Andaluzyjski Kadyks na hiszpańskim wybrzeżu Costa de la Luz zdumiewa karaibskim klimatem. Nadmorskie bulwary, barokowe kościoły, wysadzane palmami ulice z barwnymi elewacjami przypominają widoki Hawany. Może dlatego, że ponad 500 lat temu Kolumb wyruszył stąd do Nowego Świata i przypływały tu zamorskie skarby? A może przez odcinek Jamesa Bonda, w którym miasto, otoczone z trzech stron oceanem udaje stolicę Kuby…

Kadyks, wysunięte na południe miasto Andaluzji jest w linii prostej bliżej marokańskiego Tangeru niż stolicy regionu Sewilli. Położone na atlantyckiej wyspie oddzielonej od lądu kanałem Caño de Sancti Petri, kiedyś obejmowało małe wysepki, które z czasem połączono.

Od Gadir, Tarszisz  do Cádiz

Cádiz, założony przez Fenicjan ponad trzy tysiące lat temu jako dawny Gadir, jest uznawany za najstarsze, stale zamieszkane miasto Europy Zachodniej. Utożsamiane jest też z legendarnym biblijnym Tarszisz, bogatym miastem portowym i fenicką kolonią Tartessos. Z czasem miasto wpada po kolei w ręce Kartaginy, Rzymu, Maurów, a w XIII w. przejmuje je Kastylia.

To stąd w 1493 r. wypływają okręty drugiej wyprawy Kolumba do Nowego Świata. Stąd, wielki odkrywca wyrusza w swój ostatni rejs w poszukiwaniu morskiego przesmyku do Azji. Pod koniec zaś XVI w. angielski korsarz Francis Drake niszczy w Kadyksie hiszpańską flotę, co nazwano potem „osmaleniem brody hiszpańskiego króla”. Miasto ze względu na wyjątkowe położenie, po czasach monopolu Sewilli, staje się w XVIII w. głównym portem obsługującym zamorski handel Kastylii z Nowym Światem. Strategiczny punkt jest też celem dla floty Admirała Nelsona. Przełom XVIII/XIX w. to klęski hiszpańskiej floty koło przylądka São Vicente i niedalekiego Trafalgaru. Początek XIX w. to z kolei oblężenie Kadyksu przez wojska napoleońskie.

Zbliżamy się do miasta jadąc nowoczesnym, niezwykłym wantowym Mostem Konstytucji, który łączy Kadyks ze stałym lądem. Pylony konstrukcji wznoszą się na wysokość 185 m, a białe wanty, jak gigantyczne struny trzymają trzykilometrowe przęsło na wysokości blisko 70 m. To czyni go drugim, najwyższym mostem dla ruchu morskiego na świecie. Fenomenalne pierwsze widoki na port i białe miasto otoczone błękitem oceanu zapowiadają nową przygodę.

Pomarańczowe bikini

Trafiamy do starej dzielnicy La Viña na samym końcu cypla, skierowanego wprost na Zachód, w kierunku „błyszczącego złotem i pachnącego tytoniem” Nowego Świata. Wysadzany palmami, ozdobiony pięknymi żeliwnymi latarniami bulwar Campo del Sur, otaczający miasto od strony Atlantyku przypomina karaibską riwierę. Wzdłuż niego ciągną się kilometry złotych plaż. Pięć minut spacerem dzieli nas od najbardziej znanej plaży La Caleta. Położona w malowniczej zatoce pomiędzy kamiennym morskimi fortami San Sebastián i Santa Catalina, po odpływie pełna jest łodzi rybackich leżących na skałach i piasku. Od strony miasta obejmują ją białe pawilony

Balneario de Nuestra Señora de la Palma y del Real czyli dawne łazienki i uzdrowisko, niestety dziś niedostępne. Ten stuletni, obiekt nawiązujący architektonicznie nieco do art déco i brytyjskich kurortów nadmorskich zasłynął jako kubański plażowy bar w filmie o Jamesie Bondzie pt. „Śmierć nadejdzie jutro” z 2002 r. Tu nakręcono znaną scenę, w której Halle Berry w pomarańczowym bikini wyłania się z Oceanu… Miał rację Lord Byron nazywając ten hiszpański zakątek „Syreną Oceanu”.

Rano, w kierunku plaży zmierzają z leżakami i parasolami mieszkańcy sąsiednich ulic. I z tym samym ekwipunkiem, powracają o zmierzchu. Wszak słońce świeci tu ponoć 3 tys. godzin w roku. Oblany Atlantykiem Kadyks ma jeszcze wiele kilometrów plaż. Wzdłuż nowoczesnej części miasta, ciągnie się przez trzy kilometry Playa de la Victoria, która oferuje także liczne bary i restauracje. Obok niej jest spokojniejsza i dzika Playa de Santa Maria del Mar, ulubiona przez dla serferów. Ostatnia, Playa de la Cortadura - długa z dzikimi wydmami, przestrzenią i spokojem położona jest na południu miasta. To słońce, woda i światło sprawiły, że Hiszpanie nadali miastu pieszczotliwe miano: „la Tacita de Plata” czyli

Srebrna filiżaneczka

Kadyks to wąskie uliczki, kolonialne kamienice z kutymi żelaznymi balkonikami i fasady barokowych świątyń. To także białe kostki domów z płaskimi dachami i miradores, które kiedyś służyły kupcom do wypatrywania wpływających statków. To miasto przesiąknięte jest duchem zamorskich kolonii, zachowując swoją odrębność od reszty Andaluzji. Do dziś przechowało swój osiemnastowieczny charakter i przypomina Hawanę czy miasta Ameryki Łacińskiej. Istniejące do dziś kupieckie rezydencje i Katedra Nueva, przypominają o złotym, XVIII wieku i bogactwie tego miasta. Z przyjemnością zapuszczam się w wąskie uliczki. Stara część, pozbawiona jest ruchu samochodowego. Partery zajmują sklepy, sklepiki, kawiarenki i restauracyjki. Drobny handel i usługi nadal tu funkcjonują. Zaglądam do staroświeckich, pasmanteryjnych sklepów, wypełnionych po sufit kartonami przedziwnych guzików, frędzli, chwostów i plastikowych detali z Chin. Zawsze pełne klientów i zgiełku. Kolejne witryny, które przyciągają moją uwagę to sklepy z dewocjonaliami. Niezwykła oferta na domowe ołtarzyki, wota czy sakralne dekoracje. Wpadam też pogrzebać w sklepach- bazarach różności. Od tandetnych plastikowych wachlarzy, drobnego wyposażenia domu po koszyki i odzież. Przymierzam na zapleczu pomiędzy kartonami zeszytów i długopisów lekkie ogrodniczki w paski. Wychodzę zadowolona z zakupu i ceny oraz ochrony przed temperaturą 36 st. C. w cieniu. Aż wreszcie dochodzę do miejskiej hali targowej Mercado Central. Zabytkowy portal kryje nowoczesną, jasną halę wypełnioną głównie morskim dobrem. Jestem zachwycona, chodząc od stoiska do stoiska oglądając ryby i uważając na szybujące pod dachem morskie ptaki. Tysiące ryb, mięczaków i głowonogów pachnie oceanem i pyszną kolacją. Robię mnóstwo zdjęć, do których pozują mi sprzedawcy i kupuję pąsowe steki z tuńczyka o średnicy dużej patelni!

Mój pisha z Kadyksu

Wąską uliczką, po zacienionej stronie wychodzę na rozległy plac przed katedrą. Mimo pory sjesty, przy kawiarnianych stolikach sporo gości przy kawie, winie i miejscowym sherry. A przed barokowo-klasycystyczną, jasną fasadą świątyni, pędzą rumaki na starej karuzeli, a wielkich bańkach mydlanych odbijają się tęczowo wieże katedry. To stamtąd, pod dzwonami oglądamy wspaniałą panoramę miasta, portu, bulwarów i bezkres oceanu. A z bliska widzimy kopułę katedry, nazywaną „zwierciadłem Kadyksu” z racji pokrycia płytkami azulejos dorados. Ich złoty blask jest swoistym „namiernikiem” dla statków na oceanie. W dole zaś widzimy dachy, kopułę transeptu i wieżę Iglesia de Santa Cruz tzw. starej katedry, którą pokrywają barwne azulejos. Uciekamy z wieży, kiedy spiżowe kolosy zaczynają się kołysać i wydawać bardzo głośne bim-bom.

Mimo gwarnego centrum miasta, znajdujemy w Kadyksie wiele spokojnych miejsc, parków, placów i placyków. Odkryciem jest plac Plaza de Mina, wysadzany egzotycznymi drzewami i kwiatami dając pachnący i zbawienny cień. W kawiarence na ratanowym fotelu pod baldachimem z konarów i liści wielkiego fikusa odnajduję wytchnienie i kontakt z Kadyksem sprzed wieku. Te olbrzymie drzewa z kłaniającymi się ku ziemi konarami przypłynęły tu ponoć z Hawany. W kilku miejscach miasta, ich wiekowe okazy podkreślają zamorski charakter.

Za rogiem mojej ulicy jest calle Virgen de la Palma, którą wieńczy piaskowo-biała fasada parafii Nuestra Señora de la Palma. Co roku, 1 listopada figura Matki Boskiej niesiona jest w procesji z okazji rocznicy ocalenia przed groźnym tsunami w 1755 roku, które zniszczyło Lizbonę. Elewacje kamienic po obu stronach ulicy są w kolorach pastelowej zieleni, żółci, turkusu i różu. Ich partery zajmują knajpki, a pióropusze posadzonych palm dosięgają ostatnich kondygnacji. W takiej karaibskiej scenerii ulica ożywa gwarem głodnych gości wieczorami. Zamawiamy lokalne specjalności smażone kawałki ryb i kalmarów, placki z krewetkami, tatar z tuńczyka i lokalną sałatkę z ziemniaków. Nie jest łatwo, menu tylko po hiszpańsku... Jemy, pijemy i wsłuchujemy się w południowy dialekt andaluzyjski gaditanos czyli mieszkańców. Uczymy się jak oni szybko i ekspresyjnie wymawiać nowe słowo – pisha czyli kumpel. Wieczór jest długi, słońce chowa się tu za horyzontem dopiero po 22.00.