Zawsze podejrzewałam, że ludzie naprawdę rozsądni są jednak trochę podejrzani. Wiecie, tacy, którzy przed każdą decyzją robią analizę ryzyka, plan B, plan C i jeszcze pytają, czy aby na pewno jest na to zgoda wszystkich interesariuszy. Oczywiście, sama też robię tabelki. Pracuję w instytucji kultury, więc bez Excela, harmonogramu, umowy, aneksu i pięciu maili daleko byśmy nie zaszli. Ale wiem, że najważniejsze rzeczy w kulturze zaczynają się jednak nie od tabelki, tylko od zdania: „ej, a co wy na to, że jak przyjdzie lato…” (żeby zacytować klasyka, czyli postać Aleksandra Kwaśniewskiego z musicalu „1989”). I najczęściej jest to zdanie niebezpieczne i dlatego najbardziej pociągające!
W musicalu „1989” cała fraza brzmi: „Ej, a co wy na to, że jak przyjdzie lato / To się zrobi całkiem wolne wybory do Senatu? / Uczciwie się zmierzymy, na stole sto mandatów / I niech wygra lepszy głosami Polaków….”. I wszyscy wiemy jak te wybory zmieniły świat w 1989 r.
Profesor Jerzy Limon, kilka lat później zapytał: „Ej, a co wy na to, żeby odbudować w Gdańsku istniejący tam w XVII wieku teatr elżbietański?”. Wyobrażacie sobie, że ktoś wypowiada to zdanie w Polsce, która dopiero uczy się nowej rzeczywistości, z budżetami, które nie przypominają snu o potędze, tylko raczej długą listę braków. Zbudujmy teatr, którego nie ma, w którym kiedyś działała Szkoła Fechtunku, przyjeżdżali angielscy aktorzy i to już za życia Szekspira.
Przecież rozsądny człowiek powiedziałby: bez przesady!
Na szczęście profesor Jerzy Limon nie był w tej sprawie człowiekiem rozsądnym. Był naukowcem, więc znał fakty, źródła, konteksty i przypisy. Ale był też marzycielem, a to jest gatunek znacznie bardziej niebezpieczny niż urzędnik z pieczątką. Urzędnik może powiedzieć „nie”. Marzyciel odpowiada wtedy: „dobrze, to spróbujemy inaczej”.
I tak powstały najpierw Dni Szekspirowskie, potem Festiwal Szekspirowski, a wreszcie Gdański Teatr Szekspirowski. W 2014 roku otwarto budynek, który wcześniej przez wiele lat istniał przede wszystkim w czyjejś głowie. Zanim teatr stał się instytucją, dostał adres, NIP, dach, kasę biletową i toalety dla widzów, przez wiele lat był tylko uparcie powtarzanym zdaniem.
Motto trzydziestego Międzynarodowego Festiwalu Szekspirowskiego, który zaczyna się 23 lipca brzmi „Pochwała szaleństwa”. Można od razu odwołać się do Erazma z Rotterdamu, do humanizmu, ironii, mądrości ukrytej pod maską głupoty. Wszystko się zgadza. Ale dla nas, tu i teraz, wszystkich pracujących w teatrze, jest to przede wszystkim pochwała tego konkretnego szaleństwa profesora Limona. Tego furor divinus, twórczego szału, który każe człowiekowi robić rzeczy niepraktyczne, nieopłacalne, zbyt trudne, zbyt długie, zbyt ryzykowne i absolutnie konieczne.
Bo czym właściwie byłby świat bez takich ludzi? Bardzo porządnym miejscem. Racjonalnym, przewidywalnym, świetnie rozliczonym. Mielibyśmy więcej parkingów, mniej festiwali, więcej korporacji, mniej zdziwień, więcej „nie da się”, mniej „sprawdźmy”. Co za smutna rzeczywistość!
Szekspir zresztą doskonale wiedział, że szaleństwo jest jedną z najciekawszych form prawdy. Hamlet udaje obłęd, ale to jego „obłęd” pozwala mu widzieć więcej niż dwór, który bardzo chciałby pozostać przy eleganckim kłamstwie. Lear traci rozum, ale dopiero wtedy rozumie, co zrobił. W komediach Szekspira świat także wariuje: ludzie przebierają się za kogoś innego, mylą osoby, płcie, pragnienia i własne deklaracje. W „Śnie nocy letniej” właściwie wszyscy przez chwilę zachowują się tak, jakby ktoś dosypał im do rzeczywistości bardzo mocnych ziół. A jednak z tego chaosu rodzi się rozpoznanie.
Może właśnie dlatego teatr tak dobrze rozumie szaleństwo. Teatr sam jest przecież instytucjonalnie podejrzany. Każdego wieczoru grupa dorosłych ludzi udaje innych ludzi, a druga grupa dorosłych ludzi siedzi w ciemności i z pełną powagą przeżywa ich wymyślone nieszczęścia. Płacimy za to, żeby ktoś nas oszukał. Żebyśmy uwierzyli w króla, ducha, kochanków, zbrodnię, las, wojnę. Proszę mi pokazać coś bardziej racjonalnie nieracjonalnego.
Trzydziesta edycja Festiwalu Szekspirowskiego jest więc nie tylko jubileuszem. Jubileusze bardzo źle mi się kojarzą, bo łatwo w nich popaść w ton akademii ku czci, gdy wszyscy mówią podniośle, sala robi się sztywna, a publiczność nerwowo sprawdza, czy po przemówieniach będzie jeszcze wino. A ja bym chciała, żeby nasz jubileusz był raczej powrotem do energii założycielskiej. Do momentu, kiedy ktoś patrzy na pustkę i mówi: „tu będzie teatr”.
„Pochwała szaleństwa” nie jest więc dla mnie hasłem o utracie rozumu. Jest pochwałą odwagi wyobraźni. Pochwałą ludzi, którzy widzą dalej niż pozwala na to aktualny budżet. Pochwałą tych, którzy wiedzą, że czasem trzeba wyjść na śmiesznego, zanim świat łaskawie przyzna, że może jednak miało to sens.



