Wysiadłam ze stylowego wagonu GoldenPass Express, czując się tak, jakbym zamiast biletu kolejowego otrzymała przepustkę do innej epoki. Dystyngowane Montreux, wciśnięte między alpejskie olbrzymy a Jezioro Genewskie, natychmiast narzuciło mi swój niespieszny rytm, gdzie czas zdawał się trwać w realiach belle époque.
- W Montreux nie zwiedza się zabytków. Tu tropi się historie, które zmieniły światową literaturę i muzykę - uśmiecha się Jean, podając mi klucz do pokoju. Już po kilku godzinach wiem, że ma rację. Nad brzegiem Lemanu, jak Szwajcarzy nazywają Jezioro Genewskie, czas płynie inaczej. Zabytkowe parowce wciąż przecinają taflę jeziora, promenadę wyznaczają palmy i hotele pamiętające czasy belle époque, a na horyzoncie wyrastają ośnieżone szczyty Alp. W oddali zielone tarasy winnic Lavaux, wpisane w 2007 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, spływają kaskadami ku wodzie. W cieniu kamiennych piwnic dojrzewa chasselas, a z kieliszkiem lokalnego wina łatwo zrozumieć, dlaczego od ponad dwóch stuleci Montreux przyciąga ludzi pióra, muzyki i sztuki. Dla jednych było sanatorium, dla innych azylem przed światem, miejscem twórczego olśnienia lub ostatnim adresem.




