Split

Miasto, które zamieszkało w pałacu

Canva
Adriatycka toń leniwie obmywa surowe wybrzeże Dalmacji, niosąc ze sobą echo dawnych opowieści o syrenach, których śpiew mamił tutejszych rybaków. W tych baśniach, obok mitycznych gryfów i legend o królach piratów, kryje się kod genetyczny Splitu, który rzymski przepych potrafił połączyć z filozofią niespiesznego życia.

Przyjechałam do Splitu o poranku. Adriatyk miał kolor wypolerowanego szkła, a pierwsze promienie słońca odbijały się od białych kamiennych fasad ciągnących się wzdłuż nadmorskiej promenady. W porcie budziły się promy płynące na Brač, Hvar i Vis. Kilka kroków dalej starsi mieszkańcy zajmowali swoje miejsca przy kawiarnianych stolikach, jakby od pokoleń uczestniczyli w tym samym codziennym rytuale.

Trudno uwierzyć, że za tym spokojnym obrazkiem kryje się miasto, którego historia sięga czasów rzymskich cesarzy. Split nie powstał wokół rynku, zamku czy portu. Współczesny Split wyrósł z murów monumentalnej rezydencji zbudowanej dla jednego z najpotężniejszych ludzi starożytnego świata. To właśnie pałac cesarza Dioklecjana, wzniesiony na przełomie III i IV wieku, stał się zalążkiem dzisiejszego miasta.

Położony na półwyspie między Zatoką Kaštela a Kanałem Splitskim, otoczony wzgórzami i otwarty na Adriatyk, jest dziś drugim co do wielkości miastem Chorwacji i największym ośrodkiem Dalmacji. Liczy niewiele ponad 160 tysięcy mieszkańców, ale każdego roku przyciąga miliony turystów. Jedni przyjeżdżają dla plaż i wysp rozsianych po morzu, inni dla serialowych kadrów z „Gry o tron”. Wystarczy jednak kilka godzin spaceru po starym mieście, by zrozumieć, że największą atrakcją Splitu pozostaje jego historia. Jest obecna wszędzie: w murach pamiętających cesarzy, na placach, które niegdyś były rzymskimi dziedzińcami, i w kamieniach wygładzonych przez niemal dwa tysiące lat ludzkich kroków.

Imperium w kamieniu

Zanim to miejsce stało się architektonicznym fenomenem, pozostawało w cieniu pobliskiej Salony, stolicy rzymskiej Dalmacji. To właśnie w tych rejonach około 244 roku urodził się Dioklecjan, który miał na zawsze odmienić losy regionu. Gdy objął władzę w 284 roku, Cesarstwo Rzymskie pogrążone było w kryzysie. Przeprowadził reformy, umocnił granice i stworzył system rządów, który ustabilizował państwo. Zapisał się jednak w historii jeszcze z jednego powodu. Jako pierwszy rzymski cesarz dobrowolnie zrzekł się tronu. Zamiast walczyć o władzę, wybrał spokojną starość nad Adriatykiem. Według przekazów, gdy proszono go o powrót do polityki, odpowiadał, że woli doglądać warzyw rosnących w swoim ogrodzie. To właśnie z myślą o cesarskiej emeryturze, w latach 293-305, wzniesiono monumentalną rezydencję, która na zawsze zmieniła Split i okolice.

Władca nie szczędził środków na swój azyl. Na powierzchni niemal 40 tysięcy metrów kwadratowych powstała hybryda luksusowej willi i rzymskiego obozu wojskowego zbiegających się w nieregularny czworobok, otoczona potężnymi, grubymi na dwa metry murami obronnymi, które wraz z systemem baszt sięgały 26 metrów wysokości. Do budowy sprowadzono czarny granit aż z Egiptu, włoskie marmury oraz lśniący, biały wapień z sąsiedniej wyspy Brač. Miejscowi chętnie powtarzają, że ten sam kamień wykorzystano później przy budowie Białego Domu, choć historycy nie potwierdzają tej opowieści.

Geometria tego miejsca była bezwzględna. Dwie główne ulice przecinały się pod kątem prostym, prowadząc do Perystylu, reprezentacyjnego dziedzińca otoczonego kolumnami. To tutaj cesarz ukazywał się poddanym, a dziś spotykają się mieszkańcy i turyści, często nie zdając sobie sprawy, że stoją w samym sercu jednego z najlepiej zachowanych kompleksów architektury rzymskiej na świecie.

Legenda głosi, że gdzieś pod pałacem ukryto skarb Dioklecjana. Poszukiwano go przez stulecia, lecz bez skutku. Znacznie łatwiej odnaleźć inne skarby ukryte w jego murach. Zachowane podziemia należą dziś do najcenniejszych zabytków późnego antyku w Europie. Ich surowe wnętrza wybrali twórcy serialu „Gra o tron”, urządzając tu lochy smoków Daenerys Targaryen. Dla wielu turystów była to pierwsza zachęta, by zobaczyć Split.

Canva

Życie, które nie zamarło

Czas i historia obeszły się z azylem cesarza w sposób przewrotny. W kolejnych stuleciach pałac znalazł się pod panowaniem Bizancjum, które wpisało go w swój system obronny, jednak prawdziwy zwrot akcji nastąpił w VII wieku. Gdy sąsiednia, potężna Salona obróciła się w ruinę pod naporem Awarów i Słowian, jej ocalali mieszkańcy znaleźli schronienie za potężnymi, rzymskimi murami. W dawnych cesarskich komnatach urządzano domy, magazyny i warsztaty. W ten sposób rozpoczął się proces, który historycy urbanistyki uznają dziś za zjawisko wyjątkowe w skali Europy. Niewiele jest miejsc, gdzie całe miasto wyrosło wewnątrz starożytnego pałacu.

Dalsze stulecia dopisywały kolejne rozdziały do tej kamiennej kroniki. Rok 1420 przyniósł rządy Republiki Weneckiej, czas utraty autonomii, ale i złotą erę handlu morskiego oraz kulturalnego rozkwitu. Później przyszły rządy Habsburgów, epoka Jugosławii i burzliwy XX wiek. Każda z tych epok pozostawiła ślad, ale żadna nie zdołała przyćmić rzymskiego dziedzictwa, które do dziś definiuje charakter miasta.

Wszystkie warstwy czasu rezonują na Perystylu, gdzie paradoks historii uderza z pełną siłą. Dumnie stoi tu czarny, egipski sfinks z czasów faraona Totmesa III. Ma ponad 3000 lat i jako jeden z nielicznych sfinksów sprowadzonych przez Dioklecjana przetrwał chrystianizację miasta. Według lokalnej legendy amerykański krezus Cornelius Vanderbilt chciał go odkupić, lecz spliczanie odprawili go z kwitkiem. Kilka kroków dalej znajduje się miejsce, które najlepiej pokazuje przewrotność historii. Mauzoleum Dioklecjana, odpowiedzialnego za największe prześladowania chrześcijan w historii Cesarstwa Rzymskiego, zostało przekształcone w katedrę św. Dujma, patrona Splitu. To jedna z najstarszych katedr świata nieprzerwanie funkcjonujących w pierwotnej rzymskiej budowli. Ze szczytu wzniesionej później dzwonnicy rozciąga się widok na kamienne dachy starego miasta, Adriatyk i wyspy Brač, Šoltę oraz Čiovo.

Mijając dawną Brązową Bramę, wychodzimy na Rivę - tętniącą życiem nadmorską promenadę i zarazem salon towarzyski Splitu. Kawałek dalej, na zachodnim nabrzeżu, mosiężne tablice z nazwiskami ponad 70 medalistów olimpijskich przypominają, że to stolica olimpijczyków. Miasto żyje też kultem klubu Hajduk Split oraz legendarną koszykarską Jugoplastiką. Jednak prawdziwym fenomenem jest picigin - wymyślona na plaży Bačvice i wpisana na chorwacką listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego gra bez zwycięzców, polegająca na odbijaniu dłonią piłki w płytkiej wodzie. To kwintesencja tutejszego stylu życia, rozgrywana nawet w Nowy Rok.

Artystyczną dumą miasta jest zaś monumentalny, usytuowany przed Złotą Bramą pomnik Grgura z Ninu, autorstwa Ivana Meštrovicia. Wielki palec u nogi biskupa według jednego z popularnych rankingów podróżniczych uchodzi za jeden z największych symboli szczęścia na świecie. Potarty milionami rąk, lśni dziś kolorem czystego złota.

Canva

Rytuał codzienności

Split to także zmysłowa podróż przez smaki, w których esencja kuchni śródziemnomorskiej wybrzmiewa bezkompromisową świeżością. Tutejsza tradycja kulinarna nie toleruje komplikacji, jej siłą jest prostota, genialna oliwa z oliwek, morska sól oraz dzikie zioła: rozmaryn, liść laurowy i czosnek. Serce gastronomicznego Splitu bije przy ulicy Marmontovej. Przy jej końcu, w rejonie dawnych murów i portu tętni życiem Peškarija, fascynujący targ rybny z oszałamiającym wyborem ryb, ośmiornic i muszli.

Popołudniami zgiełk przenosi się do okolicznych restauracji i barów. Równie gwarny jest Pazar, targ warzywny, gdzie obok soczystych fig w bonusie zyskuje się się ćakuli, porcję lokalnych plotek i autentycznej atmosfery.

W tradycyjnych, kamiennych konobach menu uwodzi zapachami. Obowiązkowym punktem jest pašticada - wołowina długo marynowana i duszona w winie, podawana z puszystymi gnocchi. Tuż obok w kartach króluje brudet, czyli esencjonalny gulasz rybny z pomidorami, kremowe czarne risotto z kałamarnicą oraz tradycyjna peka - mięso lub owoce morza pieczone z warzywami pod żeliwnym kloszem zasypanym żarem. Na mniejszy głód idealny jest słony, cienki placek soparnik z boćwiną i cebulą oraz deska suszonej na wietrze szynki (pršut) i dojrzałych serów. Słodkim epilogiem są minipączki fritule lub aksamitna rožata, dalmatyński krewniak crème brûlée. Smaki te najlepiej celebrować przy tutejszym rytuale kawowym na Rivie. W Splicie „wyjście na kawę” to trwający godzinami śródziemnomorski spektakl towarzyski.

A gdy wakacyjny upał sięga 35 stopni, miasto serwuje genialny kontrapunkt - całoroczny Christmas Shop. Z jego wnętrza, w pełnym słońcu, sączą się dźwięki kolęd, co brzmi wręcz surrealistycznie w miejscu, gdzie śnieg należy do rzadkości. Split nie przestaje zaskakiwać.