Śmiech to nie jest  błaha sprawa

Artur Łopatniuk

Sto spektakli „Pomocy domowej” to dobry moment, żeby zapytać, na czym właściwie polega fenomen Bałtyckiego Teatru Różnorodności. O farsie, która wymaga precyzji niemal co do sekundy, widzach wracających po kolejną porcję śmiechu i teatrze, który przez osiem lat wypracował własny język, rozmawiamy z Tomaszem Podsiadłym, założycielem BTR.

Setny spektakl „Pomocy domowej” Marca Camolettiego to dla Bałtyckiego Teatru Różnorodności ważny moment. Co czujesz, gdy patrzysz na drogę, jaką przeszedł ten tytuł?

Ogromną wdzięczność. Setny spektakl to nie jest tylko liczba. To sto wieczorów, sto spotkań z publicznością, dziesiątki ludzi pracujących przy tym tytule i setki widzów, którzy przyszli do teatru po emocje, śmiech i chwilę oddechu. „Pomoc domowa” bardzo wiele nam dała. Pomogła zbudować relację z widzami i chyba najpełniej pokazała, czym chcemy być jako teatr: miejscem, do którego przychodzi się po dobrą energię.

Ten tytuł był przełomem.

Tak. I zaczęło się bardzo zwyczajnie. Przyjaciel zobaczył ten tytuł w Łodzi i powiedział mi: Tomek, to jest dla was. Posłuchałem. Przygotowaliśmy spektakl tuż przed pandemią, potem przyszły zamknięcia, niepewność i całe to szaleństwo. Kiedy w końcu mogliśmy grać, ludzie dosłownie rzucili się do teatru. Bilety znikały szybko, ale dla mnie ważniejsze było co innego. Patrzyłem na widownię i widziałem, że przez ponad dwie godziny publiczność naprawdę odpoczywa.

Kiedy patrzy się na BTR dzisiaj, można odnieść wrażenie, że od początku wiedzieliście, że będziecie teatrem komediowym.

Wcale nie. To nie było tak, że któregoś dnia usiedliśmy przy stole i powiedzieliśmy: od jutra robimy farsy, a potem będziemy szczęśliwi. Szukaliśmy własnego miejsca. Sprawdzaliśmy, na co reaguje publiczność, czego nam samym chce się bronić na scenie. Dopiero po czasie zobaczyłem, że kiedy gramy dobrą komedię, wszystko jest w punkt. Aktorzy mają energię, widzowie wracają, a po spektaklu jest ten miły gwar, którego dyrektor teatru słucha z wielką przyjemnością.

Wtedy pojawiło się wasze hasło: terapia śmiechem?

Właściwie tak. I nie jest to wymyślone tylko po to, aby dobrze wyglądało na plakacie. Ono przyszło z obserwacji. Po spektaklu ludzie wychodzili roześmiani, rozluźnieni, czasem podchodzili i mówili: „Wie pan co, bardzo tego potrzebowaliśmy”. Wtedy człowiek rozumie, że śmiech jest czymś więcej niż dodatkiem do wieczoru. To może być bardzo potrzebna rzecz, zwłaszcza kiedy na co dzień wszyscy mamy za dużo napięcia i za mało oddechu.

„Pomoc domowa” ma swoją gwiazdę - Nadię, graną przez Sylwię Ogryzek.

Sylwia w tej roli jest po prostu znakomita. Nadia jest postacią, która mogłaby łatwo pójść w samą groteskę, a Sylwia daje jej temperament, urok i świetne wyczucie rytmu. Widzowie ją kochają i nie ma w tym przypadku. Są role, które stają się dla aktora wizytówką, ale tylko wtedy, kiedy aktor potrafi je za każdym razem od nowa ożywić. Sylwia to potrafi.

Potem przyszedł „Boeing Boeing”. Setny spektakl świętowaliście we wrześniu.

„Boeing Boeing” to klasyka farsy, ale klasyka bardzo wymagająca. Ta sztuka ma tempo szybkiego pociągu. Ktoś wejdzie za wcześnie, ktoś spóźni się o pół zdania i wszystko się rozsypie. Właśnie dlatego tak lubię farsę. Ona jest bardzo precyzyjna, choć z widowni wygląda, jakby wszystko działo się samo. W 1991 roku ten tytuł trafił do Księgi Rekordów Guinnessa jako najczęściej grany spektakl tetarlny na świecie. To tylko potwierdza, że wszędzie ludzie potrzebują dobrze opowiedzianej komedii.

Tomasz Podsiadły, założyciel BTR

Dawid Linkowski

Boeing Boeing”, „Pomoc domowa” i „Dom wariatów” łączy postać szalonej pomocy domowej. Czy widz powinien oglądać je po kolei?

Nie musi. Każdy spektakl opowiada odrębną historię, dlatego można zacząć od dowolnego tytułu. Obejrzenie wszystkich trzech daje jednak dodatkową frajdę z odkrywania łączących je motywów i nawiązań. „Dom wariatów” powstał zresztą specjalnie dla nas. Chcieliśmy jeszcze raz wrócić do tego świata, ale tym razem pójść o krok dalej i mocniej przesunąć granice absurdu. Na prośbę teatru Bartosz Wierzbięta, autor polskiego przekładu „Shreka” oraz tłumacz dwóch wcześniejszych sztuk z Nadią, napisał ich kontynuację. To jedyny polski tekst w naszym repertuarze, ale za to jaki!

Farsa często wygląda na lekką i spontaniczną. Czy za tym wrażeniem kryje się w rzeczywistości bardzo precyzyjna praca?

Dobra farsa jest ciężką pracą. Aktorzy muszą mieć kondycję, koncentrację i absolutne zaufanie do partnera. Nie ma taryfy ulgowej. Jeśli żart nie ma właściwego tempa i lekkości, widz nie będzie uprzejmy tylko dlatego, że wszyscy bardzo się starali. Ale kiedy wszystko gra, śmiech widowni jest najbardziej uczciwą recenzją na świecie.

W nowym sezonie idziecie jednak wychodzicie trochę poza schematy…

Nie chcę, żeby BTR stał się teatrem jednego koloru. Mamy „Stosunki na szczycie” i „Mayday 2”, mamy czarną komedię „Pół na pół”, a 6 listopada w Konsulacie Kultury w Gdyni pokażemy premierę „Głowy w piasek”. To komedia obyczajowa, bliższa życiu i trochę bardziej gorzka, ale nadal bardzo zabawna. Lubię takie historie, w których widz najpierw się śmieje, a po chwili orientuje się, że na scenie rozpoznaje kogoś ze swojego otoczenia. A czasem, co bywa jeszcze ciekawsze, samego siebie.

Gracie regularnie w Gdyni i Gdańsku, a widownie wciąż się zapełniają. Co sprawia, że publiczność chce do was wracać?

Mam nadzieję, że za dobrą jakość i roześmiane wieczory. Dziś człowiek ma setki możliwości, jak spędzić czas. Jeśli ktoś wybiera teatr, kupuje bilet i przychodzi do Konsulatu Kultury albo Domu Harcerza, to znaczy, że ma do nas zaufanie. My musimy zrobić wszystko, żeby wrócił do domu z poczuciem: dobrze, że tam byłem. Nie każdy spektakl ma zmieniać świat. Czasem wystarczy, że na chwilę pozwala go odłożyć na bok.

Wchodzicie właśnie w dziewiąty sezon artystyczny. Czego najbardziej chciałby pan dla BTR na tym etapie jego historii?

Żebyśmy nie stracili tej bliskości z widzami. Reszta też jest ważna: kolejne premiery, rozwój, kolejni mecenasi, bez których teatr nie mógłby funkcjonować. Ale bez publiczności nie istniejemy. Najbardziej lubię ten moment tuż przed rozpoczęciem, kiedy widownia za kurtyną cichnie i za chwilę może wydarzyć się wszystko. A potem, skupienie i po chwili pierwsza salwa śmiechu. Jeżeli po ośmiu latach nadal czuję przed każdym spektaklem tę samą ekscytację, to znaczy, że teatr wciąż potrafi mnie zaskoczyć. A skoro tak, to wierzę, że potrafi zaskakiwać także naszych widzów.