Maciej Siembieda

Nie będę odcinał kuponów

Renata Dąbrowska
Po sześćdziesiątce przeżywa zawodową młodość, choć jako reporter opowiadaniem zajmuje się od dekad. Tegoroczny laureat nagrody O!Lśnienia oraz Książki Roku 2025 plebiscytu lubimyczytac.pl, – autor, który wprowadził kryminał na literackie salony, odsłania kulisy powstania nagrodzonego „Gołoborza” i popularnej serii o Jakubie Kani. Wyjaśnia przy tym, dlaczego zmiana gatunku to dla niego zmiana płci, jak notesy wygrywają z klawiaturą i dlaczego w kieleckim „scyzoryki” mają mentalność rodem z Corleone.

Gratulacje statuetki O!Lśnienia 2026. Odbierając nagrodę, powiedział pan, że „Gołoborze” miało być bezpieczną szybą, a stało się lustrem. Co zobaczył pan w tym odbiciu?

To książka zbyt osobista, bym miał do niej dystans. Napisałem ją z potrzeby serca, bo to wszystko dojrzewało we mnie bardzo długo.

Wszystko, czyli Kielecczyzna rodem z sycylijskich koszmarów?

To moje dzieciństwo i wczesna młodość, mój heimat, czyli Góry Świętokrzyskie. Ta książka pisała się sama, tym razem nie potrzebowałem researchu, bo czerpałem z własnych wspomnień. Nie przyświecała jej żadna misja, poza opowiedzeniem tego, czego nikt do tej pory nie zrobił. To taka polska Sycylia i czasami mam wrażenie, że, gdybyśmy mieli lepszy PR i wysłali naszych scyzoryków do Nowego Jorku, to może „Ojciec chrzestny” byłby z Bodzentyna, a nie z Corleone.

I tak jak na Sycylii – nienawiść i zemsta nie mają tu początku ani końca?

Są niezniszczalne. Zresztą sami czytelnicy utwierdzają mnie w przekonaniu, że w kieleckiem zmieniło się wszystko poza mentalnością. Pisząc „Gołoborze”, chciałem ustawić czytelnika za bezpieczną szybą, jak w terrarium – by przyjrzeć się tym wszystkim okropieństwom, które wydarzyły się naprawdę, ale nie wkładać tam ręki. Tymczasem szyba okazała się lustrem.

Lustrem rzeczywistości?

Dotarło to do mnie podczas rozmowy z Piotrem Dzięciołem z Opus Film, który kupił prawa do ekranizacji. Gdy zapytałem, dlaczego wybrał tę historię, odparł: „to książka o nas teraz”. Zrozumiałem wtedy, że mechanizmy opisane w powieści – nasze uwielbienie do podziałów, szukanie wrogów i agresja wobec wszelkiej obcości – są dziś przerażająco aktualne i niemal niemożliwe do odkręcenia.

W kieleckim z pana opowieści to wszystko jest jakby skoncentrowane i zwielokrotnione.

Jak w soczewce. W kieleckich wsiach, gdzie nie ma obcych, a niemal wszyscy są ze sobą spokrewnieni, konflikty domykają się wewnątrz rodzinnych klanów. Ten swoisty „chów wsobny” ma swoje konsekwencje. „Gołoborze” stało się tak popularne, bo czytelnicy odnaleźli w nim współczesną polskość. Nie wiem, czy się z tego cieszyć – wolałbym, aby ta książka była przestrogą, ale nie wiem, czy my się w ogóle do przestróg nadajemy. Dla mnie to jednak przede wszystkim domknięcie osobistych wątków.

Podobno mama nie do końca była zadowolona z tego pomysłu.

Na spotkaniu autorskim w Kielcach dostałem w prezencie nóż z wygrawerowaną datą premiery i hasłem: „honor i dyskrecja”. To nie była ryba w gazecie jak w „Ojcu chrzestnym”, ale czytelna przestroga: nie mów za dużo. Kieleckie jest wdzięczne, ale tam nadal panuje zasada: obcym nie mówi się nic. Gdy pisałem „Gołoborze” matka mi tę zasadę często przypominała.

W „Gołoborzu” uderzyło mnie fatum: ilekroć pojawiała się szansa na zgodę, okazywała się niemożliwa.

Choć książka jest fabularyzowana, te zbrodnie wydarzyły się naprawdę. Zdumiewa mnie historia człowieka, który odziedziczył zemstę i porzucił życiowe plany, by spełnić ten obowiązek: zabił wroga, sam zrobił mu trumnę i czekał na milicję. Tu zbrodnie mają inny anturaż, tu sprawca nie myli tropów, działa bez świadomości konsekwencji, chroniony jedynie przez zmowę milczenia całej wsi.

Zdobył Pan O!Lśnienie w kategorii Literatura, pokonując wybitnych twórców. Czy to znak, że granica między literaturą piękną a gatunkową w Polsce ostatecznie zanika?

Nie wiem, ale już sama nominacja była dla mnie powodem do dumy, bo udało się wprowadzić literaturę gatunkową na salony. To dowód, że w Polsce można pisać „sensację plus” – taką, która nie służy tylko rozrywce, ale niesie głębszą refleksję. My, twórcy literatury uznawanej za „niższą”, rzadko sięgamy po takie laury. Ta nagroda to dla nas prawdziwy Mount Everest. Wyżej już się nie da wejść. Nie dla nas Nike, nie dla nas O!Lśnienia.

Renata Dąbrowska

Czy doczekamy momentu, w którym polski autor kryminału zostanie nominowany do Nagrody Nike?

Bardzo bym chciał, bo to oznaczałoby powstanie literatury naprawdę wielkiej. Przecież „Zbrodnia i kara” to też kryminał, podobnie jak proza Péreza-Reverte, którego nikt nie postawi w księgarni na półce z kryminałem. Osiągnięcie takiego poziomu to dla autora ogromne wyzwanie.

A skoro o wyzwaniach mowa - miał pan ułożone życie zawodowe, nagrody i pozycję cenionego reportera. Co stało się w 2017 roku, że zaryzykował pan wejście w beletrystykę z powieścią „444”? Czy to był impuls, czy historia przestała się mieścić w ramach reportażu?

To był stary plan. Zawsze byłem gadatliwy, lubiłem zbierać opowieści, a potem się nimi dzielić w reportażach. Specjalizowałem się w zagadkach historycznych – starych sprawach, które komuś nadal nie dawały spać. Planowałem zająć się beletrystyką po odejściu z mediów, ale na lata powstrzymało mnie rozczarowanie prozą mojego idola, Krzysztofa Kąkolewskiego. Jego reportaże były fascynujące, ale powieści mnie zawiodły. Pomyślałem wtedy, że reporterzy po prostu nie powinni brać się za fikcję. I w to uwierzyłem.

Co się zmieniło?

Moje przekonania zburzyło spotkanie z Ryszardem Kapuścińskim. To on namawiał mnie, bym z jednego z reportaży zrobił powieść. Wtedy go nie posłuchałem. Żałuję, że „Gambit” powstał dopiero po jego śmierci, ale wszystko ma swój czas. Może podświadomie bałem się starości – tej gorzkiej, tracącej urodę życia? Tymczasem mając 65 lat, przeżywam zawodowe emocje dwudziestolatka. Nie muszę już planować kariery, mogę czerpać z tego, co jest. Najbardziej uwielbiam samo zbieranie materiału – to sprawia, że ciągle się dziwię i wciąż znajduję rzeczy, które cieszą mnie jak dziecko.

A czy pojawiał się strach przed oceną środowiska dziennikarskiego?

Nie, do takich rzeczy podchodzę już z godnością starego dębu. Piszę dla własnej przyjemności i dla fantastycznego spędzania czasu. Kiedy słyszę kolegów narzekających na męki przy pisaniu, mam ochotę zapytać: po cholerę to robisz? Dla mnie ten proces twórczy to czysta radość.

Ta radość obrosła już legendami – słynne notesy zapisane piórem. Dlaczego tak?

Zawsze notowałem, a nie nagrywałem – w moich czasach magnetofon ważył 12 kilo. Brudnopis to dla mnie cudowne narzędzie. Nie piszę tak całej książki, a swoje spostrzeżenia, początki rozdziałów i najtrudniejsze momenty, kiedy dochodzę do ściany. Dopiero potem przepisuję je do komputera. Mam też swój sposób na błędy: czytam tekst na głos. Wtedy słychać wszelkie zgrzyty. Przez lata uważałem to pisanie piórem za magię, ale niedawno specjalistka od grafomotoryki wyjaśniła mi, że za pisanie ręczne odpowiada inny obszar mózgu niż za obsługę klawiatury. Ten pierwszy uwalnia emocje i daje czystą przyjemność. Dlatego, gdy fabuła staje w miejscu, biorę pióro. Wtedy zawsze coś rusza.

Czy pisanie to dla pana praca, rytuał czy raczej natchnienie?

To kwestia biorytmów. Staram się pisać codziennie, ale oduczyłem się robić to na siłę. Gdy czuję, że nie idzie, szybko rezygnuję, bo teksty pisane pod przymusem i tak lądowały w koszu. Moim jedynym motywem jest przyjemność, a tej nie da się pogodzić z przymusem. Wykorzystuję więc te momenty, kiedy pisanie po prostu sprawia mi frajdę.

Mówi pan, że prawda jest ciekawsza od fikcji. Kiedy w stosie archiwalnych dokumentów znajduje pan ten jeden zapalnik?

Odpalam się od iskry. Po latach pracy mam już swoje narzędzia pomiarowe i wiem, jaką temperaturę ma temat. Takie momenty zdarzają się najczęściej przy przeglądaniu moich starych notesów. To mój największy skarb – pełno w nich plotek i historii, których jako reporter nie mogłem udokumentować. Bywa też, że impuls dają czytelnicy, jak w przypadku „Wotum” czy najnowszego „Upiora”.

To już kolejny tom cyklu z Jakubem Kanią – postacią bez supermocy, którą czytelnicy kochają za spokój, intuicję i upór. Ile Macieja Siembiedy jest w Kani?

Przede wszystkim obaj jesteśmy łakomczuchami. Żaden z nas nie jest typem macho. Obydwaj staramy się być przyzwoici – z tą różnicą, że on może sobie na to pozwolić zawsze, bo jest postacią literacką. Dla mnie mówienie prawdy to kwestia wygody; mam za krótką pamięć, by kłamać. Chciałbym mieć takiego przyjaciela jak Kuba, bo jest niezawodny. Pragnąłem w Jakubie Kani ocalić pojęcie uczciwości, które dziś mocno się zdewaluowało. On mnie zresztą pilnuje. Jest jak asystent pasa ruchu – gdy mam skłonność, by zjechać na pobocze, pomaga mi utrzymać się na właściwym torze.

Czy Maciej Siembieda-pisarz to reporter, który po prostu zmienił narzędzia, czy to zupełnie nowa tożsamość?

To nie jest zmiana narzędzi, to zmiana płci. O ile w zbieraniu materiału nie ma różnicy, o tyle w używaniu wyobraźni jest ona kolosalna. W dziennikarstwie wyobraźnia jest jak męska biżuteria z anegdoty: „Milordzie, czy mężczyzna powinien ją mieć? Owszem, byle nie nosił”. W literaturze trzeba być nią obwieszonym. Kolejna sprawa to język. W reportażu nawet przymiotnik jest ryzykiem, bo staje się komentarzem. W powieści wolno go używać, ale tu czyha pułapka: pokusa oryginalności, która jest prostą drogą do grafomanii. Ja stosuję porównania tylko wtedy, gdy same przyjdą mi do głowy. Tajemnica tkwi w tym, by pisać – jak ktoś kiedyś powiedział - tak prosto, jak to możliwe, ale nigdy prościej.

Renata Dąbrowska

Czy w trakcie pisania powieści odzywa się w panu instynkt reportera i mówi: „stój, nie masz na to dowodu”?

Cały czas. Sam założyłem sobie chomąto i uzdę, bo przykleiłem sobie metkę autora piszącego na faktach. W posłowiach pilnuję granic między prawdą a fikcją jak strażnicy w Korei. Gdybym nagle popłynął, naraziłbym się bardziej niż ktokolwiek inny, bo czytelnicy mi wierzą. Producentów bzdur jest już zbyt wielu, bym miał do nich dołączać. Dlatego, jeśli czegoś nie wiem na sto procent, wolę o tym nie pisać lub włożyć to w usta mniej wiarygodnego bohatera. Tak było z „Wotum” – nie mam pewności, czy Czarna Madonna wisi w Częstochowie, czy w małej opolskiej wsi. Nie chcę jednak wywoływać zamieszania, nie o to mi chodzi.

Za chwilę premiera „Upiora”. Tym razem bierze pan na warsztat Władysława Reymonta i jego lęk przed pochowaniem żywcem. Skąd u noblisty taka obsesja?

Nie spoilerując: w tej książce mocno odbrązawiam Reymonta. Historię tę noszę w sobie od lat 90., gdy w Bielsku-Białej poznałem tkacza, Tadeusza Modrzejewskiego. Miał on z pisarzem metafizyczną więź – przez całe życie śnił mu się starszy pan, w którym po latach rozpoznał Reymonta. Zaczął obsesyjnie badać jego życie, a nawet przepisywać jego dzieła. Fascynujące było to, co ich łączyło: porażenie przysenne. To stan zbliżony do katalepsji – serce staje, ciało jest sparaliżowane, ale mózg pracuje. Człowiek wszystko widzi i słyszy, nie mogąc dać znaku życia. Modrzejewskiego w tym stanie niesiono już do prosektorium. Twierdził, że Reymont doświadczał tego samego i panicznie bał się przedwczesnego uznania za zmarłego. Istnieje zresztą mroczna legenda, że podczas sekcji zwłok noblista mógł jeszcze żyć. Reymont był postacią tragicznie złożoną – alkoholikiem, który nie pojechał po Nobla, bo nie kontrolował już nałogu.

W „Upiorze” pojawia się mroczny świat biznesu pogrzebowego. Jak tu wyglądał research?

Moim przewodnikiem był Adam Plutowski, były dziennikarz, który założył zakład pogrzebowy w Kościerzynie. To konsultant idealny – zna ten fach od lat, a przy tym zachował reporterską duszę. Nie zasypywał mnie statystykami, ale konkretami, którymi „karmią się” reporterzy. Zrozumiałem wtedy, jak dochodowy jest to biznes. Każdy handel, w którym klient nie pyta o cenę, bo jest w takim stanie psychicznym, że go ona nie interesuje, jest zyskowny. To cyniczne, ale prawdziwe.

Mówi pan o pisaniu książek jako o pomyśle na popołudnie życia. Czego o sukcesie nauczył się pan po sześćdziesiątce, czego nie wiedział pan jako trzydziestoletni reporter?

Myślę, że dojrzałości. Kiedyś było we mnie za dużo emocji, pisałem zbyt szybko. Oduczył mnie tego Ryszard Kapuściński. Widząc, jak potwornie męczył się nad tekstem – nie z braku talentu, ale z szacunku do słowa – zrozumiałem, że każde zdanie musi być szlifowanym brylantem. On potrafił pisać pół kartki dziennie. Wcale nie martwię się, że zacząłem późno. Najgorsze jest przecież pierwsze pięćdziesiąt lat dzieciństwa mężczyzny, potem człowiek mądrzeje. Dziś mam ten cudowny komfort, że nie muszę już zarządzać twórczością tak, by starczyło jej na dekady. Mam wszelkie możliwości, by ustrzec się przed schyłkiem. Mogę zejść ze sceny choćby dziś, kiedy brawa brzmią najgłośniej a światła świecą najjaśniej, nie czekając aż się ludziom znudzę.

Na razie nic nie wskazuje na koniec – wręcz przeciwnie, pana popularność wciąż rośnie.

Duże statki zaczynają hamowanie wiele mil przed portem. Jeśli nie zaczną w porę, rozbiją nabrzeże. Wszystko się kończy, a my żyjemy w czasach przesytu. Czasami wzdrygam się przed pisaniem dwóch książek rocznie, bo uważam, że to zbyt duża intensywność, ale wydawcy mi na to nie pozwalają.

Kolejna premiera jest już zapowiadana na jesień.

Rynek nie znosi próżni. To zabiera mi czas na czystą radość z tworzenia, ale jedno mogę obiecać: nigdy nie wypuszczę słabszej książki. Słyszę czasem: „nie przejmuj się, masz już nazwisko”.Nic z tego. Nie będę odcinał kuponów.

A jaki wpływ ma Sopot na pana twórczość?

Bardzo duży. Mieszkam w Górnym Sopocie, przy samym lesie – cenię sobie ten spokój. Lubię pisać na rowerze, oczywiście w głowie. Choć spędziłem tu już 20 lat, wciąż nie znam Sopotu tak dobrze, jak Opola. Tam jako reporter penetrowałem miasto w poszukiwaniu tematów. Coraz częściej jednak dochodzę do wniosku, że jestem Sopotowi winien książkę. Mam już nawet pewną historię na oku. Jak zwykle poprzeczkę stawiam na tej samej wysokości: to musi być coś mało znanego, a najlepiej kompletnie nieodkrytego.

"Dziś mam ten cudowny komfort, że nie muszę już zarządzać twórczością tak, by starczyło jej na dekady. Mam wszelkie możliwości, by ustrzec się przed schyłkiem. Mogę zejść ze sceny choćby dziś, kiedy brawa brzmią najgłośniej a światła świecą najjaśniej, nie czekając, aż się ludziom znudzę."