Małgorzata Oliwia Sobczak

Wszystkie kolory straty

Jarosław Klechowicz Krzysztof Sado Sadowski

Autorka bestsellerowego cyklu „Kolory zła” powraca z mrocznym „Fioletem”, podczas gdy na ekrany trafia właśnie kolejna filmowa ekranizacja jej prozy. W wywiadzie Małgorzata Oliwia Sobczak opowiada o tym, jak osobiste lęki i życiowe kryzysy przekuła w literacki sukces, dlaczego jej kryminały to tak naprawdę opowieści o stracie oraz jak trójmiejskie zakamarki – od podziemi Biskupiej Górki po lasy wokół Opery Leśnej – rodzą historie, które hipnotyzują czytelników i widzów.

Spotykamy się tuż przed premierą „Fioletu”. Spodziewałaś się, że „Kolory zła” przerodzą się w 7-częściowy cykl?

„Czerwień” miała być pojedynczą książką. Jej pierwotny tytuł brzmiał „Tam, gdzie odeszła”, bo sprawa kryminalna miała być tylko asumptem do opowiedzenia głębszej historii o stracie. O żałobie po stracie córki, która nigdy się nie kończy i na zawsze dzieli świat na „przed” i „po”. Pisałam tę książkę w ciąży, skończyłam miesiąc przed porodem. Rozesłałam maszynopis, gdzie się dało i czekałam. I w końcu zadzwonił telefon, który zmienił kurs całego mojego życia. Jedno z największych wydawnictw w Polsce nie tylko zaproponowało mi wydanie powieści, ale stworzenie całej serii.

Rzeczywistość pisarza bywa trudna. Trzeba wychodzić do ludzi, rozmawiać, a ty otwarcie mówisz o fobii społecznej.

Byłam bardzo nieśmiała, a później okazało się, że od dziecka choruję na fobię społeczną. Niemal całe życie przy zwyczajnych sytuacjach społecznych towarzyszyły mi m. in. palpitacje serca, drżenie rąk i potworna chęć ucieczki. Zaczęłam się leczyć dopiero w pandemii, mając 38 lat. Mówię o tym otwarcie, bo straciłam przez ten lęk mnóstwo czasu. Fobia społeczna to nadal temat tabu. Leki i terapia pomogły mi ją oswoić – teraz nie boję się niemal niczego; w końcu mam ogromny apetyt na życie. Dziś jestem przekonana, że w wieku dojrzewania chorowałam też na depresję. Liceum było dla mnie strasznym okresem. Nie rozpoznawałam siebie, swojego ciała. Do teraz nie potrafię słuchać muzyki z tamtych lat, bo od razu kojarzy mi się z niepokojem.

Ten przełom osobisty zbiegł się z przełomem zawodowym. Jak wyglądały początki pracy nad Czerwienią?

Od zawsze kochałam mroczne historie. W podstawówce ulubioną rozrywką były wizyty w osiedlowej wypożyczalni kaset VHS, z której wynosiłam przede wszystkim kryminały, thrillery i horrory. Ale wpojone miałam, że książki kryminalne to literatura gorszego sortu. A tu nagle przyszedł pomysł na napisanie powieści o zbrodni. Pomysł, z którym nie sposób było dyskutować. Sięgnęłam po swój pierwszy książkowy kryminał - „Purpurowe rzeki” Jean-Christophe’a Grangé. Zachwycił mnie jego piękny styl i poetycki, plastyczny sposób opowiadania. Pomyślałam wtedy: właśnie takie kryminały chciałabym pisać.

Kolejnym była „Czerń”, a książkowa premiera „Fioletu” zbiega się teraz z jej filmową ekranizacją.

Przy „Czerni” chciałam, żeby to był thriller kaszubski. Miałam już napisane kilkanaście stron, gdy wydawnictwo poprosiło o trylogię. Zmieniłam więc głównego bohatera na Leopolda Bilskiego i pociągnęłam tę historię. A teraz ta opowieść ukazuje się na ekranie. Zaczęłam już pracę nad kolejną książką z serii i wszystko znów niesamowicie mi się łączy. Gdy myślę o tym, co wydarzyło się przez ostatnie osiem lat, wydaje mi się, że to piękny sen, najlepsza wersja życia, jaką mogłam sobie wyobrazić. Zresztą we „Fiolecie” też jest sporo rozważań na temat obiektywnej rzeczywistości. Mamy tam postać Wandy Stanowskiej, ociemniałej fizyczki, która pisze doktorat o tym, czy realny świat w ogóle istnieje, czy sami go sobie projektujemy.

Skąd pomysł na ociemniałą bohaterkę?

Pomysł narodził się na Niewidzialnej Wystawie w Warszawie. Ekspozycję ogląda się tam w całkowitej ciemności. Największe wrażenie zrobiła na mnie sala imitująca ruch uliczny – klaksony, hałas. Jako osoba o wysokiej wrażliwości na dźwięki byłam tym ogromnie przytłoczona. Pomyślałam sobie, jak potwornie trudno musi być poruszać się po świecie bez wzroku. W trakcie dokumentacji słuchałam wielu podcastów i czytałam poruszające rozmowy, m.in. z Sebastianem Grzywaczem (@odlotowyniewidomy), który stracił wzrok w wypadku. Z ogromnym dystansem i humorem opowiada o swoim życiu, a dziś jest aktywistą i mentorem. Nowe technologie, jak aplikacja Be My Eyes czy wirtualni asystenci, ułatwiają codzienność osobom z zaburzeniem widzenia. Pomysły na takie detale rodzą się w najmniej spodziewanych momentach, na przykład podczas wizyty w saunie (śmiech). Wszystko jest inspiracją.

Jarosław Klechowicz Krzysztof Sado Sadowski

We „Fiolecie” rzucasz swoich głównych bohaterów w trudne położenie – po wydarzeniach z „Zieleni” w związku Anny i Leopolda pojawia się głęboki kryzys. Dlaczego postanowiłaś zburzyć tę sielankę?

Chciałam pokazać, że w związku są różne etapy. Przy „Błękicie” wielu czytelników narzekało, że Leopold i Anna są w swojej miłości wręcz nierealni. A ja wiem, że taka miłość się zdarza. Sama jestem szczęśliwą mężatką i przemycam do moich książek osobiste inspiracje. Jednak, gdy wymyśliłam w „Zieleni” tę mocną scenę z dzieckiem, wiedziałam, że musi ona przynieść perturbacje. Tak traumatyczne doświadczenie silnie warunkuje późniejsze relacje, co też opisuję we „Fiolecie”.

A dlaczego akurat fiolet – często kojarzony z mistycyzmem, żałobą, ale i władzą - stał się klamrą dla najnowszej historii?

Fiolet to niezwykły kolor, bo łączy w sobie żywiołowość i zbrodniczość czerwieni z melancholią błękitu. Punktem wyjścia była dla mnie książka Patty Bellantoni „Jeśli to fiolet, ktoś umrze”, opowiadająca o teorii koloru w filmie. Tam pierwszym skojarzeniem z fioletem jest śmierć lub utrata – miłości, wolności czy złudzeń. Fiolet symbolizuje iluzje, a ich utrata to motyw przewodni tej powieści. Mój sprawca zostawia przy ofierze fioletowy kwiat hibiskusa.

W zeszłym roku poznałam dr hab. Anetę Lewkowicz z Zakładu Badań Sądowych Uniwersytetu Gdańskiego oraz jej doktorantki Martynę Czarnomską i Emilię Gruszczyńską, które okazały się pasjonatkami z niesamowitą wiedzą. Opowiedziałam im o „Fiolecie” i o tym, że moja bohaterka, Janina Hinz, jest palinolożką kryminalistyczną – specjalistką od przyrodniczych śladów zbrodni. Zastanawiałam się, czy z płatka kwiatu da się zabezpieczyć DNA lub inny ślad biologiczny. Badaczki zaprosiły mnie do laboratorium, nałożyły na płatek ślinę i przebadały go. W ten sposób zrodził się pomysł na hibiskusa, którego pyłek jest wykorzystywany w daktyloskopii. To potwierdza, że gdy piszę książkę, w najbardziej niesamowitych momentach trafiam na specjalistów, którzy podsuwają mi nowe tropy.

Twoje opisy są niezwykle obrazowe i dosadne, jak choćby ten z płukaniem skalpu. Sama też uczestniczyłaś w sekcji zwłok?

Tak, raz – chciałam doświadczyć tego, o czym piszę. Udało się dzięki znajomości z Jackiem Winklerem, cudownym technikiem kryminalistyki, który niestety odszedł w tym roku i któremu dedykuję książkę. W ochronnej odzieży weszłam na sekcję prowadzoną przez dr Dorotę Pieśniak. Stanęłam metr od stołu i otwartej głowy denata i na początku wszystko było w porządku. Sytuacja zmieniła się, gdy uświadomiłam sobie, że... kojarzę tego zmarłego człowieka. Wtedy cała naukowość prysła. Przestałam widzieć w ciele obiekt badania, to był ktoś, kto miał swoje życie.

Zemdlałaś?

Zrobiło mi się słabo. Na chwilę wyszłam, a potem stanęłam już nieco dalej i nagle usłyszałam regularny dźwięk. Spojrzałam w górę – połowę sufitu stanowiło wielkie okno, o które zaczęły bębnić krople deszczu. Ten szum w takim miejscu całkowicie mnie rozbił. Wyszłam w połowie sekcji i przez miesiąc miałam kłopoty ze snem. Opisy sekcji w moich książkach są surowe i bezemocjonalne – chcę, żeby czytelnik czuł się jak śledczy. Prywatnie nigdy więcej tego nie powtórzę. Wróciłam tam później na konsultację. Weszłam do tej samej sali i okazało się, że... nie ma tam żadnego okna dachowego, a zwykły sufit. Podobno, gdy człowiek mdleje, tak reaguje mózg – wariuje i nakłada własne projekcje. Kiedyś myślałam, że gdybym miała dziś wybierać studia, poszłabym na kryminalistykę. Po tym przeżyciu wiem, że się do tego nie nadaję. Wykorzystałam to jednak w literaturze: moja bohaterka Janina Hinz podczas swojej pierwszej sekcji zwłok mdleje.

Jarosław Klechowicz Krzysztof Sado Sadowski

Tymczasem skończyłaś kulturoznawstwo, a potem dziennikarstwo.

Nigdy nie pracowałam w zawodzie. Po kulturoznawstwie nie ma konkretnego fachu – można zostać kustoszem w muzeum albo bibliotece. Nie miałam na siebie planu, więc poszłam na dziennikarstwo, ale byłam wtedy potwornie wstydliwa. Gdy na studiach kazano nam przepytać obcych ludzi na ulicy, stres tak mnie sparaliżował, że po prostu wymyśliłam odpowiedzi i je zapisałam. Próbowałam nawet sił w redakcji jednej z gazet, ale szybko zrozumiałam, że na tamtym etapie życia nie dałabym rady tak pracować.

I zaczęłaś pisać tak z wewnętrznej potrzeby?

Wiedziałam, że dobrze radzę sobie z piórem, więc zaczęłam od copywritingu – pisałam teksty na strony internetowe, brałam różne zlecenia. Cały czas jednak szukałam swojej drogi. Od dziecka miałam silne przeczucie, że będę w życiu robić coś wyjątkowego, ale zbliżałam się do trzydziestki i dopadł mnie kryzys. Wysyłałam setki CV, nikt się nie odzywał, nie było dla mnie pracy. Gdybym wtedy mogła zobaczyć, gdzie jestem dzisiaj, to bym nie uwierzyła. Nigdy nie pracowałam w korporacji, w systemie od ósmej do szesnastej.

Trójmiasto jest w twoich książkach osobnym bohaterem. We „Fiolecie” zawędrowałaś w rewiry Opery Leśnej w Sopocie.

W lasach wokół Opery Leśnej podobno wciąż słychać echa dawnych koncertów. Jako introwertyczka i osoba wysoce wrażliwa podskórnie chłonę klimat takich miejsc. Konstrukcja fabuły w Trójmieście wymaga jednak logistycznej gimnastyki. Żeby śledztwem mógł zająć się Leopold Bilski, zabójstwo musi wydarzyć się w Sopocie, co mocno zawęża teren. Dlatego w przyszłej książce zastosuję pewien myk, który pozwoli sopockiej komendzie przejąć sprawę gdyńską. Punktem wyjścia będą bagniska na Wielkim Kacku, Źródło Marii i potok Swelina.

A tymczasem opisujesz mroczny ośrodek wychowawczy, umiejscawiając go koło Opery Leśnej.

Pomysł zrodził się z rozmowy z jedną z czytelniczek, a potem podczas podróży minęłam stary, ceglany gmach otoczony murem i poczułam to charakterystyczne swędzenie w brzuchu. Uznałam, że to idealna szkoła z internatem. Zaczęłam szukać czegoś podobnego w okolicach Opery Leśnej i znalazłam willę, która od razu do mnie przemówiła.

Takie podpowiedzi od czytelników to częsty przypadek?

Zdarzają się takie sytuacje. Czytelnicy wiedzą już, że jestem otwarta na takie historie i miejsca. Na przykład podczas spotkania autorskiego promującego „Błękit”, gdy pracowałam już nad „Zielenią”, jedna z czytelniczek wspomniała o sieci nieodkrytych tuneli pod Biskupią Górką. Moja wyobraźnia natychmiast ruszyła – zobaczyłam kogoś uciekającego w ciemności, snop światła z latarki i niosące się echo. Ostatecznie wykorzystałam ten motyw, odpowiednio rozbudowując podziemia pod dawnymi basenami na Biskupiej Górce.

Twoje książki stoją mocnym researchem. Słyszałam, że do „Fioletu” czytałaś nawet akta sądowe.

Zaczynam zazwyczaj od internetu, jeśli jakiś temat mnie zaintryguje, szukam głębiej. Tym razem poprosiłam Sąd Rejonowy w Krakowie o dostęp do akt konkretnej sprawy. Udostępniono mi wgląd do uzasadnienia wyroku. Znalazłam tam mnóstwo detali, które pomogły mi precyzyjnie odtworzyć psychikę oraz mechanizmy działania sprawcy porwania. O palinologii kryminalistycznej przeczytałam z kolei w książce pionierki tej dziedziny, Patricii Wiltshire. Natomiast pomysł na pistolet z drukarki 3D podsunął mi podinspektor Paweł Mrozowski z Archiwum X, którego spotkałam na konferencji. Szukałam nowego narzędzia zbrodni, a on zasugerował, że w sieci krążą gotowe instrukcje do drukowania broni. Detale skonsultowałam jeszcze z balistykiem. Specjaliści w Trójmieście mają ogromną wiedzę i są niesamowicie pomocni.

„Moje książki to tak naprawdę nie opowieści o zbrodni, ale opowieści o stracie. Morderstwo jest tylko asumptem, punktem wyjścia do historii o tym, co dzieje się z ludźmi, gdy odchodzi ktoś bliski.”

W „Fiolecie” można odnieść wrażenie, że kobiety wychodzą na pierwszy plan. Mamy trzy nowe bohaterki złączone przeszłością, znaną już prokurator Annę Górską, wspomnianą Janinę Hinz, a także genetyczkę Ewę Linder, która przebojowo wkracza do zespołu.

Ewę stworzyłam na wzór Anety Lewkowicz – dałam jej podobny wygląd i tę samą naukową pasję. Pomyślałam: „Kurczę, dobrze się zapowiada ta bohaterka, to nazwisko świetnie pasuje”. A co do kobiet na pierwszym planie... U mnie właściwie zawsze to one przodują. Co ciekawe, niemal nigdy nie zabijam w książkach mężczyzn – z wyjątkiem jednego przypadku, ofiarami padają kobiety. W kolejnej powieści będzie tak samo.

Wiesz, dlaczego tak jest?

Może to kwestia nieprzepracowanej traumy z dzieciństwa? Gdy miałam osiem lat, zginęła moja kuzynka. Ta tragedia potwornie doświadczyła naszą rodzinę, wpłynęła na lęki i postrzeganie świata. Laura Palmer z „Miasteczka Twin Peaks” bardzo mi moją kuzynkę przypominała, nie ominęłam wtedy żadnego odcinka tak, jakby dowiedzenie się, czemu zginęła Laura pozwoliło mi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego umarła moja kuzynka, czemu ci bliscy odchodzą.

To chyba kluczowe pytanie wszystkich twoich książek.

Wydaje mi się, że w każdej powieści do niego wracam. Moje książki to tak naprawdę nie opowieści o zbrodni, ale opowieści o stracie. Morderstwo jest tylko asumptem, punktem wyjścia do historii o tym, co dzieje się z ludźmi, gdy odchodzi ktoś bliski. A tego jednego mężczyznę zabiłam tylko dlatego, że uznałam, iż po prostu nie wypada zabijać wyłącznie kobiet. Jest w tym jungowski przymus powtarzania: podświadomie wybieramy to, co już znamy, nieustannie odtwarzamy coś na nowo. Dominacja bohaterek w moich książkach wynika też z tego, że sama mam mocno sfeminizowaną rodzinę. Dominujemy w niej nie tylko liczebnie – jesteśmy silnymi osobowościami, w większości ciemnowłosymi, zielonookimi, lubiącymi mocny makijaż. Czerwone usta to zresztą znak rozpoznawczy mojej babci, mamy, siostry i mój.

Skoro jesteśmy przy tak wyrazistych, wręcz filmowych wizerunkach – filmowy Leopold Bilski, czyli Jakub Gierszał, ponownie wciela się w twojego bohatera. Czy, pisząc „Fiolet”, miałaś przed oczami jego twarz?

Nie, na szczęście nie wyobrażam sobie aktorów. Mam w głowie silnie zakodowany, pierwotny wygląd moich bohaterów. Gdy piszę, widzę wszystko jak w filmie: rysy twarzy, fryzurę, ubranie, a nawet pory roku, pory dnia czy światło wpadające do pomieszczenia. Nie widzę więc Jakuba Gierszała, tylko mojego Bilskiego.

Choć Gierszał się udał?

Tak, choć na początku byłam zszokowana tym wyborem, bo jego aparycja jest zupełnie inna niż książkowy opis Bilskiego. Pomyślałam jednak, że uwielbiam Jakuba jako aktora, że ma ogromny potencjał, wnosi nową krew i świetną energię do polskiego kina. I to się na ekranie sprawdziło.

Podobnie patrzy się w ekranizacji na Trójmiasto, które nie wygląda typowo polsko, a wręcz światowo.

Zdjęcia były cudowne i moim zdaniem zagwarantowały temu filmowi międzynarodowy sukces. Polskie kino często pokazuje szarzyznę, kadry bywają surowe i nieprzyjemne, a tutaj obraz był nasycony barwami, nowoczesny. Do tego doszła genialna muzyka Bartosza Chajdeckiego. Wizualnie to film genialny. Pomimo tego, że twórcy wprowadzili tyle zmian w stosunku do książki, obraz broni się na tyle dobrze, że ludzie chcą sięgnąć po książkę po jego obejrzeniu.

A widziałaś już „Czerń”? Pojawisz się w niej na ekranie, podobnie jak w poprzedniej części?

Jestem już po pokazie przedpremierowym. Filmowa „Czerń” jest naprawdę mocna i trzymająca w napięciu. A do tego społecznie zaangażowana. Natomiast chemia pomiędzy Jakubem Gierszałem w roli prokuratora Leopolda Bilskiego i Marianną Zydek jako pisarką Julią Sarman jest wręcz powalająca! I tak – pojawiam się w filmie jako technik kryminalistyki. Zdejmuję obraz ze ściany, przeszukuję go, znajduję kartę pamięci i mówię: „Mam coś”. Na planie wystąpiłam w czerwonych ustach i zwyczajowej fryzurze. Może nie do końca tak wyglądają polskie policjantki, ale w końcu wszystkie śledcze w moich powieściach są wyraziste i charakterne (śmiech).