„Pół na pół”
Czarna komedia bez taryfy ulgowej
„Pół na pół”
Czarna komedia bez taryfy ulgowej
Wasza najnowsza premiera, „Pół na pół”, odbyła się 16 stycznia w Konsulacie Kultury w Gdyni. To czarna komedia, która rozbiera rodzinne relacje na czynniki pierwsze — bez sentymentów. Co w tym tytule najbardziej cię pociągnęło?
To tekst, który ma w sobie napięcie, a jednocześnie coś bardzo ludzkiego. Niby opowiada o dwóch braciach i ich matce, ale tak naprawdę jest historią o zależnościach, emocjach noszonych w sobie latami i o tym, jak trudno się od nich uwolnić. „Pół na pół” jest zabawne, ostre i bardzo prawdziwe — i w tym tkwi jego siła. Śmiejesz się, bo sytuacje bywają absurdalne, ale gdzieś z tyłu głowy pojawia się poczucie, że to wszystko jest podejrzanie znajome.
W tym spektaklu matka jest obecna właściwie cały czas — nawet wtedy, gdy fizycznie nie ma jej na scenie.
Dokładnie. Dwóch braci, dwóch dorosłych mężczyzn, a wciąż funkcjonują w układzie, w którym to matka rozdaje karty. I nawet nie musi wejść do pokoju, żeby sprawować nad nimi władzę. To fascynujące, ile w człowieku potrafi siedzieć strachu, poczucia winy i obowiązku — i jak łatwo wszystko to nazwać „normalnością”.
To czarna komedia, ale daleka od farsy.
Tak. Śmiech nie bierze się tu z prostego żartu sytuacyjnego ani z komedii omyłek. Rodzi się z napięcia — z tego, że bohaterowie usilnie próbują zachować rozsądek, a im bardziej się starają, tym szybciej wszystko zaczyna im się rozpadać. To taki rodzaj komedii, w której widz śmieje się, po czym nagle orientuje się, że to już jest niepokojące. I dokładnie o to chodzi.
Co było dla ciebie najważniejsze w pracy nad tym spektaklem?
Rytm. Tempo. Precyzja. W komedii — i w farsie — wszystko musi być policzone: pauza, wejście, reakcja, cisza. Tu każde słowo działa jak element mechanizmu, który nieustannie popycha akcję do przodu. A ja lubię teatr, który funkcjonuje jak dobrze nakręcony zegarek. Taka precyzja jest trudna do osiągnięcia, ale kiedy się udaje, efekt bywa piorunujący.




