Kaszubska tożsamość w Gdyni

Piotr Grązka Fundacja Pomysłodalnia

Tego dnia Gdynia nie tylko brzmi, ale wygląda inaczej niż zwykle. Ulice Starowiejska i 10 Lutego, Park Rady Europy czy Plac Wolnej Ukrainy spływają żółto-czarnymi flagami, a ze Skweru Kościuszki rozlega się gwar kaszubskiej mowy, muzyka i śpiew. Przejście od tradycyjnych, rybackich korzeni do tętniącej życiem współczesności odbywa się na oczach tysięcy ludzi. Modernistyczna przestrzeń wypełnia się tłumem, w którym tradycyjny haft, ludowe stroje i dawne instrumenty spotykają się z nowoczesnymi akcentami – przyciągającym wzrok wiankiem na włosach, barwnym kwiatowym wzorem na torbie czy tematyczną koszulką. Z perspektywy sceny głównej morze ludzkich głów ciągnie się aż po horyzont, tworząc widowiskowy obraz.

Po dwóch dekadach Światowy Zjazd Kaszubów znów zawitał do Gdyni i to w szczególnym momencie, bo w roku przygotowań do stulecia miasta. Lipcowe spotkanie przyciągnęło tłumy, pokazując, jak naturalnie tradycja potrafi dziś współgrać z nowoczesnym miejskim życiem.

- Zostaje z nami ogromne poczucie wspólnotowej siły i sprawczości. Sam Zjazd był dowodem na to, jak efektywna, wielowymiarowa i pełna zaangażowania potrafi być współpraca naszego gdyńskiego oddziału ZKP i Kaszubskiego Forum Kultury z gdyńskim samorządem – podkreśla Adam Labuhn, prezes Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego Oddział w Gdyni. - W przestrzeni publicznej na stałe pozostaje przypomnienie o naszych korzeniach. Zjazd Kaszubów na nowo obudził tę świadomość w wielu mieszkańcach, co z perspektywy przyszłości jest wartością bezcenną.

Gdyński powrót  do korzeni

Zjazd na nowo przypomniał też o czymś fundamentalnym, że Gdynia, znana jako „miasto z morza i marzeń”, stoi na głębokich kaszubskich korzeniach. To przecież tutejsi Kaszubi przyjęli przybyszy z całej Polski, by wspólnie budować nowoczesny port i miasto.

- Opowieść o historii Gdyni to nierozerwalnie opowieść o Kaszubach. To oni byli tu rdzenną ludnością i stworzyli fundamenty dzisiejszego miasta – podkreśla Paweł Pałasz z Działu Historycznego Muzeum Miasta Gdyni. - Doskonałą okazją do przypomnienia o tym rodowodzie był 27. Światowy Zjazd Kaszubów, na który przygotowaliśmy ekspozycję prezentującą wybrane akcenty kaszubskie w zbiorach MMG. Jej sercem stał się liczący blisko 200 lat czepiec Julianny Radtke, matki pierwszego polskiego sołtysa Gdyni.

W programie Muzeum znalazła się także opowieść o półwieczu słynnej porcelany z Łubiany, spotkania w ramach „Ogródków literatury” oraz sierpniowe spacery historyczne. Te ostatnie, będące uzupełnieniem filmów VR przedstawiających Gdynię z 1926 roku, pozwalają zestawić dzisiejszy modernizm z klimatem wsi sprzed stulecia.

Mistrzowie rzemiosła

Muzealne zbiory miały swoje bezpośrednie, żywe przedłużenie na zjazdowych stoiskach. Tutejsza tradycja nie jest zamkniętym rozdziałem – tworzy się na bieżąco, na miarę współczesności. Dowodem na tę ciągłość byli obecni na miejscu rzemieślnicy. Wśród nich pojawił się Zenon Pępliński – rzeźbiarz, który reaktywuje i nadaje nowe życie kaszubskim klekom, tworzonym specjalnie z myślą o kolejnych zjazdach. Z kolei Danuta Leszczyńska prezentowała kunsztowny haft regionalny, pokazując, że tradycyjne wzornictwo wciąż potrafi zachwycać i znajdować nowe zastosowania.

Współczesna odpowiedź na tradycję

Bogaty program Zjazdu, od technologicznych nowinek, przez koncerty, aż po plenerowe wydarzenia, pokazał, jak różnorodnie można opowiadać dziś o regionalnej tożsamości.

- Współczesna tożsamość kaszubska to dla mnie idealny pomost pomiędzy szacunkiem do tradycji a odważnym spoglądaniem w przyszłość. To nie jest zamykanie się w skansenie. Dzisiejszy Kaszuba jest dumny ze swojego języka, haftu czy diabelskich skrzypiec, ale jednocześnie jest obywatelem nowoczesnego świata – świadomym, wykształconym, otwartym, prowadzącym biznesy i działającym w dynamicznych miastach, takich jak Gdynia – podsumowuje Adam Labuhn. - O sile naszej tożsamości decyduje autentyczność i wspólnota. Dopóki potrafimy czerpać z naszej spuścizny i tak otwarcie i radośnie dzielić się nią z innymi, dopóty nasza wspólnota będzie silna i nierozerwalna.

Symbolem międzypokoleniowej ciągłości stał się gdyński rekord w grze na diabelskich skrzypcach. W jednym momencie zagrało aż 565 osób – od dzieci po dziadków, a wielu muzyków sięgnęło po instrumenty przygotowane specjalnie na tę okazję przez członków Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Podobne emocje towarzyszyły Turniejowi Kaszubskiej Baśki, popularnej gry w karty, który zgromadził komplet ponad 120 graczy na pokładzie statku-muzeum „Dar Pomorza”.

pascal photography

Wielogłosowy program

Program Zjazdu nie ograniczał się do tradycyjnego folkloru – dał przestrzeń artystom, którzy szukają świeżego spojrzenia na regionalną tożsamość. Podczas koncertów najlepiej było widać różnorodność dzisiejszej kaszubskiej sceny artystycznej. Przykładem był występ Dawida Złego, tworzącego alternatywny rap po kaszubsku

- Kaszubskość to dla mnie coś żywego – nie zamyka się w muzeum ani w podręcznikach. To nie tylko pielęgnowanie tego, co było, ale też odwaga, żeby dopisywać kolejne rozdziały tej historii po swojemu. To język, który mnie ukształtował i w którym mogę powiedzieć rzeczy, których nie powiedziałbym tak samo po polsku – komentuje Dawid Zły. - Kaszubski nie musi kojarzyć się wyłącznie z folklorem. Może opowiadać o codzienności, relacjach, emocjach i problemach współczesnego świata. Jeśli dzięki tej muzyce ktoś młody pomyśli, że to naturalny język do tworzenia i wyrażania siebie, to znaczy, że to ma sens.

Kaszubski Kosmos

Swoje miejsce podczas Zjazdu znalazł również teatr plenerowy. Spektakl „Kaszubski Kosmos” w reżyserii Piotra Wyszomirskiego pokazał nowe spojrzenie na duchowe dziedzictwo regionu, odwołując się do kaszubskiej mitologii, demonologii i obrzędowości. Dla twórców z Fundacji Pomysłodalnia inspiracją stała się twórczość Józefa Chełmowskiego – malarza i rzeźbiarza z Brus, nazywanego kaszubskim Leonardo da Vinci.

- Twórczość Chełmowskiego zainspirowała mnie nie tylko wizualnie, ale też intelektualnie. Był niezwykle religijny, ale uprawiał w sztuce własny, bardzo osobny dyskurs z Bogiem. Wystarczyło iść jego tropem i w pierwszej scenie wymyślić kaszubską kosmogonię, a potem już jakoś poszło – opowiada Piotr Wyszomirski. - Chciałem ukazać fenomen duchowości kaszubskiej w nowy sposób. Z jednej strony spektakl jest hołdem dla dziedzictwa rdzennych mieszkańców regionu, z drugiej – prezentacją teatralną, która twórczo interpretuje te inspiracje.

Zderzenie tradycji z dynamiczną formą miało otworzyć spektakl na nowe środki wyrazu.

- „Kaszubski Kosmos” to polemika z tradycyjnym obrazkiem. Język teatralny bazuje tu na złożonej metaforyce i odwołuje się między innymi do popularnej dzisiaj estetyki fantasy. Szczególnie ważna była dla mnie jakość artystyczna, którą zapewnia fantastyczny zespół – dodaje reżyser. - To niezwykłe spotkanie uznanych profesjonalistów z młodymi, ambitnymi artystami tańca, nowego cyrku i teatru muzycznego. Poetyka teatru plenerowego pozwala najciekawiej zrealizować cel, który jest dla nas kluczowy: działać na rzecz społeczności lokalnej.

Danuta Leszczyńska – uznana twórczyni ludowa z Kłodawy, specjalizująca się w hafcie kaszubskim i tradycyjnej złotnicy. Pierwsze szlify zdobywała w dzieciństwie, a do dawnej pasji powróciła po latach, kończąc profesjonalny kurs w Gdańsku. Autorka misternie wykonanych prac regularnie nagradzanych na najważniejszych konkursach hafciarskich w regionie.

Tegoroczny Światowy Zjazd Kaszubów w Gdyni za nami. Jak to wydarzenie wyglądało z perspektywy rękodzielników?

Każdy z nas, rękodzielników, był w tym roku zachwycony. Miejsce i przygotowanie stoisk to było na tip-top. Jedyne, czego żałujemy, to że trwało to tylko jeden dzień – przy takim ogromie pracy, występach i korowodzie trudno było obejrzeć wszystko, ale zainteresowanie było ogromne. Dzisiaj haft kaszubski nabiera nowego życia. Ludzie chcą mieć jego cząstkę przy sobie.

Haft był obecny w pani rodzinie od pokoleń. Kiedy stał się również pani własną drogą?

U mnie w domu haft był od zawsze – wyszywała babcia i mama i to haftem richelieu, Ojciec z kolei był stolarzem. Największym oparciem i inspiracją była moja kuzynka Irenka Peplińska. To ona po latach, gdy haft u mnie na chwilę zamarł, zadzwoniła i zapisała mnie na kurs złotnicy do Gdańska. Jeździła tam ze mną przez cały rok. Dzisiaj razem z nią i z moim bratem Grzegorzem, który rzeźbi w drewnie, jeździmy po jarmarkach jako takie nasze rodzinne trio.

Pani więź z Kaszubami najmocniej wyraża się właśnie poprzez haft?

Bardzo się cieszę, że jestem częścią tej kultury, choć śmieję się, że mowa kaszubska idzie mi jeszcze trochę kulawo i łamię język. Ale jestem z tych ziem i moja tożsamość wyraża się w haftowaniu. Przekazywanie tej tradycji przez igłę i nitkę jest dla mnie czymś niezwykle głębokim. Chodzi o to, by dać ludziom cząstkę kaszubskości, żeby to po prostu nie zginęło. Razem z kuzynką prowadzimy kursy haftu, a teraz założyliśmy klub Złote Niteczki. Na naszym stoisku miałyśmy zestawy do haftowania – dla dzieci, dla dorosłych obite z gotowym wzorem i kompletem mulin. Szybko nam tego zabrakło.

Haft kaszubski opiera się na precyzyjnie określonych wzorach i kolorach. Czy w tych ramach pozostaje przestrzeń na indywidualność twórcy?

Reguły są twarde, szczególnie na konkursach. Tam kanon barw i wzorów to podstawa. Nie wolno mieszać wzorów z różnych szkół – jak wyszywasz Szkołę Żukowską, to nie możesz tam wpleść Mikołajka ze Szkoły Puckiej, bo to już nie będzie czysty haft kaszubski. Na kursach też uczymy rygorystycznie – podstawą jest tradycyjny czepiec i uczeń musi go zrobić.

Haft kaszubski kojarzy się z serwetami w muzeum. Jak sprawić, by trafiał do współczesnych ludzi?

Przenosimy haft – a zwłaszcza tradycyjną złotnicę (red. - haft nićmi metalizowanymi) – na przedmioty użytkowe. Robimy haftowane torebki, spódnice, a dla panów krawaty i muszki. Żeby uczyć młodych, założyłyśmy też klub „Złote Niteczki” i robimy edukacyjne startery do wyszywania czy magnesy z kaszubskimi kwiatami i ich opisami – bo mało kto wie na przykład, jak np. wygląda tradycyjna lilia kaszubska.

Przy tak dużym nakładzie czasu i rosnących cenach materiałów trudno traktować rękodzieło jak zwykły produkt. Co jest dla pani najważniejszą wartością tej pracy?

Dla mnie to przede wszystkim niesamowity relaks. W ogóle nie oglądam telewizji, odpoczywam przy igle. Bardzo się cieszę, jak coś się sprzeda, ale materiały od pandemii podrożały o sto procent – sam metr aksamitu to prawie 190 złotych, drogie są też nici. Ręczna robota kosztuje ogromnie dużo czasu i energii. Niektórzy wolą kupić chińszczyznę, ale przychodzą też klienci, którzy patrzą na torebkę czy krawat i mówią: