Chcę smak lasu na talerzu. Co mam wybrać?
Stawiam na igły i młode pędy iglaków. To jest smak, który nie udaje natury, to czysta
natura. Pędy świerku czy sosny mają żywiczną świeżość z cytrusowym pazurem i świetnie robią za
„cytrynę z lasu”. Olej z żywicznym aromatem świetnie nada się do ryb, pieczonych warzyw, nawet do
kremowych zup. Kilka kropel i masz w talerzu spacer po borze po deszczu. Syrop z pędów? Jasne, ale
nie tylko do herbaty. Spróbuj do sosu do dziczyzny albo do deserów z jabłkiem czy kwaśną śmietaną –
robi się z tego szlachetna nuta, a nie cukierek na kaszel. Leśna sól? Użyj pociętych igieł
i macierzanki, by połączyć je w moździerzu z solą, tworząc niezapomniany smak. Jałowiec to „pieprz
Północy” – ostry, gorzki, dymny, totalnie dziki. Rozgniecione jagody daj do marynat, kapusty,
gulaszu, grzybów. Pamiętaj, tylko że to przyprawy z charakterem, nie do miłego tła. Las w kuchni ma
mówić głośno, nie szeptać.
Jakie rośliny, które nasze babki
zbierały i używały na co dzień, dziś wypadły nam z kuchennej pamięci?
W Polsce
mamy kilka roślin smakowo genialnych, a traktowanych po macoszemu. Czosnaczek pospolity to mój
pewniak: młode liście pachną czosnkiem, ale mają też taką musztardową, zieloną nutę, coś między
rukolą a czosnkiem wiosennym. Pesto z niego potrafi zawstydzić bazylię, bo jest bardziej złożone
i „nasze”. Kozibród? To z kolei warzywo, które aż się prosi o powrót. Korzeń po ugotowaniu smakuje
jak delikatna pasternakowo-orzechowa wersja skorzonery, a młode pędy można traktować jak szparagi
z łąki. No i ostrożeń warzywny, roślina z reputacją jeża, a w środku ma kulinarne złoto – obrane
młode łodygi są soczyste, lekko słodkie, idealne do duszenia, zup, a nawet kiszenia. To są smaki,
które kiedyś były normalnym pożywieniem, zanim zaczęliśmy udawać, że żyjemy wyłącznie tym, co mamy
z supermarketu.
Czy restauracje coraz częściej wykorzystujące dary
lasu sprawią, że w domowych kuchniach również zawita las?
Z restauracjami
dzieje się coś fajnego – dzikie rośliny przestały być ozdobnikiem do zdjęcia, a zaczęły być językiem
smaku. Kucharze są coraz śmielsi i widać, że mają większą świadomość sezonu. Dziś nie chodzi o to,
żeby wrzucić „coś z lasu”, tylko żeby złapać ten moment: podagrycznik jak jest jeszcze miękki
i selerowy, czosnek niedźwiedzi zanim zrobi się włóknisty i zbyt ostry, młode liście bukowe nim
stwardnieją. To już nie tylko fine dining. Rośliny te, na szczęście, pojawiają się coraz częściej.
Trafiają także pod strzechę. Zupy czy farsze z podagrycznikiem, pasty z czosnku niedźwiedziego czy
bluszczyka kurdybanka, leśne octy, oleje, to wszystko na powrót staje się „normalnością”, bo ludzie
chcą smaków „stąd”. Roślinom odkleja się łatkę ciekawostki. Las przestaje być egzotyką. Staje się
spiżarnią, do której znów uczymy się chodzić.