypułki tak delikatnie, jakby dotykała czegoś zrobionego ze szkła. Najpierw ogląda ją pod słońce, głęboka, aksamitna czerwień lśni w złocistym świetle, potem zjada ze czystą dziecięcą radością i od razu sięga po kolejną. Palce ma już ubarwione słodkim sokiem. Kilka rzędów dalej, w gęstwinie, słychać cichy śmiech. Dzieci przesuwają się po wąskich ścieżkach z pudełeczkami, a ich rodzice – na moment przestają zerkać na powiadomienia w telefonach. Wystarczy jeden krok za bramę Malinogrodu, by cały hałas Pomorza po prostu uleciał. Aż trudno uwierzyć, że ta cicha, zatrzymana w biegu oaza leży zaledwie parę minut od pędzącego, tętniącego życiem centrum Gdyni.

Karol Kozak

Czas pod paznokciami

Tutaj, na plantacji otulonej koronami drzew Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, czas mierzy się inaczej. Trzema latami, bo tyle trzeba czekać na pierwsze owoce. Dziesięcioma dniami nieustannego deszczu, bo tyle wystarczy, by stracić cały plon. I pokoleniami, bo aż tyle potrzeba, by zakorzenić się na dobre.

- Założycielem jest mój tata, który w siedemdziesiątym ósmym roku powiedział – bo pochodzi z województwa łódzkiego, z Głowna, a żonę poznał w Gdańsku – że nigdy nie przeprowadzi się do Gdyni, jak nie będzie miał ziemi – opowiada Daniel Wojtyński, obecny właściciel. - No i ta żona, czyli Dorota, załatwiła dzierżawę w tym miejscu, gdzie jesteśmy, aby pozostać w Gdyni.

Tak Marian zapuścił korzenie. Próbował wszystkiego, jakby chciał wygrać wyścig z czasem i wymagającym pomorskim klimatem. Najpierw na polach czerwieniły się truskawki, potem dojrzewały pomidory, aż wreszcie pojawiły się pierwsze sady. Gdy dzieci były jeszcze małe, w głowie ojca kiełkował już pomysł na maliny. Ale praca na roli bywa bezwzględna. Marian, widząc, ile zdrowia kosztuje każda garść owoców, chciał oszczędzić dzieciom tego trudu. Wolał dać im inną przyszłość – spokojniejszą i przewidywalną przy rytmicznym szumie maszyn do szycia, więc wysłał synów do technikum krawieckiego.

Karol Kozak

- Mówił, że nie damy sobie rady, bo jest bardzo dużo czynników, które wpływają na utrzymanie roślin w dobrej kondycji. I gdy zginął na drugiej plantacji, bo kupił w międzyczasie ziemię w Kaczkach, ten obowiązek po prostu na nas spadł. Wiedzieliśmy od razu, że nie będziemy krawcami, pomimo że tak nas do tego pchnął. Z wykształcenia jesteśmy krawcami, a z praktyki rolnikami. I to zawsze kochaliśmy – dodaje właściciel.

Czas nie pytał o gotowość – synowie musieli wejść w buty ojca szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał. Gdy wydawało się, że koło historii się zatrzymało, pojawił się Nikodem, syn Daniela i Barbary.

- Zaczął szkołę w technikum informatycznym – wspomina z uśmiechem Barbara Wojtyńska, właścicielka. - Cieszyłam się, że już nie będzie się tu brudził jak tata. Mówiłam mu: „Jak będziesz, synek, dobry, to będziesz mógł z każdego miejsca na świecie pracować.” A on potem na wakacjach dzwoni i mówi: „Mama, ja jednak chcę robić to, co tata. Rzucam tę szkołę, przenoszę się do ogrodniczej”. No, nie byłam zadowolona! Ale Daniel się ucieszył bardzo!

Komputery i obietnica pracy z dowolnego zakątka globu przegrały z magnetyzmem ziemi. Nikodem spakował plecak, zostawił kodowanie i wrócił do korzeni. Dziś w prowadzeniu plantacji rodziców wspiera również córka Nadia. Choć na co dzień pracuje w banku, niemal każdy weekend spędza na plantacji. To właśnie dzięki wsparciu obojga dzieci rodzinny charakter gospodarstwa pozostaje jego największą siłą.

Zielona wyspa na łasce czasu

Gdy w 1978 roku Marian zapuszczał tu korzenie, cały ten teren, blisko trzydzieści hektarów, tętnił wiejskim życiem tuż obok miejskiego zgiełku. Szumiały tu sady wiśniowe, czerwieniły się pola truskawek i czarniały krzaki porzeczek. Z biegiem lat zegar historii zaczął jednak wybijać inny rytm. Działkowcy powoli znikali. Pola porósł las. Została tylko jedna, zielona wyspa. Dziś plantację otaczają gęste korony drzew Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Ta wyjątkowa lokalizacja to jednocześnie błogosławieństwo i nieustanny sprawdzian z pokory.

- Uprawa w Parku z jednej strony pomaga, a z drugiej szkodzi. Pomaga, bo las chroni nas od silnych wiatrów i przymrozków. Szkodzi, bo są szkodniki, które potrafią zniszczyć plon w ciągu tygodnia. Musimy stosować wtedy w większości ekologiczne preparaty – zaznacza Wojtyński.

Dzierżawiona od miasta ziemia sprawia, że żaden rok nie jest pewny. Choć urzędnicy patrzą na ich prężnie działający, zielony zakątek z niezwykłą życzliwością i wsparciem, w głowie rolnika zawsze tli się myśli o kruchości tego, co zbudowali.

- Przypominają nam albo sprawdzają, czy wiemy, że jesteśmy tutaj tylko gośćmi na tej ziemi. Nie możemy robić dużych nakładów, stałych ogrodzeń. Wszystko musi być robione tak, że z roku na rok możemy mieć wypowiedzianą umowę. Jest takie zapewnienie na trzy lata, gdyby coś się miało dziać, ale też ciężko się inwestuje w nasadzenia, wiedząc, że niektóre z nich dopiero po trzech latach dają pierwszy plon – dodaje.

Karol Kozak

Otwarcie na świat

Świat wokół przyspieszał, a rynek powoli zaczął stawiać opór. Skandynawia, przez lata główny kierunek wysyłki ich owoców, wybudowała własne tunele i zaczęła uprawiać maliny u siebie. Z kolei lokalny rynek zalała ostra konkurencja z innych regionów. Kiedy jakieś siedem lat temu nadszedł moment krytyczny, stało się jasne, że gospodarstwo potrzebuje innej drogi, ale nowe pokolenie miało odwagę. Wprowadziło zmianę, która na zawsze odmieniła to miejsce.

- Parę lat temu mąż wpadł na pomysł uruchomienia samozbiorów – wyjaśnia Barbara. - Otworzyliśmy te samozbiory tutaj dla ludzi i no... niesamowity, fajny ewenement. W środku miasta wjeżdża się z ulicy i jest takie miejsce. Odwiedza nas bardzo dużo ludzi, zwłaszcza weekendowo, z rodzinami. Strzał w dziesiątkę.

Należy jednak pamiętać, że gospodarstwo w pierwszej kolejności realizuje zobowiązania wobec stałych odbiorców, dostarczając świeże maliny do sklepów, restauracji, cukierni oraz klientów indywidualnych. Samozbiory stanowią dodatkową formę działalności i są organizowane wyłącznie wtedy, gdy ilość dojrzewających owoców pozwala pogodzić je z bieżącą produkcją i dostawami.

Ale na tym odważne pomysły się nie skończyły. Wkrótce młodzi zrobili kolejny krok. Postawili sklepik samoobsługowy. Teoretycznie nie miał prawa dobrze działać. Bo jak to tak: postawić w polskim mieście sklepik, wyładować go dojrzałymi owocami, przetworami i sokami, po czym... po prostu pójść do swoich zajęć? Bez kasjera, bez pilnującego wzroku?

- Podróżując, spotkałem się z tym systemem sprzedaży. To było bardzo dawno, nie pamiętam dokładnie widoków, nie pamiętam nawet, gdzie to było, ale pamiętam to miejsce. Utkwiło mi w pamięci, że ktoś obdarzył mnie zaufaniem. Stała puszka, można było wziąć produkt, owoce, zapłacić i pójść dalej. Od tamtej pory, jak już prowadziłem gospodarstwo, zawsze o tym myślałem. A kiedy to wdrożyłem... byłem przeszczęśliwy – tłumaczy Daniel.

Zapasy w lodówkach wyglądają dokładnie tak, jak domowa spiżarnia – znajduje się tu tylko to, co gospodarze sami od lat robią dla siebie, kierując się chwilą, sezonem i pasją. Zamiast stałego menu jest wolność twórcza: tłoczone na prasie ślimakowej soki z malin czy jeżyn, soczyste truskawki odmiany Rumba, witaminowe shoty, ocet z czarnej porzeczki czy jagoda kamczacka zamknięta w słoiczku. A kiedy dany słoik zniknie z półki, nikt nie wie, czy i kiedy znów powróci.

Jednak trzeba przyznać, że początki nie były łatwe i wymagały próby ognia. Prawdziwe zaufanie kosztuje i bywa wystawiane na ciężkie próby.

- Na początku było faktycznie dużo kradzieży. Łącznie z tym, że pewnej nocy wyciągnęli nam całe lodówki! Trzeba było trzech dorosłych osób, żeby je w ogóle wytachać. Ale społeczność wokół tak się poruszyła... Sąsiedzi skrzyknęli się, szukali tych lodówek i w końcu ludzie do nas zadzwonili, że znaleźli je na osiedlu obok. Przeżyliśmy też historię z młodą parką, która podjeżdżała autem i po prostu pakowała kartony soków do bagażnika na imprezę – dopowiada Wojtyńska.

W wielu miejscach taka sytuacja skończyłaby się natychmiastowym zamknięciem interesu, wysokim płotem i kratami w okienku. Ale nie tu. Choć z czasem na terenie pojawił się dyskretny monitoring – bardziej dla poczucia bezpieczeństwa niż z chęci tropienia – sama filozofia gospodarstwa nie zmieniła się ani o milimetr. Na sklepiku pojawił się nawet prosty, poruszający napis: „Jesteś spragniony – napij się. Jesteś głodny – zjedz. Ale szanuj owoc naszej całorocznej, ciężkiej pracy!”.

Karol Kozak

Mozaika zwalniającego miasta

Na ścieżkach między rzędami malin tworzy się niezwykła, barwna mozaika ludzi. Kobiety w ciąży z pobliskich osiedli, które szukają chwili ciszy i owoców ze znanego, pewnego źródła. Dziadkowie z wnukami, cierpliwie tłumaczący różnicę między dojrzałą maliną a tą, której trzeba dać jeszcze dwa dni słońca. Zaraz obok – turyści, którzy trafili tu przez przypadek lub wyszukali to miejsce w sieci.

- Najczęściej przyjeżdżają do nas mieszkańcy miasta, ale bardzo często mamy turystów. Niedawno był taki dzień, że najpierw Koreanki, potem ciemnoskórzy goście, Szwedzi, Czesi... Aż się zastanawiałam, co to za dzień! Pewnie szukali w Google, jak spędzić czas. A samozbiór to niesamowicie miła rzecz – i dla dzieci, i dla dorosłych – opowiada Barbara.

Najciekawszy obrazek pojawia się jednak w niedzielne popołudnia, kiedy po całym tygodniu stresu i biurowych krawatów nadchodzi czas na przymusowy reset.

- W niedzielę żony zaciągają mężów-biznesmenów. Przychodzi taki ubrany w koszulę, w lakierkach i mówi pod nosem: „Nie wiem, gdzie mnie żona ciągnie w te krzaki”. Ale poszedł, a potem wraca, to jest wręcz szczęśliwy, zadowolony, zrelaksowany. Mówi: „Kurczę, coś innego! Fajnie tak spędzić dzień” – dodaje z uśmiechem.

Ta oaza nie jest jednak darmowym parkiem rozrywki. To praca ludzkich rąk i żywe przedsiębiorstwo, które wymaga dyscypliny i wzajemnego szacunku. Gospodarze cierpliwie uświadamiają odwiedzających, że degustacja przed zbiorem jest wręcz wskazana, by poznać smak i barwę, ale nie jest to miejsce na darmowy obiad.

- To jest owoc naszej pracy i my z tego żyjemy. Degustacja jest konieczna, ale uświadamiamy rodziców, żeby też tłumaczyć dzieciom, że nie jesteśmy miejscem, gdzie przychodzi się „najeść do syta”. Pracujemy od wiosny do śniegów. Podchodzimy delikatnie, tłumaczymy. Chcemy pokazać, jak ciężka to praca, ale też nie tworzymy ogrodu, do którego przychodzi się bez zasad – przestrzega właściciel.

Karol Kozak

Dwa światy za murem z zieleni

Gdy nad Trójmiastem podnosi się lipcowe słońce, rynek pracy i wypoczynku przestawia się na letni, beztroski tryb. Tłumy mkną ulicami w stronę bałtyckich plaż, ogródki restauracyjne pękają w szwach, a zewsząd słychać szum nadmorskiego życia.

- Co roku latem, gdy wszyscy znajomi imprezują, chodzą nad morze, jeżdżą na urlopy, wtedy mamy ochotę powiedzieć dość. Ale nie możemy opuścić plantacji. Mieszkamy trzy kilometry od morza, wszyscy chodzą, drineczka piją, a my wracamy do domu i padamy – podkreśla właścicielka. - Nasi przyjaciele wiedzą, że nie istniejemy latem. Mamy swoją paczkę od lat i nawet nikt już nie pyta, czy z nimi gdzieś pojedziemy, bo nie ma takiej opcji. Kiedyś tego nie rozumiałam, myślałam: „Przekichane, wyjęci z życia!”.

To nie jest jednak narzekanie. To raczej trzeźwy, chłodny realizm ludzi, którzy związali swój los z ziemią.

- Rolnik to osoba, która w każdej sytuacji musi działać sama. Musi być mechanikiem, naprawić traktor, samochód, być elektrykiem, hydraulikiem, budowlańcem. Jak jest awaria urządzenia, to to nie może poczekać tygodnia ani kilku dni na fachowca. Wszystko musi być na już, i nie wszyscy ludzie potrafią to zrozumieć – podchwytuje wątek Daniel.

Do codziennego, fizycznego trudu dochodzi jeszcze nieustanna niepewność. Największym szefem w tym fachu pozostaje pogoda. Jeden kaprys potrafi skasować miesiące ciężkiej pracy.

- Każde niepowodzenie, kiedy człowiek włoży mnóstwo czasu i serca w jakiś rodzaj uprawy, a pogoda niszczy plon w stu procentach, daje bardzo dużo do myślenia – kwituje Daniel.

- Jak mi źle, to mówię sobie: „Jeszcze trochę, jeszcze chwilę... i odpoczniemy również i my” i wtedy robi mi się lepiej – zdradza z uśmiechem Barbara.

Karol Kozak

Smak wolniejszego czasu

Gdy słońce zaczyna powoli chylić się za koronami drzew, a na ścieżkach zapada kameralny spokój, pada proste, reporterskie pytanie: co tak naprawdę jest owocem tej pokoleniowej pracy? Co rolnik, który od dziecka oddaje zdrowie tej ziemi, chciałby zaoferować drugiemu człowiekowi?

- Chwile odpoczynku i relaksu, uśmiech na twarzy... Bo każdy jest teraz taki zabiegany. To jest najcenniejsza idea, że człowiek z miasta przyjeżdża, wjeżdża w te laski, bez telefonu, przy ptaszkach. To bezcenne, to zwolnienie pędu życia – mówi zdecydowanie Wojtyńska.

Daniel milknie na moment.

– Zdrowe owoce... Koszyk zdrowych owoców. A oprócz tego… kameralnie spędzony czas!

I nagle wszystko staje się jasne. Owoce – te najsłodsze, pachnące słońcem maliny – są tylko pretekstem. Prawdziwym darem, który rodzina daje zaciąganym przez żony biznesmenom, kobietom w ciąży, turystom z drugiego końca świata i dzieciom uczącym się obcować z naturą, jest czas.

Czas, który na tej małej, zielonej wyspie na chwilę przestaje uciekać.