Piękno na pograniczu światów

Agata Rzeźnik

Fotografia, scenografia, ceramika i światło. Maja Tybel nie lubi zamykać twórczości w jednej dziedzinie. Z doświadczenia w pracy z obrazem i przestrzenią narodziło się Tybel Forms - marka, w której rzeźbiarskie formy spotykają się z funkcją, a współczesny design z pamięcią o sztuce ludowej. Jej surowe, modularne obiekty mają nie tylko rozświetlać wnętrza, ale też skłaniać do własnych interpretacji. W rozmowie z „Prestiżem” artystka opowiada o drodze od fotografii do ceramiki, potrzebie fizycznego kontaktu z materią, inspiracjach Kaszubami i polską awangardą oraz o tym, dlaczego niedoskonałość może być piękniejsza od perfekcji.

Przez lata pracowałaś z obrazem, światłem i kompozycją. W którym momencie fotografia przestała być wystarczającym językiem, żeby opowiedzieć to, co chciałaś?

Trudno mi powiedzieć, by fotografia była dla mnie kiedykolwiek jedyną formą wyrazu, ponieważ od dziecka zajmowałam się tysiącem różnych działań kreatywnych. Babcia uczyła mnie szyć, natomiast siostra mojej mamy zaraziła miłością do designu. Podczas aplikowania na studia ciężko mi było się zdecydować, nie było wtedy wydziału fotografii, aplikowałam na grafikę projektową i wzornictwo przemysłowe i dostałam się na oba te kierunki. Mimo iż zdecydowałam się na grafikę, formy trójwymiarowe bardzo mnie pociągały Przez pewien czas skupiałam się na projektowaniu przestrzennych artbooków, czy wspólnie z chłopakiem, z którym wtedy się spotykałam, który studiował wzornictwo, zaprojektowaliśmy sofę. Do większości sesji fotograficznych nad którymi pracowałam przez wszystkie te lata również tworzyłam, wycinałam, malowałam czy budowałam scenografię - czasem sama, czasami z pomocą przyjaciół. Praca manualna czy design zawsze były mi więc bardzo bliskie.

Przejście od fotografii do rzeźby i obiektu było dla ciebie naturalną ewolucją, czy raczej świadomym wyjściem poza dotychczasową praktykę?

Rzeźba zaczęła mnie interesować, wraz z rosnącym apetytem na coraz większe produkcje scenograficzne i była to raczej naturalna ewolucja. Te dwa światy - wbrew pozorom - są bardzo połączone. By zrobić dobrą kampanię, również pracuje się z przestrzenią, jest wieloplanowość, odległości, kompozycja. Oglądałam sesje Marcina Kempskiego i byłam pod ogromnym wrażeniem, wyobrażałam sobie, że też będę kiedyś tworzyć duże obiekty do moich realizacji. Sama ceramika natomiast pojawiła się w moim życiu trochę przypadkowo. Mam szczęście, ponieważ pochodzę z artystycznej rodziny. Siostra mojej mamy, Maria Jachowicz, miała pracownię i krótko przed pandemią kupiła piec ceramiczny. Miałam więc łatwy dostęp do tego medium i bardzo dużo wolnego czasu. Kto wie, gdyby u mnie w rodzinie byli złotnicy, możliwe, że zajmowałabym się teraz biżuterią, która przypominałaby Tybel Forms? Nigdy nie interesowało mnie zamknięcie się w jednej dziedzinie, próbowanie różnych rzeczy to coś co mnie uszczęśliwia. Piękne jest to, że jest tyle sposobów na wykorzystanie twórczej energii.

EMI KARPOWICZ

Set design nauczył cię myślenia o przestrzeni. Co fotografia i scenografia dały ci jako rzeźbiarce i projektantce?

Myślę, że najwięcej dała mi przede wszystkim współpraca z innymi projektantami. Mój styl fotografowania jest specyficzny i dosyć niszowy - jest w nim dużo koloru czy odniesień do sztuki, np. do malarstwa abstrakcyjnego. To podoba się innym twórcom. Wiele moich zleceń pochodzi właśnie z sektora kreatywnego - zatrudniają mnie instytucje kulturalne, rzemieślnicy, projektanci designu, kolekcjonerzy czy właściciele lokalnych marek modowych. Bardzo inspiruje mnie praca z nimi, szczególnie gdy razem odkrywamy nowe płaszczyzny, zestawienia kolorów czy niestandardowe sposoby na opowiedzenie o danym produkcie. Współpraca z nimi przez lata dała mi pewność, że w tym medium też mogłabym się odnaleźć. Zapragnęłam zrealizować coś namacalnego, coś z czym będzie można obcować dłużej - pobyć, kontemplować. Większość moich prac fotograficznych zapisanych jest na dysku SSD czy w internecie, nie istnieją w świecie analogowym. Scenografię po wykonanej sesji się demontuje. Impulsem do stworzenia własnej marki była też współpraca ze znajomą projektantką wnętrz, z którą chciałyśmy realizować wspólny projekt. I tak marzenie o stworzeniu obiektów świetlnych ze mną zostało i musiało znaleźć ujście w postaci nowych form.

Patrząc dziś na swoje wcześniejsze fotografie, widzisz w nich zapowiedź Tybel Forms?

Oczywiście! Jest nawet sesja z 2020, w której elementy scenograficzne wycinałam z polistyrenu i malowałam w różne kolory. Myślę, że ktoś, kto ogląda te fotografie może odnaleźć w nich łączący motyw czy nawet styl. W moich fotografiach często przewija się też totemiczność. Zestawianie obiektów ze sobą tak, by stworzyły surrealistyczną rzeźbiarską formę, to mój konik. Mam nadzieję, że we wszystkich moich pracach niezależnie od medium, można dostrzec pewien wspólny język.

Pandemia skierowała twoją uwagę w stronę ceramiki. Potrzebowałaś wtedy nowego medium czy przede wszystkim fizycznego, manualnego kontaktu z materią?

Potrzeba tego fizycznego kontaktu napewno była jednym z powodów, ale też trudne emocje, z którymi zostałam zamknięta w mieszkaniu i które musiałam w jakiś sposób z siebie wyrzucić. Krótko przed pandemią realizowałam kampanię na Sri Lance, dla jednej z dużych polskich marek modowych. Myślałam, że to początek pasma sukcesów, spędziłam na tropikalnej wyspie 1,5 miesiąca, a wróciłam prosto w kompletny lockdown, nie mając pojęcia co będzie dalej z moją działalnością.

Kontrast tej sytuacji musiał być oszałamiający.

Tak. Dostęp do pracowni i glina uratowały mnie przed depresją. Jest coś niesamowitego w tworzeniu za pomocą dłoni. Tak jakby uginająca się pod moim dotykiem glina i możliwość modyfikowania jej kształtu w realnym czasie rekompensowała całkowity brak kontroli nad tym co się wydarzy. Początkowe formy były dużo bardziej cielesne - przypominały wnętrzności ciała, fałdy tłuszczu czy istoty z innego świata. Można powiedzieć, że były nawet trochę niepokojące. Jest mi też bliska idea transformacji - jak można zamienić trudne emocje lub doświadczenia w coś co nas wzmacnia? Przemiana negatywnej energii w coś pięknego czy funkcjonalnego, to praktyka, którą chciałabym w sobie rozwijać.

Maja Tybel

Nazywasz Tybel Forms „projektem żywym”. Co sprawia, że przedmiot staje się dla ciebie żywą formą?

Moje obiekty są tak zaprojektowane, że by można było je zmieniać, nie tylko przed zakupem, ale również wiele dni później. Istnieje możliwość dokupienia dodatkowego modułu lub odkręcenia tego, który już przestał nam pasować. Podoba mi się wizja tego, że każdy może stać się współtwórcą obiektów Tybel Forms i tego, że może je modyfikować w przyszłości.

W tradycyjnym designie projektant często dąży do stworzenia kompletnej, zamkniętej formy. Ty zostawiasz przestrzeń na niedopowiedzenie. Czy to świadoma niechęć do perfekcyjnie zamkniętego projektu?

Chcę, by odbiorca mógł poczuć ekscytację wypływającą z dobierania kolorów i kształtów - podobną do tej, którą ja czuję wymyślając i zestawiając ze sobą elementy. Bardzo cenię sobie pracę zespołową i jest to w pewnym sensie zaproszenie do twórczego procesu. Czekam z ekscytacją na wszystkie wiadomości, w których pokażecie mi wnętrza, a w nich swoje ulubione konfiguracje.

Zdecydowałaś się nie szkliwić ceramiki, pozostawiając jej surową, kamienną strukturę. Co daje ci ta niedoskonałość i fizyczność materiału?

Szkliwiona ceramika wygląda jak produkt, a mi zależy na tym, by była to jednak na pierwszy rzut oka rzeźba. Myślę, że ta surowa struktura przybliża nas do obiektu. Bardzo lubię zestawienia, w których w jednym obiekcie mamy różne odcienie beżu i różu, które przywodzą na myśl różne odcienie skóry. Szukam piękna w niedoskonałości, w zagłębieniach, fakturach, w subtelnych różnicach pomiędzy odcieniami. Chcę, by obiekty Tybel Forms były bliskie nam i bliskie naturze. By nie mówiły kategorycznie jakie coś ma być, tylko ukazywały, że to, co naprawdę interesujące, znajduje się w przestrzeni pomiędzy i w kontraście między jednym i drugim.

Agata Rzeźnik

Czerpiesz zarówno ze sztuki ludowej, jak i z awangardy lat 20. XX wieku. Co takiego fascynuje cię w spotkaniu ludowości z modernizmem?

Spotkanie awangardy i sztuki ludowej było powiewem świeżości w polskiej sztuce, o którym mówi się do dzisiaj i uważam je za bardzo odkrywcze. Myślę, że właśnie najciekawsze dzieła powstają, gdy jesteśmy w stanie połączyć ze sobą dwa pozornie niepasujące do siebie światy i stworzyć dzięki temu nową jakość. Każdy z twórców działających w latach 20. w jakiś sposób przetwarzał własne doświadczenia, odkrycia, ale też i dziedzictwo - a więc i ludowość. Jest to pewnego rodzaju zapis pamięci danego okresu. Interesuje mnie moment, w którym osobiste doświadczenie kultury staje się znakiem uniwersalnym. Chcę, by moje obiekty spełniały właśnie taką funkcję. Były nie tylko obiektami użytkowymi, ale właśnie symbolami czasu i tożsamości. Moje totemy również są próbą interpretacji doświadczeń, w których nowoczesność spotyka się z korzeniami, czyli wspomnieniem biało-niebieskich wzorków malowanych wewnątrz kaszubskich chat czy festiwali tańca ludowego, na które jeździłam całe dzieciństwo.

Jak znaleźć granicę między inspiracją kulturą ludową a jej czysto estetycznym wykorzystaniem?

Myślę, że każdy twórca musi sam sobie odpowiedzieć na to pytanie. Prawdziwie autentyczna sztuka i opowieść broni się sama. To prawda, że jesteśmy teraz w erze trendu na polskość i ludowość, ale uważam, że łatwo to rozróżnić, ponieważ twórcy, którzy czerpią z własnego doświadczenia i z głębi, realizują projekty po swojemu, niezależnie od tego co przychodzi i odchodzi.

Debiut Tybel Forms nastąpił pod koniec 2025 roku, a już kilka miesięcy później projekt pojawił się podczas Milan Design Week. Czy Mediolan zmienił twój sposób myślenia o własnej pracy?

Tak, było to super doświadczenie i jestem bardzo wdzięczna Stowarzyszeniu Twór za zaproszenie. Zobaczyłam, jak mówią o swoich pracach inni twórcy i było to bardzo inspirujące. Galeria, w której pokazywana była moja praca, znajdowała się w samym centrum, dosłownie pięć minut spacerem od głównego placu Duomo. Dzięki temu odwiedzało ją wiele osób, nawet takich, które pozornie nie były zainteresowane polskim designem. Moja prace stały w witrynie, więc mogłam też z wnętrza galerii obserwować, jak patrzą na nie przechodzące osoby. Na pewno dodało mi to pewności siebie. Odkryłam, że to, co robię rezonuje nie tylko z moim otoczeniem, ale z osobami z całego świata. Od chłopaka z Meksyku usłyszałam, że moje prace przypominają mu azteckie totemy i jest w nich wręcz pogańska energia. Tak jakby każdy widział w nich coś ze swojej kultury. To bardzo ciekawe, że praca rzeźbiarska może być interpretowana na tyle sposobów.

Maja Tybel

Jak odbierane są polskie obiekty na międzynarodowej scenie designu? Widzisz zainteresowanie tym, co wyrasta z lokalnego kontekstu?

Będąc w Mediolanie poczułam się prawdziwie dumna z tego, że jestem Polką. Do wystawy „Polski modernizm. Walka o piękno” codziennie stała dwugodzinna kolejka oczekujących, a międzynarodowe magazyny opisywały ją jako jedną z najlepszych ekspozycji tego sezonu. Dużym echem niosła się też instalacja Marcina Rusaka. Polski design jest wybitny i nie dziwi, że świat zaczyna to dostrzegać.

Co chcesz, żeby człowiek poczuł, kiedy po raz pierwszy znajdzie się sam na sam z twoją lampą - zanim jeszcze ją włączy?

Chciałabym, by każdy patrząc na mój obiekt spróbował odnaleźć to, co go samego porusza czy do niego przemawia. Czy może zobaczy w niej drugiego człowieka, jego ciało i niedoskonałości, czy poczuje jak ja umiłowanie dla różnorodności czy może zauważy w niej kaszubską ćmę, która nocą próbuje dostać się do wnętrza klosza? Wszystkie interpretacje są możliwe. A gdy ją już włączy, otuli go przyjemne ciepłe ambientowe światło, takie które zapalasz, gdy relaksujesz się przygotowując do snu.

Gdzie chciałabyś zobaczyć swoje obiekty za kilka lat: w prywatnych wnętrzach, galeriach, muzeach czy może w przestrzeniach publicznych?

Już teraz można je oglądać w prywatnych wnętrzach, w galeriach czy na festiwalu Sny o Gdyni, organizowanym przez Galerię Przypływ. Wiele z moich marzeń zostało spełnionych szybciej niż się spodziewałam, na przykład właśnie udział w MDW! Marzy mi się wystawa w galerii Objekt, a w przyszłości chętnie stworzyłabym duże rzeźby dostępne dla odbiorców w przestrzeni publicznej.