Maciej Siembieda
Nie będę odcinał kuponów
Maciej Siembieda
Nie będę odcinał kuponów
Gratulacje statuetki O!Lśnienia 2026. Odbierając nagrodę, powiedział pan, że „Gołoborze” miało być bezpieczną szybą, a stało się lustrem. Co zobaczył pan w tym odbiciu?
To książka zbyt osobista, bym miał do niej dystans. Napisałem ją z potrzeby serca, bo to wszystko dojrzewało we mnie bardzo długo.
Wszystko, czyli Kielecczyzna rodem z sycylijskich koszmarów?
To moje dzieciństwo i wczesna młodość, mój heimat, czyli Góry Świętokrzyskie. Ta książka pisała się sama, tym razem nie potrzebowałem researchu, bo czerpałem z własnych wspomnień. Nie przyświecała jej żadna misja, poza opowiedzeniem tego, czego nikt do tej pory nie zrobił. To taka polska Sycylia i czasami mam wrażenie, że, gdybyśmy mieli lepszy PR i wysłali naszych scyzoryków do Nowego Jorku, to może „Ojciec chrzestny” byłby z Bodzentyna, a nie z Corleone.
I tak jak na Sycylii – nienawiść i zemsta nie mają tu początku ani końca?
Są niezniszczalne. Zresztą sami czytelnicy utwierdzają mnie w przekonaniu, że w kieleckiem zmieniło się wszystko poza mentalnością. Pisząc „Gołoborze”, chciałem ustawić czytelnika za bezpieczną szybą, jak w terrarium – by przyjrzeć się tym wszystkim okropieństwom, które wydarzyły się naprawdę, ale nie wkładać tam ręki. Tymczasem szyba okazała się lustrem.
Lustrem rzeczywistości?
Dotarło to do mnie podczas rozmowy z Piotrem Dzięciołem z Opus Film, który kupił prawa do ekranizacji. Gdy zapytałem, dlaczego wybrał tę historię, odparł: „to książka o nas teraz”. Zrozumiałem wtedy, że mechanizmy opisane w powieści – nasze uwielbienie do podziałów, szukanie wrogów i agresja wobec wszelkiej obcości – są dziś przerażająco aktualne i niemal niemożliwe do odkręcenia.
W kieleckim z pana opowieści to wszystko jest jakby skoncentrowane i zwielokrotnione.
Jak w soczewce. W kieleckich wsiach, gdzie nie ma obcych, a niemal wszyscy są ze sobą spokrewnieni, konflikty domykają się wewnątrz rodzinnych klanów. Ten swoisty „chów wsobny” ma swoje konsekwencje. „Gołoborze” stało się tak popularne, bo czytelnicy odnaleźli w nim współczesną polskość. Nie wiem, czy się z tego cieszyć – wolałbym, aby ta książka była przestrogą, ale nie wiem, czy my się w ogóle do przestróg nadajemy. Dla mnie to jednak przede wszystkim domknięcie osobistych wątków.
Podobno mama nie do końca była zadowolona z tego pomysłu.
Na spotkaniu autorskim w Kielcach dostałem w prezencie nóż z wygrawerowaną datą premiery i hasłem: „honor i dyskrecja”. To nie była ryba w gazecie jak w „Ojcu chrzestnym”, ale czytelna przestroga: nie mów za dużo. Kieleckie jest wdzięczne, ale tam nadal panuje zasada: obcym nie mówi się nic. Gdy pisałem „Gołoborze” matka mi tę zasadę często przypominała.
W „Gołoborzu” uderzyło mnie fatum: ilekroć pojawiała się szansa na zgodę, okazywała się niemożliwa.
Choć książka jest fabularyzowana, te zbrodnie wydarzyły się naprawdę. Zdumiewa mnie historia człowieka, który odziedziczył zemstę i porzucił życiowe plany, by spełnić ten obowiązek: zabił wroga, sam zrobił mu trumnę i czekał na milicję. Tu zbrodnie mają inny anturaż, tu sprawca nie myli tropów, działa bez świadomości konsekwencji, chroniony jedynie przez zmowę milczenia całej wsi.
Zdobył Pan O!Lśnienie w kategorii Literatura, pokonując wybitnych twórców. Czy to znak, że granica między literaturą piękną a gatunkową w Polsce ostatecznie zanika?
Nie wiem, ale już sama nominacja była dla mnie powodem do dumy, bo udało się wprowadzić literaturę gatunkową na salony. To dowód, że w Polsce można pisać „sensację plus” – taką, która nie służy tylko rozrywce, ale niesie głębszą refleksję. My, twórcy literatury uznawanej za „niższą”, rzadko sięgamy po takie laury. Ta nagroda to dla nas prawdziwy Mount Everest. Wyżej już się nie da wejść. Nie dla nas Nike, nie dla nas O!Lśnienia.



