Mała Cessna
Duża wolność
Mała Cessna
Duża wolność
Krąg nad lotniskiem. Podejście, odejście, znowu krąg. Z dołu wygląda to jak powtarzalny schemat, niemal rutyna. W rzeczywistości to moment, w którym latanie przestaje być teorią, a zaczyna być decyzją. I bardzo często zaczyna się właśnie tutaj – w małej Cessnie 152.
SP-CWK, na radarze oznaczony lakonicznie jako Cessna 152, nie przekracza granic, nie pojawia się w relacjach z pokazów lotniczych. Jego trasa najczęściej zamyka się w kilku kilometrach wokół Pruszcza Gdańskiego. Na pierwszy rzut oka – nic szczególnego. Niewielki samolot, dwie osoby na pokładzie, sylwetka znana z tysięcy lotnisk na całym świecie. SP-CWK, dziś związana z Aeroklubem Gdańskim, wygląda dokładnie tak, jak powinna wyglądać maszyna tego typu – skromnie, funkcjonalnie, bez ambicji robienia wrażenia. A jednak, to samolot, który pokazuje dokładnie tyle, ile pilot potrafi.
Cessna 152 powstała jako rozwinięcie modelu 150 i bardzo szybko stała się jedną z najpopularniejszych konstrukcji szkoleniowych świata. Dwumiejscowy górnopłat, napędzany czterocylindrowym silnikiem Lycoming O-235 o mocy około 110 KM, osiągający prędkość przelotową w granicach 170–190 km/h i maksymalną dochodzącą do 276 km/h. Masa własna 515 kg, maksymalna startowa 758 kg. Kabina nie rozpieszcza. Dwa miejsca, ciasno, bez zbędnych dodatków. Przed pilotem klasyczny zestaw analogowych przyrządów – prędkościomierz, wysokościomierz, wariometr. Tu nie ma miejsca na domysły ani wsparcie systemów. Każdy ruch sterami ma bezpośrednie przełożenie na zachowanie samolotu. Jeśli coś jest zrobione źle – widać to od razu. W przeciwieństwie do większej i bardziej „turystycznej” Cessny 172, model 152 nie próbuje być uniwersalny. Jest wyspecjalizowany. Lżejszy, prostszy, bardziej surowy. I dlatego przez lata był – i wciąż jest – podstawą szkolenia na całym świecie.
Historia konkretnego egzemplarza, jakim jest SP-CWK, zazwyczaj zawsze pozostaje właściwie anonimowa. Ale od każdej reguły jest wyjątek. Ta pozorna zwyczajność bywa myląca. Bo Cessna 152 bardzo często jest tylko początkiem. Punktem, w którym kończy się teoria, a zaczyna decyzja, co zrobić z własnym lataniem dalej. I to właśnie z takich maszyn wyrastają historie, które z założenia nie powinny się wydarzyć. Jedną z nich napisał Tomasz Wójtowicz. Pilot, który postanowił przelecieć świat… właśnie Cessną 152. Nie większą, nie szybszą, nie „bardziej odpowiednią”. Dokładnie taką, jaką na co dzień widzi się nad aeroklubowym lotniskiem. Jego trasa nie była symboliczna. To był realny przelot przez pół świata: z Azji, przez Syberię, dalej przez Alaskę aż do Nowego Jorku. Dziesiątki tysięcy kilometrów w samolocie, który przy prędkości przelotowej 180 km/h i niewielkim zasięgu wymaga planowania co do pojedynczych odcinków, paliwa i pogody…
W świecie, w którym coraz więcej mówi się o technologii, automatyzacji i cyfrowych kokpitach, Cessna 152 jest czymś w rodzaju punktu odniesienia. Przypomnieniem, że latanie w swojej podstawowej formie sprowadza się do kilku rzeczy: prędkości, wysokości, kierunku i decyzji podejmowanych we właściwym czasie.
Nie zobaczymy go na okładkach. Nie przeczytamy o nim w raportach z dalekich podróży. Ale jeśli gdzieś nad Trójmiastem widać niewielki samolot krążący uparcie nad lotniskiem, istnieje spora szansa, że właśnie tam, na jego pokładzie, zaczyna się czyjaś historia.



