Śmiech to nie jest błaha sprawa
Śmiech to nie jest błaha sprawa
Sto spektakli „Pomocy domowej” to dobry moment, żeby zapytać, na czym właściwie polega fenomen Bałtyckiego Teatru Różnorodności. O farsie, która wymaga precyzji niemal co do sekundy, widzach wracających po kolejną porcję śmiechu i teatrze, który przez osiem lat wypracował własny język, rozmawiamy z Tomaszem Podsiadłym, założycielem BTR.
Setny spektakl „Pomocy domowej” Marca Camolettiego to dla Bałtyckiego Teatru Różnorodności ważny moment. Co czujesz, gdy patrzysz na drogę, jaką przeszedł ten tytuł?
Ogromną wdzięczność. Setny spektakl to nie jest tylko liczba. To sto wieczorów, sto spotkań z publicznością, dziesiątki ludzi pracujących przy tym tytule i setki widzów, którzy przyszli do teatru po emocje, śmiech i chwilę oddechu. „Pomoc domowa” bardzo wiele nam dała. Pomogła zbudować relację z widzami i chyba najpełniej pokazała, czym chcemy być jako teatr: miejscem, do którego przychodzi się po dobrą energię.
Ten tytuł był przełomem.
Tak. I zaczęło się bardzo zwyczajnie. Przyjaciel zobaczył ten tytuł w Łodzi i powiedział mi: Tomek, to jest dla was. Posłuchałem. Przygotowaliśmy spektakl tuż przed pandemią, potem przyszły zamknięcia, niepewność i całe to szaleństwo. Kiedy w końcu mogliśmy grać, ludzie dosłownie rzucili się do teatru. Bilety znikały szybko, ale dla mnie ważniejsze było co innego. Patrzyłem na widownię i widziałem, że przez ponad dwie godziny publiczność naprawdę odpoczywa.
Kiedy patrzy się na BTR dzisiaj, można odnieść wrażenie, że od początku wiedzieliście, że będziecie teatrem komediowym.
Wcale nie. To nie było tak, że któregoś dnia usiedliśmy przy stole i powiedzieliśmy: od jutra robimy farsy, a potem będziemy szczęśliwi. Szukaliśmy własnego miejsca. Sprawdzaliśmy, na co reaguje publiczność, czego nam samym chce się bronić na scenie. Dopiero po czasie zobaczyłem, że kiedy gramy dobrą komedię, wszystko jest w punkt. Aktorzy mają energię, widzowie wracają, a po spektaklu jest ten miły gwar, którego dyrektor teatru słucha z wielką przyjemnością.
Wtedy pojawiło się wasze hasło: terapia śmiechem?
Właściwie tak. I nie jest to wymyślone tylko po to, aby dobrze wyglądało na plakacie. Ono przyszło z obserwacji. Po spektaklu ludzie wychodzili roześmiani, rozluźnieni, czasem podchodzili i mówili: „Wie pan co, bardzo tego potrzebowaliśmy”. Wtedy człowiek rozumie, że śmiech jest czymś więcej niż dodatkiem do wieczoru. To może być bardzo potrzebna rzecz, zwłaszcza kiedy na co dzień wszyscy mamy za dużo napięcia i za mało oddechu.
„Pomoc domowa” ma swoją gwiazdę - Nadię, graną przez Sylwię Ogryzek.
Sylwia w tej roli jest po prostu znakomita. Nadia jest postacią, która mogłaby łatwo pójść w samą groteskę, a Sylwia daje jej temperament, urok i świetne wyczucie rytmu. Widzowie ją kochają i nie ma w tym przypadku. Są role, które stają się dla aktora wizytówką, ale tylko wtedy, kiedy aktor potrafi je za każdym razem od nowa ożywić. Sylwia to potrafi.
Potem przyszedł „Boeing Boeing”. Setny spektakl świętowaliście we wrześniu.
„Boeing Boeing” to klasyka farsy, ale klasyka bardzo wymagająca. Ta sztuka ma tempo szybkiego pociągu. Ktoś wejdzie za wcześnie, ktoś spóźni się o pół zdania i wszystko się rozsypie. Właśnie dlatego tak lubię farsę. Ona jest bardzo precyzyjna, choć z widowni wygląda, jakby wszystko działo się samo. W 1991 roku ten tytuł trafił do Księgi Rekordów Guinnessa jako najczęściej grany spektakl tetarlny na świecie. To tylko potwierdza, że wszędzie ludzie potrzebują dobrze opowiedzianej komedii.
Tomasz Podsiadły, założyciel BTR



