O świcie i o zmierzchu avvistatore wypatruje ławic, a na jego znak kołowrotki trabucco zaczynają klekotać. Z platformy, zakotwiczonej na skale, sterczą drewniane ramiona, przy pomocy których z morza wyciągana jest sieć. Kiedy się wynurza, połyskują i skaczą na niej cefale, dorady i drobne sardele. Na Gargano do dziś przetrwał dawny sposób połowu ryb z konstrukcji przypominających gigantyczne pająki.

Podróżując przez Apulię z południa na północ, przyzwyczajamy się do monotonii. Krajobraz nizin Tavoliere jest płaski, a pola w geometrycznym porządku, przecinają czasem jedynie kanały i rzędy drzew oliwnych. Na horyzoncie, w poprzek naszej drogi wyrasta ogromne skalne pasmo – Półwysep Gargano. To ostroga włoskiego buta jest geologicznym i geograficznym kaprysem. Potężny, skalisty garb z białego wapienia, pokryty puszczą wcina się w granatowe fale Adriatyku na długość ponad sześćdziesięciu kilometrów.

W mitycznej Adrii

Ta kraina pierwotnie nie należała do Europy. To fragment dawnej Adrii – mikropłyty kontynentalnej, która w mezozoiku leżała w tropikalnej strefie oceanu Tetydy. Przez miliony lat na jej płytkim dnie powstawały potężne osady wapienne, z których zbudowane jest dziś Gargano. Dowodem na jego pradawne, tropikalne pochodzenie są widoczne dziś skamieniałości dawnych organizmów morskich. Niemal tysiąc metrów nad dzisiejszym poziomem morza można znaleźć skamieniałe amonity i inne ślady dawnego, jurajskiego morza. W późniejszych epokach Gargano wielokrotnie zmieniało swoją relację z morzem; przez długi czas funkcjonowało jako wyspa, zanim ostatecznie połączyło się z lądem. Patrząc na białe klify rozbijające fale, wydaje się, że ta skała wciąż pamięta swój oceaniczny, dziki rodowód.

Zanim dotrzemy do Gargano, przemierzamy podmokłe tereny, które przypominają bardziej deltę afrykańskiej rzeki niż Europę. Po mokradłach brodzą długonogie różowe flamingi. Stąd widać majaczący na horyzoncie garb Parku Narodowego Gargano. Im bliżej, tym wyraźniej widać, jak porośnięty jest gęstą, zieloną puszczą Foresta Umbra. Zanim jednak dotrzemy do nadmorskich miast na końcu półwyspu zmierzamy po drodze do Monte Sant’Angelo. Szosa pnie się ostro w górę wieloma serpentynami. Za kolejnym ostrym zakrętem, widoczne w dole wody Zatoki Manfredońskiej wyglądają jak wielkie, lśniące lustro. Wydaje się, że droga w górę przez skaliste poletka i gaje oliwne, nigdy się nie skończy. Kiedy docieramy do miasteczka położonego na wysokości ponad ośmiuset metrów, zaskakuje nas jego miejska zabudowa. Od wieków żyje głównie z obsługi ruchu pielgrzymkowego. Od V wieku, po objawieniach Michała Archanioła, przez miasto przechodziły miliony pątników, w tym królowie, papieże i krzyżowcy.

Szukaj swojego komina

Kiedy wysiadamy z auta w najstarszej dzielnicy Rione Junno, mam wrażenie, że przenoszę się do baśni. Kaskada średniowiecznych, białych domków połączonych ze sobą wygląda jak chatki krasnoludków. Nad ich dachami górują śmieszne, wysokie kominy o przedziwnych kształtach – i żaden z nich nie jest taki sam. Przez stulecia, domki służyły za skromne kwatery dla zmęczonych pielgrzymów z całej Europy. Według miejscowej opowieści ich wymyślne formy pomagały pielgrzymom odnajdywać właściwy dom. Pielgrzym dostawał prostą wskazówkę: „Szukaj domu z kominem w kształcie korony”. Dzisiaj ten architektoniczny labirynt wydaje się nierealny, jakby zastygł w czasie, gdzieś nad chmurami. Za to nadrealne wydają się gigantyczne bochny lokalnych chlebów z miękkiej mąki - pane di Monte Sant’Angelo, które mogą ważyć nawet dziesięć kilogramów i osiągać niemal dziewięćdziesiąt centymetrów średnicy. Największe bochny zachowują świeżość nawet przez kilkanaście dni.

Historia Monte Sant’Angelo sięga V wieku. Później Langobardowie – germański lud – przejęli władzę nad tym obszarem. Upodobali sobie Michała Archanioła, dostrzegając w nim cechy przypominające ich dawnego boga Wodana – wojownika i opiekuna wojowników. To oni uczynili z tutejszej groty swoje sanktuarium. Dziś Niebiańska Bazylika (Celeste Basilica) jest jednym z najważniejszych miejsc pątniczych Europy i znajduje się na liście UNESCO. Od piętnastu stuleci wędrują tu pielgrzymi, aby zejść kilka pięter pod ziemię do górskiego sacrum, w cichej, pachnącej palonym woskiem jaskini. Gdy zostawiamy za plecami domki pielgrzymów i świętą grotę, zanurzamy się w Foresta Umbra, czyli w „Mroczną knieję”, nietknięty niemal przez cywilizację zielony świat kilkusetletnich buków. Trafiamy tu po krótkim deszczu, kiedy powietrze staje się gęste od intensywnego zapachu parującej ściółki, mokrej żywicy i dzikich ziół.

W drodze do schronienia

Zielony tunel drzew co chwilę rozrywa się, odsłaniając zachwycające widoki w dole. Pionowe, białe ściany wapiennych urwisk i ukryte w zatoczkach małe, złote plaże oblewa spienione morze. Gdzieniegdzie z wody wyrastają samotne, białe wysepki i naturalne, skalne łuki jak w zatoczce św. Felicjana (Arco di San Felice). Według legendy wycięły go w skale nimfy i trytony morskie na powitanie orszaku boga mórz, Neptuna. Zmierzamy do urwistego końca półwyspu, gdzie poszarpane zęby skał wgryzają się w głęboki błękit morza. Za pasem zieleni i wody wyłania się białe Vieste. To miasto dominuje na całym skalistym krańcu półwyspu.

W starożytności okolice Vieste nosiły nazwę Apeneste. Jedna z interpretacji wywodzi ją od greckiego określenia odosobnionego miejsca, schronienia. Odcięte od reszty Włoch przez góry i nieprzebyte lasy, przez stulecia żyło z tego, co dało morze. Według jednej z tradycji jej dzisiejsza nazwa może być związana z Westą, rzymską boginią ogniska domowego. Dla dawnych marynarzy i rybaków ten skrawek lądu był obietnicą bezpiecznego portu i domu. Więź z przeszłością czuć tu na każdym kroku. Pękate wieże barokowych świątyń, wąskie uliczki dzielące ściśnięte kwartały domów. Ich partery to sklepiki, warsztaty, piekarnie i knajpki. Lokalnym przysmakiem jest paposcia, czyli „kapeć”. To pachnące wakacjami pieczywo z pieca, wypełnione świeżymi pomidorami, rukolą, lokalnym serem i skropione oliwą.

Dzwony, kadzidło i chleb

Nasz dom stoi tuż obok starego kościoła Chiesa di San Francesco na samym końcu cypla. To czerwiec – czas, kiedy Apulia wraca do swoich korzeni. Trafiamy w sam środek święta patrona, św. Antoniego. Wieczorem z tarasu na naszym dachu obserwujemy solenne processione. Uroczysty orszak wychodzi spod kościoła z niesioną na ramionach figurą świętego. Rozdawany jest chleb św. Antoniego - pane Benedetto, a wąskie, kamienne uliczki Vieste Vecchia gęstnieją od tłumu. Prosto pod nami przeciska się procesja. W orszaku kroczą uroczyście ubrani biskupi, lokalne bractwa religijne i miejska orkiestra dęta. Dźwięk instrumentów miesza się z szaleńczym kołysaniem dzwonów we wszystkich okolicznych wieżach. Mury drżą, zapach kadzidła unosi się ponad dachy, a tuż za tym ludzkim ściskiem rozciąga się nieskończona, milcząca przestrzeń morza. A potem, jak zawsze w Italii, przychodzi nocny finał. Niebo nad Adriatykiem eksploduje światłem kolorowych pióropuszy sztucznych ogni, rozświetlając białe fasady Vieste i oznajmiając koniec świętowania. Gdy zgiełk cichnie, nadmorskie bulwary i knajpki na skałach nad samą wodą zapełniają się gośćmi. Zapach grillowanych ryb i owoców morza miesza się tu z solą Adriatyku. Morze powiela w odbiciach blask latarni, iluminacji i świetlnych girland. Zaczyna się rytuał passeggiata.

Drewniane pająki z Gargano

Małe Vieste można obejść każdego wieczoru. Nasz wieczorny spacer zakończył się na samym końcu cypla, gdzie surowy mur kościoła św. Franciszka odgradza miasto od wody. Za ścianą świątyni, na skalnym urwisku jest tylko dzika łąka, otoczona z trzech stron wodą. To właśnie podczas napadu korsarza Draguta w 1554 roku na Vieste spadła jedna z największych tragedii w jego historii. Dziś nie ma tu nikogo, zachodzące słońce maluje wapienne skały na złoto, a. w trawie bawią się jedynie dzikie króliki.

O tym, że pod tą sielankową łąką kryją się morskie głębiny i prądy, przypomina zakotwiczone na skale rybackie trabucco. To niezwykła, drewniana konstrukcja o długich ramionach, przypominająca gigantycznego pająka, od stuleci pozwala rybakom na połów z brzegu. Nieopodal Gargano dno Adriatyku gwałtownie opada ku głębinom, które dalej na południe sięgają ponad 1300 metrów. Rybacy – trabuccolanti, na swoich drewnianych pomostach stoją więc dosłownie na krawędzi morskiej przepaści. O świcie i o zmierzchu na znak avvistatore (obserwatora), który wypatruje w przejrzystej wodzie ławic, kołowrotki trabucco zaczynają klekotać i drewniane ramiona unoszą z morza sieć pełną cefali, dorad, sardeli, a nawet kalmarów. Jeszcze w latach 50. XX w. na wybrzeżu pomiędzy Vieste a Peschici łowiono ryby na kilkudziesięciu trabucchi. Dziś zachowało się ich kilkanaście. Tylko część nadal służy do połowu – czasem sezonowego, czasem w formie pokazów. Inne stały się miejscami spotkań i restauracjami. Trwają prace nad utrzymaniem i rekonstrukcją konstrukcji. Park Narodowy Gargano przeznaczył na odrestaurowanie siedmiu trabucchi w Peschici, jako dziedzictwa kulturowego i atrakcji turystycznej.

Zamek na skale

Kilkanaście kilometrów dalej, trafiamy do dawnej osady rybackiej – Peschici, która przycupnęła wysoko na krawędzi skały, na północ od Vieste. Rozbudowała się wokół średniowiecznego Castello di Peschici, z którego do dziś pozostały mury i podziemia oraz wspaniały widok na morze. Na kamiennych ścianach, przewianych wiatrem i solą, kołyszą się parasolki dzikiego kopru. Tutaj za zamkniętymi okiennicami, czas płynie zupełnie inaczej. Uliczki są ciche, puste, jakby uśpione popołudniowym upałem. Tylko doniczki z sukulentami przed drzwiami potwierdzają, że toczy się tu życie. W jednej z uliczek trafiamy na mikroskopijną lodziarnię, w której mieszczą się zaledwie dwa stoliki. Czasem w uliczkach unosi się intensywny zapach ciambotto – tradycyjnej rybackiej potrawy, gotowanej z różnych gatunków ryb i owoców morza. Z tego podniebnego gniazda schodzimy długimi, kamiennymi schodami w dół, prosto na plażę pod skałą. Zrzucamy ubrania i zanurzamy się w chłodnej, czystej wodzie. Potem leżymy na ciepłym piasku. Przymykamy senne oczy, a obrazy tej podróży – serpentyny, białe domki pielgrzymów, szalone dzwony, zapach lasu, smak sera i kolorowe pióropusze ognia – powoli bledną i znikają pod powiekami. Zostaje tylko miarowy szum fal i kojący dotyk ostatnich, ciepłych promieni słońca. Ostroga włoskiego buta kończy się tutaj, na granicy lądu i nieskończonej, głębokiej wody.