Łukasz L.U.C. Rostkowski

Buduje festiwal, którego sam szukał

Norman Wong

Oryginalni twórcy muzyki do „Stranger Things”, filmowy świat Davida Lyncha, symfoniczni „Chłopi” i wydarzenia rozpięte między Gdynią, Sopotem a Gdańskiem. L.U.C. buduje BrassWood jak wielką filmową opowieść – daleką od masowych „festiwalowych supermarketów”, za to pełną autorskich wyborów, nieoczywistych spotkań i muzyki, której nie podsuwa algorytm. W szczerej rozmowie artysta opowiada o nowej skali wydarzenia, luksusie kameralności, życiu po rapie i momencie, w którym po 22 latach wreszcie pozwolił sobie zejść ze sceny.

Gdyby ktoś miał czas pójść tylko na jeden koncert podczas BrassWood Festival, co byś mu polecił?

Wiadomo, że „Chłopów” (śmiech). Dobra, żartuję. Choć z drugiej strony – nie do końca, bo akurat po kilkudziesięciu koncertach na kilku kontynentach z tym projektem wiem, że to bardzo głęboko i autentycznie porusza ludzi. Mamy tam team wspaniałych muzyków. Mam nadzieję jednak, że mimo wszystko inne projekty też będą dla naszych odbiorców głębokim przeżyciem. Mamy tak bogaty i różnorodny program, że bardzo ciężko jest polecić jedną rzecz. Na pewno wyjątkowym wydarzeniem będzie koncert z muzyką ze „Stranger Things”. Zagrają oryginalni twórcy tej ścieżki dźwiękowej z USA. To pasjonaci, więc spodziewam się ogromnej jakości. Bardzo ekscytuje mnie też koncert muzyki z filmów Davida Lyncha Olivera Mellano. Długo o nim rozmawialiśmy. Projekt uzyskał aprobatę samej rodziny reżysera, więc będzie miał w sobie głęboką autentyczność. Jako dyrektor artystyczny chyba nie powinienem wskazywać pojedynczych wydarzeń. Traktuję ten festiwal jak film, którego nie ogląda się od jednej przypadkowej sceny, tylko śledzi całą fabułę. Obok ogłoszonych koncertów domykamy duży, filmowy moduł edukacyjno-społeczny. Chcemy stworzyć opowieść o całym ekosystemie kina, żeby miłośnicy filmu podróżujący po Trójmieście mieli prawdziwą gratkę i nie czuli FOMO, że coś ich ominie.

Program jest tak ułożony, żeby dało się uczestniczyć we wszystkim?

Dokładnie tak. Dbam o to, by była to spójna podróż od Gdyni, przez Sopot, po Gdańsk. Bardzo ważnym elementem będzie w tym roku parada. Chociaż odbywa się poza stricte wakacyjnym czasem, chciałbym mocno zachęcić do udziału, by ta inicjatywa nabrała nowego wymiaru. Zapraszam wszystkich do zabawy i przebierania się za ulubione postaci filmowe. Chciałbym, aby parada w Sopocie stała się czymś absolutnie wyjątkowym – miejscem, gdzie nagle pojawia się trzystu Janów Pawłów czy dziesięć rodzin Addamsów oraz piętnastu Wiedźminów. Tym wydarzeniem nawiązujemy do wolnościowej parady z 1956 roku. W końcu mamy tę wolność i powinniśmy się nią cieszyć.

Zapowiedzieliście nową formułę wydarzenia. Jakie jeszcze elementy będą nowością w stosunku do poprzednich edycji?

Przygotowujemy potężny cykl spotkań z filmowcami. Rozwinęliśmy współpracę z instytucjami, m.in. z Ministerstwem Nauki oraz Uniwersytetem Gdańskim. W Bibliotece UG zorganizujemy m.in cykl analiz pod hasłem „Morfologia kina”. Przedstawiciele różnych pionów filmowych – reżyser, kompozytor, aktor, kostiumograf i operator – będą analizować kultowe sceny filmowe ze swoich perspektyw, wskazując na ich mocne i słabe strony. Chcemy pokazać całe piękno sztuk, które otaczają film. Rozmawiamy też z Gdyńską Szkołą Filmową o zajęciach z sound designu i efektów FX. Do tego dochodzą tzw. Śniadania Mistrzów w Sopocie. W sobotę, 12 lipca, będę rozmawiał z twórcami muzyki do „Stranger Things” - o kulisach pracy nad jednym z najpopularniejszych seriali wszech czasów. Odbędzie się też spotkanie z twórcami „Twojego Vincenta” i „Chłopów” o wyzwaniach związanych z tworzeniem tak ambitnych projektów i sięganiem po Oscary. Festiwal w tym roku nabierze zupełnie nowej skali i głębi. Planujemy też przebieraną potańcówkę w klubie 3 siostry oraz koncerty i cykl Music Docs w 100czni.

W zapowiedziach pojawiło się nawet określenie, że festiwal posiada mocny segment B2B (business-to-business), skierowany ściśle do branży.

Zrezygnowaliśmy z zapraszania topowych popkulturowych gigantów na rzecz ludzi głęboko związanych z branżą. Postawiliśmy na wyrazisty, filmowy klimat. Segment spotkań i paneli budujemy tak, aby dla profesjonalistów był merytorycznym źródłem wiedzy, a dla pasjonatów kina – fascynującą przygodą i nauką o kinematografii. Po latach pracy sam zrozumiałem, jak wielką wartością jest słuchanie mądrych, doświadczonych ludzi. Przez lata byłem rebeliantem, który chciał wszystkiego doświadczać sam, co miało swoje plusy, ale też sprawiało, że często kręciłem się w kółko i traciłem mnóstwo czasu. Dziś czerpanie z wiedzy ekspertów uważam za ogromną wartość. Stworzyliśmy więc wyjątkową przestrzeń do spotkań i zadawania pytań, również dla pasjonatów kina, którzy na co dzień nie pracują w branży.

materiały prasowe

Program tego festiwalu przypomina autorsko kurotorowane radiowe playlisty – tworzone przez człowieka z konkretnym gustem, a nie przez algorytm.

To nie jest festiwal nastawiony na masowość, sprzedawanie ogromnych ilości biletów i ściganie się ze skalą Open’era. Jako czterdziestoczterolatek, który spędził życie na festiwalach po obu stronach sceny, mam poczucie, że żyjemy w czasach bardzo przebodźcowujących. Coraz mniej ludzi odnajduje się w wielkich „Tesco festiwalach”. Zaczynamy szukać imprez, gdzie line-up jest układany jak wykwintne danie kulinarne – bez pędu i poczucia FOMO. Bycie w niszy bywa trudniejsze biznesowo, ale daje prestiż odważnego programu, satysfakcje dostarczania ludziom czegoś czego nie ma na rynku - unikatowych doświadczeń.

Czym jest dla ciebie festiwalowy luksus?

Ten luksus ma wiele wymiarów. Luksusem jest już sama możliwość robienia festiwalu w jednym z najpiękniejszych miejsc w Polsce. Mam w sobie wiele wdzięczności choć to bardzo ciężka praca cały rok, która nie zawsze się opłaca. Traktuję to trochę jak obywatelski obowiązek i działanie społeczne. Zatrudniamy setki osób i mam nadzieję, że dostarczamy pięknych chwil tysiącom osób. Luksusem jest również lokalizacja festiwalu. Od baśniowej Opery Leśnej zaczynając, przechodząc przez przepiękny Sopot, aż po całe polskie wybrzeże. To są miejsca, do których możesz dojechać kolejką, rowerem lub dotrzeć pieszo. Nie ma w tym nic, z tych masowych przewozów, przerzucania ludzi między lokacjami, jak bydła. Przepraszam za określenie, ale niestety takie odczucie towarzyszy mi przy obserwacji niektórych wydarzeń. Kolejnym luksusem jest nasza kameralność. Uważam, że do 3-6 tysięcy ludzi człowiek wciąż czuje się dość kameralnie. Powyżej 10 tysięcy, zaczyna być dość przytłaczająco. Kolejny element to autentyczność programu. Ścieżkę ze „Stranger Things” można posłuchać na wielu eventach, ale tylko na Brasswood zagrają ją jej oryginalni twórcy z Los Angeles. Z kolei koncert z muzyką Davida Lyncha jest niezwykle rzadko prezentowany, bo rodzina reżysera stawia bardzo wysokie wymagania. Mamy nawet sporo trudności z jego promowaniem, bo nie ma materiałów, a projekt owiany jest lynchowską tajemnicą. Z kolei koncert „Chłopów” zaprezentujemy w pełnym wydaniu symfonicznym z dużą orkiestrą we współpracy z Szymonem Morusem i PFK Sopot. Luksusem jest też to jak możemy traktować widzów. Nasza publiczność to ciepła, otwarta i nienarzucająca się społeczność, którą zbierałem przez 22 lata intensywnej pracy i podróży po całej Polsce. Jest wyjątkowa i ma cudowną energię. To czuć w powietrzu na tym festiwalu.

Karol Kacperski

Na festiwal zaprosiłeś również Federico Albanese. Dostrzegam pewną paralelę pomiędzy jego wyborami artystycznymi a twoim życiem. On porzucił Berlin i powrócił prowincję Włoch. Ty rzuciłeś Wrocław i wyjechałeś do Gdańska. Czy ta decyzja życiowo-artystyczna w jakiś sposób sprawiła, że postanowiłeś wybrać tego artystę?

Dla mnie jego koncert, to już wisienka festiwalowym na torcie. Bardzo utalentowany włoski pianista, który nie gra często w Polsce. Dzięki dołączeniu do projektu miasta Gdańsk, jego koncert odbędzie się na szczycie wieżowca Olivia Star z widokiem na Bałtyk i Trójmiejski Park Krajobrazowy. Dopiero z tej perspektywy widać pełen fenomen tutejszych lasów. Federico Albanese oraz kwartet Alter Ego zagrają muzyką włoskich mistrzów. Nikt nie ma takiej autentyczności i wrażliwości, bo oni wiedzą jak się gra Morricone, Piovaniego i Nino Rota.

Kiedyś mówiłeś o sobie jako o opowiadaczu historii, ale niedawno przyznałeś, że zamiast być jedynym narratorem, wolisz być częścią zespołu. To ewolucja w twoim podejściu do tworzenia?

Jedno nie wyklucza drugiego. Nadal chcę opowiadać historie, ale zrozumiałem – zwłaszcza przy pracy nad „Chłopami” – że opowieść staje się pełniejsza, piękniejsza i może mieć zupełnie inny impact, kiedy tworzy ją zgrany zespół. To zmiana w myśleniu: z postawy „sam dam ze wszystkim radę” na „mogę to zrobić sam, ale z dobrym zespołem zrobimy to znacznie lepiej”.

Jak z perspektywy czasu oceniasz decyzję o rezygnacji z rapu i mikrofonu na rzecz muzyki instrumentalnej?

Nie minął jeszcze nawet rok od mojego ostatniego koncertu, który zagrałem w listopadzie, a czuję się z tym wspaniale. Zszedłem ze sceny – wiosenna trasa z „Chłopami” odbyła się już bez mojego fizycznego udziału, grała ją sama orkiestra. To niesamowite uczucie widzieć, jak moja muzyka żyje własnym życiem i odrywa się ode mnie. Delektuję się spokojem i rytmem którego nie miałem od 22 lat. Wcześniej każdy mój dzień był inny. Czułem się jak diabeł tasmański z kreskówek Looney Tunes. Dziś cieszę się ze zwykłych dni: rano zawożę dziecko do przedszkola, idę na trening, a potem siadam do pracy. Mój kalendarz nie jest poszatkowany chaosem wyjazdów. Na 22-lecie pracy artystycznej zrobiłem sobie prezent w postaci przestrzeni życiowej. Jestem wdzięczny, że osiągnąłem w życiu moment, w którym mogę wybierać i z pewnych rzeczy zrezygnować. Co więcej, mam wrażenie, że to wszystko wydarzyło się dobrym momencie. Ostatnie pół roku dało mi ogromny rozwój – mam czas na książki, podcasty czy refleksję nad tym, jak technologia i AI zmieniają naszą branżę, wkraczając bardzo mocno do muzyki, do kompozycji i do filmu. To czas wielkiej rewolucji i trzeba mieć czas na adaptację. Na ten moment oceniam tę zmianę pozytywnie, bo w życiu zwykle jest tak, że jak z czegoś rezygnujesz, tworzy się przestrzeń na coś innego. Mogę być z moim dzieckiem w wieku, w którym te relacje buduje się najpiękniej. Mam w sobie bardzo dużo radości i wdzięczności za to. A poza tym przychodzi do nas coraz więcej projektów instrumentalnych. Miałem zaszczyt nadać nowy ton Polskiemu Radio, a przede mną wiele innych fascynujących projektów instrumentalnych. Pasuje mi to, bo świat ma tyle bodźców, że dobrze ostatnio czuję się w świecie bez słów.

Masz poczucie, że wraz z tą decyzją zmieniła się też twoja publiczność?

Trudno jeszcze jednoznacznie odpowiedzieć. Wycofałem się dość mocno też mediów społecznościowych, więc na pewno straciłem część bieżącego kontaktu. Dział marketingu mówi mi czasem, że ubyło obserwujących, a tam przybyło nowych. Przyjmuję to ze spokojem. To oczywiście jest pod pewnym względem trochę niebezpieczne, ale mam zaufanie do moich słuchaczy – wierzę, że się odnajdziemy. To bardzo mądrzy i wrażliwi ludzie. Wiedzą, że kiedy mnie nie ma, poświęcam czas rodzinie albo pracuję nad nowym projektem, którym ich wkrótce poczęstuję. Stworzyłem Brasswood właśnie po to, by niezależnie od tego co będę robił, czy wydam płytę za rok, czy za cztery lata - mamy to miejsce naszych spotkań co roku.

Mariusz Dyszlewski

Na koniec: jak żyje ci się w Trójmieście?

Wspaniale. Po rozstaniu z Wrocławiem stałem się trochę marynarzem. Kursuję między Trójmiastem, Warszawą, Barceloną i Los Angeles. Kocham miejsca, które łączą w sobie wodę, lasy i góry. To nieprzypadkowe, bo to jest dla mnie esencja życia. Trójmiasto spełnia te warunki. Czasami mam poczucie, że jestem nim trochę przytłoczony, że jest już trochę za gęste, że jest za dużo samochodów, za duży pęd. Dlatego często wyjeżdżam na przedmieście i wsie, i tam czuję się coraz lepiej. Czasami nawet myślę, czy nie powinienem się przeprowadzić gdzieś na Kaszuby. Nie mniej, wciąż uważam, że to Trójmiasto jest niesamowite i chcę prezentować jego fenomen całemu światu. Kiedy pokazuję komuś w Los Angeles Operę Leśną i Trójmiasto nie mogą uwierzyć jakie tu mamy piękno. Życie tutaj jest wspaniałe, bo nagromadzenie luksusów krajobrazowych jest surrealne. No i ta możliwość spaceru wieczornego po Orłowie czy w Sopocie - to oczyszcza głowę jak domestos.

Kradniesz moje trójmiejskie serce. Ale co z zimami? Przecież kto nie mieszkał zimą w Trójmieście, ten się w cyrku nie śmieje.

No cóż muszę przyznać, że zimy bywają tutaj gorsze od tych opisanych przez Reymonta w „Chłopach”. Wtedy często je opuszczam, bo robi się za bardzo depresyjne (śmieje się). Wiele osób ostrzegało mnie kiedy chwaliłem Trójmiasto. “Poczekaj na zimę…” mówili. Żartuję, że każdy podatnik z Trójmiasta powinien dostać z urzędu taką kurtkę-śpiwór, bo można w niej chodzić od września, a czasem nawet do czerwca. Ale ten surowy klimat ma swój urok: wietrzna, deszczowa pogoda za oknem jest idealna do pisania muzyki i tekstów. No i te sopockie sauny! Wspaniałość! No i to czego nie ma we Wrocławiu, czy innych wielkich miastach - to możliwość zobaczenia słońca zimą. Gdy po kilku pochmurnych dniach lub tygodniach (śmiech) wyjdzie słońce, to po prostu można wyjść na plażę i je zobaczyć! W innych miastach bez plaży nie ma takich możliwości. Także tak, Trójmiasto jest niezwykłym miejscem i chcemy z dumą promować jego magiczny mikrokosmos na cały świat!