Małgorzata Oliwia Sobczak
Wszystkie kolory straty
Małgorzata Oliwia Sobczak
Wszystkie kolory straty
Autorka bestsellerowego cyklu „Kolory zła” powraca z mrocznym „Fioletem”, podczas gdy na ekrany trafia właśnie kolejna filmowa ekranizacja jej prozy. W wywiadzie Małgorzata Oliwia Sobczak opowiada o tym, jak osobiste lęki i życiowe kryzysy przekuła w literacki sukces, dlaczego jej kryminały to tak naprawdę opowieści o stracie oraz jak trójmiejskie zakamarki – od podziemi Biskupiej Górki po lasy wokół Opery Leśnej – rodzą historie, które hipnotyzują czytelników i widzów.
Spotykamy się tuż przed premierą „Fioletu”. Spodziewałaś się, że „Kolory zła” przerodzą się w 7-częściowy cykl?
„Czerwień” miała być pojedynczą książką. Jej pierwotny tytuł brzmiał „Tam, gdzie odeszła”, bo sprawa kryminalna miała być tylko asumptem do opowiedzenia głębszej historii o stracie. O żałobie po stracie córki, która nigdy się nie kończy i na zawsze dzieli świat na „przed” i „po”. Pisałam tę książkę w ciąży, skończyłam miesiąc przed porodem. Rozesłałam maszynopis, gdzie się dało i czekałam. I w końcu zadzwonił telefon, który zmienił kurs całego mojego życia. Jedno z największych wydawnictw w Polsce nie tylko zaproponowało mi wydanie powieści, ale stworzenie całej serii.
Rzeczywistość pisarza bywa trudna. Trzeba wychodzić do ludzi, rozmawiać, a ty otwarcie mówisz o fobii społecznej.
Byłam bardzo nieśmiała, a później okazało się, że od dziecka choruję na fobię społeczną. Niemal całe życie przy zwyczajnych sytuacjach społecznych towarzyszyły mi m. in. palpitacje serca, drżenie rąk i potworna chęć ucieczki. Zaczęłam się leczyć dopiero w pandemii, mając 38 lat. Mówię o tym otwarcie, bo straciłam przez ten lęk mnóstwo czasu. Fobia społeczna to nadal temat tabu. Leki i terapia pomogły mi ją oswoić – teraz nie boję się niemal niczego; w końcu mam ogromny apetyt na życie. Dziś jestem przekonana, że w wieku dojrzewania chorowałam też na depresję. Liceum było dla mnie strasznym okresem. Nie rozpoznawałam siebie, swojego ciała. Do teraz nie potrafię słuchać muzyki z tamtych lat, bo od razu kojarzy mi się z niepokojem.
Ten przełom osobisty zbiegł się z przełomem zawodowym. Jak wyglądały początki pracy nad Czerwienią?
Od zawsze kochałam mroczne historie. W podstawówce ulubioną rozrywką były wizyty w osiedlowej wypożyczalni kaset VHS, z której wynosiłam przede wszystkim kryminały, thrillery i horrory. Ale wpojone miałam, że książki kryminalne to literatura gorszego sortu. A tu nagle przyszedł pomysł na napisanie powieści o zbrodni. Pomysł, z którym nie sposób było dyskutować. Sięgnęłam po swój pierwszy książkowy kryminał - „Purpurowe rzeki” Jean-Christophe’a Grangé. Zachwycił mnie jego piękny styl i poetycki, plastyczny sposób opowiadania. Pomyślałam wtedy: właśnie takie kryminały chciałabym pisać.
Kolejnym była „Czerń”, a książkowa premiera „Fioletu” zbiega się teraz z jej filmową ekranizacją.
Przy „Czerni” chciałam, żeby to był thriller kaszubski. Miałam już napisane kilkanaście stron, gdy wydawnictwo poprosiło o trylogię. Zmieniłam więc głównego bohatera na Leopolda Bilskiego i pociągnęłam tę historię. A teraz ta opowieść ukazuje się na ekranie. Zaczęłam już pracę nad kolejną książką z serii i wszystko znów niesamowicie mi się łączy. Gdy myślę o tym, co wydarzyło się przez ostatnie osiem lat, wydaje mi się, że to piękny sen, najlepsza wersja życia, jaką mogłam sobie wyobrazić. Zresztą we „Fiolecie” też jest sporo rozważań na temat obiektywnej rzeczywistości. Mamy tam postać Wandy Stanowskiej, ociemniałej fizyczki, która pisze doktorat o tym, czy realny świat w ogóle istnieje, czy sami go sobie projektujemy.
Skąd pomysł na ociemniałą bohaterkę?
Pomysł narodził się na Niewidzialnej Wystawie w Warszawie. Ekspozycję ogląda się tam w całkowitej ciemności. Największe wrażenie zrobiła na mnie sala imitująca ruch uliczny – klaksony, hałas. Jako osoba o wysokiej wrażliwości na dźwięki byłam tym ogromnie przytłoczona. Pomyślałam sobie, jak potwornie trudno musi być poruszać się po świecie bez wzroku. W trakcie dokumentacji słuchałam wielu podcastów i czytałam poruszające rozmowy, m.in. z Sebastianem Grzywaczem (@odlotowyniewidomy), który stracił wzrok w wypadku. Z ogromnym dystansem i humorem opowiada o swoim życiu, a dziś jest aktywistą i mentorem. Nowe technologie, jak aplikacja Be My Eyes czy wirtualni asystenci, ułatwiają codzienność osobom z zaburzeniem widzenia. Pomysły na takie detale rodzą się w najmniej spodziewanych momentach, na przykład podczas wizyty w saunie (śmiech). Wszystko jest inspiracją.




