Na zewnątrz wiatr tnie twarz jak papier, a mokry śnieg z deszczem skutecznie odbiera wiarę w sens spacerów po mieście. Zimowy wieczór w Trójmieście ma w sobie coś z testu charakteru: wracasz bez energii z pracy, tramwaj znów się spóźnia, ludzie irytują, a na dodatek bliskość Bałtyku wzmacnia poczucie chłodu i wilgoci. I czujesz, że potrzebujesz wyluzować. Otwierasz drzwi ciepłego lokalu, zdejmujesz płaszcz, a pierwsza łyżka gorącej zupy, zapach masła, sera czy długo duszonego sosu sprawia, że ciało opuszcza napięcie.
To uczucie nie jest przypadkowe. Ma swoją nazwę, opisywaną przez psychologów, dietetyków i szefów kuchni na całym świecie: comfort food. Jedzenie, które nie tyle karmi, co uspokaja. W zimie działa jak wewnętrzny termofor.
Na poprawę humoru?
Termin „comfort food” wszedł do języka w latach 60. XX wieku w Stanach Zjednoczonych i opisywał jedzenie wybierane w momentach stresu, smutku lub zmęczenia – często proste, tanie i mocno przetworzone. Współczesne podejście coraz rzadziej kojarzy się wyłącznie z fast foodem czy daniami instant z paczki. Szefowie kuchni zaczęli reinterpretować klasyczne dania, zachowując ich pocieszający charakter, ale zmieniając jakość składników i techniki przygotowania. Zamiast gotowej zupy – długo gotowany wywar. Zamiast anonimowego mięsa – gęsina, wołowina lub wieprzowina od lokalnych dostawców. Pierogi, kluski, gulasze czy zapiekanki wracają na stoły w wersjach dopracowanych, ale nadal rozpoznawalnych.
Restauracja Grand Blue
Restauracja Grand Blue




