„Pół na pół”

Czarna komedia bez taryfy ulgowej

Czarna komedia, która bawi, ale nie pozwala o sobie zapomnieć. „Pół na pół” to spektakl o rodzinnych zależnościach, napięciu i emocjach, które latami pracują pod powierzchnią codzienności. O precyzji komediowego rytmu, ciszy silniejszej niż brawa i śmiechu, który rodzi się z prawdy — nawet tej niewygodnej — opowiada Tomasz Podsiadły, reżyser i założyciel Bałtyckiego Teatru Różnorodności, w rozmowie po gdyńskiej premierze.

Wasza najnowsza premiera, „Pół na pół”, odbyła się 16 stycznia w Konsulacie Kultury w Gdyni. To czarna komedia, która rozbiera rodzinne relacje na czynniki pierwsze — bez sentymentów. Co w tym tytule najbardziej cię pociągnęło?

To tekst, który ma w sobie napięcie, a jednocześnie coś bardzo ludzkiego. Niby opowiada o dwóch braciach i ich matce, ale tak naprawdę jest historią o zależnościach, emocjach noszonych w sobie latami i o tym, jak trudno się od nich uwolnić. „Pół na pół” jest zabawne, ostre i bardzo prawdziwe — i w tym tkwi jego siła. Śmiejesz się, bo sytuacje bywają absurdalne, ale gdzieś z tyłu głowy pojawia się poczucie, że to wszystko jest podejrzanie znajome.

W tym spektaklu matka jest obecna właściwie cały czas — nawet wtedy, gdy fizycznie nie ma jej na scenie.

Dokładnie. Dwóch braci, dwóch dorosłych mężczyzn, a wciąż funkcjonują w układzie, w którym to matka rozdaje karty. I nawet nie musi wejść do pokoju, żeby sprawować nad nimi władzę. To fascynujące, ile w człowieku potrafi siedzieć strachu, poczucia winy i obowiązku — i jak łatwo wszystko to nazwać „normalnością”.

To czarna komedia, ale daleka od farsy.

Tak. Śmiech nie bierze się tu z prostego żartu sytuacyjnego ani z komedii omyłek. Rodzi się z napięcia — z tego, że bohaterowie usilnie próbują zachować rozsądek, a im bardziej się starają, tym szybciej wszystko zaczyna im się rozpadać. To taki rodzaj komedii, w której widz śmieje się, po czym nagle orientuje się, że to już jest niepokojące. I dokładnie o to chodzi.

Co było dla ciebie najważniejsze w pracy nad tym spektaklem?

Rytm. Tempo. Precyzja. W komedii — i w farsie — wszystko musi być policzone: pauza, wejście, reakcja, cisza. Tu każde słowo działa jak element mechanizmu, który nieustannie popycha akcję do przodu. A ja lubię teatr, który funkcjonuje jak dobrze nakręcony zegarek. Taka precyzja jest trudna do osiągnięcia, ale kiedy się udaje, efekt bywa piorunujący.

Po premierze wielu widzów mówiło, że to komedia, która bawi, ale nie kończy się wraz z ostatnią sceną — zostaje w głowie i nie daje spokoju. Skąd Twoim zdaniem bierze się ten efekt?

Rodzina potrafi być najbliższym miejscem na świecie — i jednocześnie najbardziej toksycznym. Słuchając dialogów bohaterów, każdy w pewnym momencie odnajduje sytuacje, które zna z własnego doświadczenia albo takie, o których przynajmniej słyszał. I wiesz co? To jest cudowne, że ludzie po spektaklu śmieją się, a potem jeszcze długo o nim rozmawiają. Bo ten temat jest jak drzazga. Niby mała, ale nie daje spokoju.

Jak przebiegała praca nad spektaklem od kuchni?

Intensywnie. I z dużą ilością śmiechu, co jest dość paradoksalne, biorąc pod uwagę ciężar tematu. Bywały momenty, kiedy razem z aktorami śmialiśmy się tak bardzo, że trzeba było przerywać próby. Ale zdarzały się też takie dni, po których człowiek wychodził z sali i miał ochotę zadzwonić do matki. Albo… nie dzwonić (śmiech).

Obsada jest kameralna, ale bardzo wyrazista.

Tak, na scenie widzimy tym razem aktorów gościnnych: Mateusza Deskiewicza i Jakuba Firewicza. To dwa zupełnie różne temperamenty sceniczne. Jeden opiera się bardziej na precyzji i kontroli, drugi ma w sobie nerw, impuls i aktorską „iskrę”, która potrafi nagle wywrócić scenę do góry nogami. I właśnie zderzenie tych dwóch energii daje najlepszy efekt. „Pół na pół” jest przecież o relacji, o napięciu, o ciągłym przesuwaniu granic — o sytuacji, w której raz jeden ma przewagę, a za chwilę wszystko się odwraca. Oni świetnie to czują i bardzo dobrze się w tym uzupełniają.

Spektakl odniósł ogromny sukces za granicą — w Hiszpanii obejrzało go ponad pół miliona widzów, był też grany m.in. w Portugalii, USA i Wielkiej Brytanii. Czy wchodząc w ten projekt, czułeś presję?

Presję? Nie. Raczej ekscytację. Wyszedłem z założenia, że jeśli coś działało na widzów w Hiszpanii, Portugalii, USA czy Wielkiej Brytanii, to znaczy, że to jest historia uniwersalna. A ja lubię robić teatr, który poza lekkością wynikającą z gatunku daje przestrzeń do refleksji. No i lubię moment, kiedy widz wychodzi z poczuciem: „Kurczę, nie spodziewałem się tego po komedii”.

Scenografia jest tu bardzo minimalistyczna i chłodna. Jaką rolę pełni w budowaniu napięcia tego spektaklu?

Ogromną. Agnieszka Szewczyk zaprojektowała scenografię symboliczną i funkcjonalną, która niesie w sobie chłód i napięcie. To nie jest „ładne mieszkanie z katalogu”. To przestrzeń, w której od początku czujesz, że coś zaraz pęknie. A w „Pół na pół” wszystko krąży wokół tego, co pęka — w ludziach, w relacjach, w głowie.

Premiera w Konsulacie Kultury w Gdyni była bardzo intensywnie odbierana przez publiczność. Jak ten wieczór zapisał się w twojej pamięci?

Jako wieczór, w którym publiczność była z nami od pierwszej minuty. Były momenty śmiechu — głośnego, niemal jak na najlepszych farsach, ale były też chwile ciszy. Tej najcenniejszej, kiedy czujesz, że widz słucha i nie chce uronić ani słowa. I to jest największy komplement dla teatru. Nie brawa. Tylko ta cisza, która mówi: „Jestem z tobą”.

Co dalej z „Pół na pół”? Jak widzisz przyszłość tego tytułu?

Gramy dalej. I mam poczucie, że to będzie tytuł, do którego ludzie będą wracać. Bo to jest komedia, która nie kończy się na śmiechu — ona zostaje w głowie. A jeśli widz po wyjściu mówi: „To było mocne, śmieszne i trochę niepokojące”, to znaczy, że zrobiliśmy robotę.

A prywatnie — co ten spektakl znaczy dla ciebie jako twórcy?

To jest taki moment, kiedy czuję, że Bałtycki Teatr Różnorodności może sobie pozwolić na repertuar odważniejszy. Że komedia nie musi być tylko „lekka i przyjemna”. Może mieć pazur, napięcie, a nawet ten delikatny dreszcz, który sprawia, że śmiejesz się trochę z niedowierzaniem. I że nasza publiczność jest już gotowa na różne formy teatru. A najlepszy śmiech to ten, który bierze się z prawdy. Nawet jeśli ta prawda jest… lekko niewygodna.