„Wypuszczają z czaszek złe duchy, które wpędzają ludzi w szaleństwo i wyjmują ich okrągłe jaja z ludzkich mózgów”. Zmieniły się czasy, wierzenia, diagnostyka i sposoby leczenia, ale parafraza opisu profesji królewskiego trepanatora czaszek – protoplasty współczesnych neurochirurgów - z powieści Waltariego, wciąż celnie opisuje zadanie, przed którym codziennie stają jego następcy.

Blok operacyjny oddziału neurochirurgii Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku. Parter, trochę obskurny. Duszno, klaustrofobicznie i ciemnozielono – poczynając od koloru ścian kończąc na strojach zespołu lekarzy
i pielęgniarek. 

Polak potrafi

Na tym tle, w świetle jarzeniówek błyszczą wykonane ze stali narzędzia chirurgiczne, maszyna do ich dezynfekcji, ogromne umywalki, nad którymi przed każdą operacją dokładnie szoruje się ręce. Sale operacyjne, choć wyglądem nie przypominają tych z amerykańskich seriali medycznych, wyposażone są w światowej jakości sprzęt i umożliwiają pracującym tu specjalistom przeprowadzanie najbardziej skomplikowanych operacji neurochirurgicznych całego układu nerwowego. 

- Gdy w latach osiemdziesiątych byłem na stażu w Berlinie, to przepaść między nami a Zachodem była kolosalna, głównie  w kwestii wyposażenia i opieki anestezjologicznej. Obecnie te różnice się zacierają i nawet uważam, że  nasze osiągnięcia są za mało wyeksponowane w świecie i w Europie, że dużo potrafimy zrobić z bardzo dobrym wynikiem – mówi profesor Wojciech Kloc, ordynator oddziału. - Współpracujemy z kolegami z Freiburga, którzy obserwują nasze operacje, na przykład pnia mózgu i są pod wrażeniem jak przygotowujemy chorych do operacji, jak anestezjolog potrafi ich prowadzić w trakcie, jak elektrofizjolog czuwa nad każdą funkcją mózgu, każdą funkcją nerwu, który wychodzi z głowy i jak dobre są wyniki takiego leczenia – dodaje prof. Kloc.

Wszystko jest w głowie

To w pniu mózgu mieszczą się najważniejsze ośrodki życiowe. Jego działanie sprawia, że oddychamy, nasze serce pompuje krew, zapadamy w sen i potrafimy się z niego wybudzić. Do niedawna ta część ciała uchodziła za nieoperacyjną, a każda patologia, która w niej występowała, była śmiertelna. Notabene, wszystko co tworzy nas jako ludzi, mieści się w naszej głowie. Kształtujące nas wspomnienia, postrzeganie świata, języki, którymi się porozumiewamy, wreszcie to, czy trzymamy długopis w prawej, czy w lewej ręce. 

Nawet najmniejsze uszkodzenie może mieć kolosalne znaczenie dla naszego życia. Dlatego operacje głowy uchodzą za najtrudniejsze w chirurgii. Tutaj nie ma mowy o największych wyzwaniach, bo nawet z pozoru błaha operacja może zamienić się w bardzo skomplikowaną. Wtedy życie pacjenta wisi na włosku. W zawodzie neurochirurga nie ma miejsca na rutynę. 

- Wrażliwość – u dobrego lekarza to się nigdy nie zmienia. Każdy pacjent się boi i trzeba mu uczciwie powiedzieć, czego może się spodziewać, jakie my mamy trudności z operowaniem głowy, jaki będzie jego stan neurologiczny, czy będzie miał niedowład, czy będzie miał zaburzenia psychiczne, jak długo mogą się one utrzymywać, co należy robić. I jak on może sobie pomóc. My jesteśmy przewodnikami po jego chorobie – tłumaczy prof. Kloc.

Szukanie guza

Piątek, godzina 8 rano. Dla pięciu gdańskich neurochirurgów to dzień jak co dzień. W operacji uczestniczy sześcioosobowy zespół składający się z operatora – Wojciecha Kloca, asystującego mu rezydenta, lekarza anestezjologia, pielęgniarki instrumentariuszki i jej asystentki oraz pielęgniarki anestezjologicznej. Na sali jest również dr Mirosław Niedbała, który o przebiegu operacji na bieżąco informuje współpracujący z gdańskimi lekarzami ośrodek naukowo – medyczny w Szwajcarii. Planowych zabiegów takich jak ten wykonuje się tu codziennie około sześciu. Do tego operacje, o których lekarze mówią „na ostro” – to znaczy te, gdzie o życiu pacjenta decydują minuty. 

Uśpiona pacjentka jest gotowa. Przez szum urządzeń operacyjnych i jednostajne dźwięki aparatury monitorującej funkcje życiowe przebija się dochodząca z małej wieży stereo muzyka z porannego programu radiowego. Operator przykłada do głowy pacjentki pointer, urządzenie przypominające duży długopis, które lokalizuje nowotwór i wysyła jego obraz na ekrany neuronawigacji – w ten sposób otwarta zostanie jak najmniejsza część czaszki. 

Asystent operatora uruchamia trepan. Głośny dźwięk porównywalny do wiertarki rozlega się po całej sali. Ostrze zbliża się do odsłoniętej już kości czaszki. Po chwili asystent podnosi fragment kości odsłaniając pulsującą w rytmie serca oponę mózgową. Zapach piłowanej tkanki kostnej i dym z zamykanych prądem naczyń krwionośnych, unoszą się w powietrzu. Do stołu przysunięty zostaje duży mikroskop. Operator wraz z asystentem pochylają wzrok nad jego okularami. W jak najmniej inwazyjny sposób muszą teraz dostać się do guza. Przy profesorze przez cały czas stoi instrumentariuszka.

- Pani Basia była przy mojej pierwszej samodzielnej operacji. Razem zaczynaliśmy. Dlatego operuję tylko tutaj, kocham jeden, ten właśnie zespół, jedną siostrę oddziałową i ona nie pozwala mi pracować nigdzie indziej – śmieje się profesor. 

Operacja się udała

Atmosfera na sali operacyjnej nie jest bardzo napięta. Ktoś cicho nuci piosenkę z radia, pielęgniarka anestezjologiczna siedzi pod ścianą mrużąc oczy, ale podrywa się, gdy słyszy, że zmienia się częstotliwość dźwięku w aparaturze. Każdy z tu obecnych zna swoje obowiązki i jest na nich skupiony. Widać ogromne doświadczenie, wiedzę i zgranie zespołu. Po niespełna godzinie szczypce delikatnie
chwytają guz. 

- Teraz profesor będzie starał się wyciągnąć go w całości. To nie zawsze jest możliwe, ale znacznie ułatwia operację – mówi dr Mirosław Niedbała.

Udało się. Wzrok całego zespołu skupia się na wyjętym przez profesora nowotworze. Jedni obserwują go na dużym, podłączonym do mikroskopu ekranie, inni oglądają z bliska. 

- Jest! Taki mały, a już dawał objawy – mówi prof. Wojciech Kloc.

Okrągła tkanka, nie większa niż owoc wiśni, ląduje w sterylnym pojemniku. Nowotwór zostanie przebadany, ale wszystko wskazuje na to, że nie jest złośliwy. Operowane miejsce zostaje oczyszczone i opatrzone specjalną, sprowadzaną z Nowej Zelandii kolagenową tkanką.

- Taka gąbeczka warta jest tysiąc złotych – wtrąca prof. Kloc.

Następnie na swoje miejsce wraca kość czaszki i skóra – wszystko starannie zszywa asystent operatora. Pacjentka niedługo zacznie się wybudzać. Anestezjolog, po specjalnych badaniach, podaje tylko tyle znieczulenia, by możliwie jak najmniej obciążać organizm chorego. Jeśli nie będzie komplikacji, pacjentka po tygodniu wróci do domu. Ustąpią bóle głowy i napady padaczkowe, z którymi zgłosiła się do lekarza. 

Zabiegi pooperacyjne profesor obserwuje z daleka, delikatnie kołysząc się w tył i w przód w rytm piosenki z radia. Nuci piosenkę „Rain drops keep falling on my head”. Jest w dobrym humorze. Upewnia się, że wszystko jest w porządku i wychodzi z sali. Tego dnia wróci jeszcze na blok operacyjny. Po południu będzie operował kręgosłup. 

Plan nastolatka

Spotykamy się na oddziale. Profesor niespiesznym, ale zdecydowanym krokiem wraca z sal, na których leżą pacjenci. Jest późne popołudnie, ma dziś za sobą dwie operacje. W tym jedną szczególnie skomplikowaną, przeprowadzaną z zespołem chirurgów głowy i kręgosłupa jednocześnie. Denerwował się pan? - pytam. - Bardzo – odpowiada lekarz z prawie trzydziestoletnim doświadczeniem. Do stołu operacyjnego stawał tysiące razy. - Chyba około siedmiu tysięcy - mówi, ale musi chwilę się zastanowić. 

Nie należy do chirurgów, którzy szczególnie obchodzą jubileusze. Rozmawiamy w skromnie urządzonym gabinecie. Profesor siedzi w fotelu dłoń trzymając przy twarzy. Żadnych zbędnych gestów, gwałtownych ruchów, spokojny ton głosu i uważnie dobierane słowa. Kilka żartów, bo jak podkreśla, w Polsce podejście pacjenta i lekarzy do wykonywanego przez nich zawodu jest zbyt poważne. 

Pełno jest historii o sławnych muzykach, którzy komponowali w wieku przedszkolnym, czy naukowcach, uciekających z lekcji, by spędzać czas w potajemnie stworzonych laboratoriach. Wiedziona tym tropem, zadaję pytanie o chłopięce zabawy w lekarza i operacje przeprowadzane na podkradzionych lalkach.

- Nie miałem sióstr, dostęp do lalek był zatem utrudniony, używałem ich co najwyżej do robienia świec dymnych. Właściwie, ja nigdy nie miałem takich marzeń. Nigdy nie chciałem być strażakiem, policjantem, żołnierzem, ani lekarzem. To były marzenia zbyt daleko wybiegające w przyszłość – profesor studzi moje nadzieje na chwytliwą anegdotę. 

Decyzję, by pójść na medycynę, podjął będąc nastolatkiem, ale studiów medycznych nie wspomina ze szczególnym sentymentem. 

- Powiem szczerze, że bardziej lubię ten okres związany z liceum. Ludzie się poznawali, do tej pory mam przyjaciół z tego czasu. A studia były dosyć ciężkie. To była zmiana nastawienia, postępowania, życia – dodaje profesor Kloc.

Miała być psychiatria 

Potem przyszedł moment na praktyki, które odbywał jako salowy w szpitalu na Srebrzysku – to były pierwsze spotkania z pacjentami, a Wojciech Kloc szedł na medycynę z zamiarem zostania psychiatrą. Jednak sprawy potoczyły się inaczej. 

- Mój kolega, przyjaciel z liceum, który zaczął już pracować na neurochirurgii mówi: chodź, jest bardzo fajna ekipa, można się dużo nauczyć, to jest ciekawa medycyna. Wtedy ta neurochirurgia była taka mocno zacofana i wymagała dużej rewolucji. W momencie jak skończyłem studia w Gdańsku, została zamontowana pierwsza tomografia komputerowa, można było już dokładnie zbadać i głowę i kręgosłup. Metody leczenia zaczęły się bardzo szybko zmieniać, stając się jednocześnie bardzo skutecznymi - opowiada profesor.

Ale operacje wciąż trwały po kilkanaście godzin. Rekordową szesnastogodzinną przeprowadzał wraz z okulistą doktorem Pawłem Lipowskim. 

- Kiedyś się mówiło, że neurochirurdzy to taki trochę zakon, że jak człowiek się poświęci neurochirurgii, to już codziennie staje przed nowym wyzwaniem. Podziwiałem moich nauczycieli – prof. Brunona Imielińskiego, docenta Chmielewskiego, dr. Kurzaja, dr. Kopczyńskiego, nestorów gdańskiej neurochirurgii. To byli wielcy humaniści, wielcy lekarze, wielcy ludzie. Jak się patrzyło na ich poświęcenie dla chorych, na to że byli gotowi w każdej chwili dnia i nocy przyjechać do szpitala... to jednak najlepiej mogą powiedzieć ich żony, które cierpiały, bo koledzy musieli po nocy operować. Spóźniali się notorycznie na Wigilię, na święta, na wyjście do teatru, albo byli tak zmęczeni, że zasypiali na koncertach, siedząc w pierwszym rzędzie – opowiada profesor Wojciech Kloc.

Dziś czas trwania operacji znacznie się skrócił. Nawet te skomplikowane trwają około trzech godzin. Tylko tyle, ponieważ lekarze mają do dyspozycji niezwykle precyzyjny sprzęt, taki jak: neuronawigacja, neuromonitoring czy mikroskop operacyjny. Dzięki nim chirurdzy mogą poruszać się w kosmosie mózgu z niezwykłą precyzją. Rozwój technologii wymaga jednak ciągłego zdobywania wiedzy. Nad wciąż nierozwikłaną zagadką anatomii i funkcjonowania mózgu własne głowy wytęża grono specjalistów z kilku dziedzin, między innymi neurobiolodzy, neurolodzy, neurochemicy. Ich wiedzę naukowcy z politechnik łączą ze swoją i przekuwają na coraz nowocześniejszy sprzęt medyczny. Stąd konferencje i zjazdy, na których prof. Kloc spędza kilka dni w miesiącu. Do tego praca w szpitalu, prywatnych przychodniach i wykłady na Akademii Medycznej.

Neurohumanista

Gdy nie pracuje, jeździ na rowerze i sięga po niemedyczne książki.

- Moim ulubionym pisarzem jest Marquez, lubię „Sto lat samotności” i „Miłość w czasach zarazy”. Tę drugą najbardziej - mówi. 

Czasem udaje mu się też wyrwać z sali operacyjnej na koncertową, z gabinetu lekarskiego do malarskiej pracowni żony – Hanny Karczewskiej. 

- To jest trudne malarstwo. Wśród tych obrazów bardzo lubię przebywać, lubię je oglądać, to jest zupełnie inna wrażliwość, inne spojrzenie na życie. Pełne dystansu, pełne zastanowienia się. My jesteśmy tylko lekarzami, ale to artyści zmieniają świat - przekonuje.

Zabryzgane krwią fartuchy, na urlopie głód adrenaliny – tak zwykle portretuje się chirurgów w mediach. „Czym się różni neurochirurg od Boga? Bóg wie, że nie jest neurochirurgiem” –  czy to prawda, że lekarze opowiadają taki dowcip? – pytam na koniec. 

- Niektórzy chyba rzeczywiście tak o sobie myślą. Są w sobie zakochani – jak to się mówi – z wzajemnością. Ale my tutaj musimy być pokorni, szanować pacjenta i pracę zespołu. Widzi pani jakąś krew na moim fartuchu? – profesor pokazuje się po skończonej operacji. - Jeśli ktoś jest cały we krwi, to po prostu znaczy, że źle operuje. Tu nie chodzi też o adrenalinę. Adrenalina już dawno się wypłukała. To co nam zostaje to cierpliwość i precyzja - przekonuje Wojciech Kloc.