Nowy symbol polskiego wybrzeża
W Pobierowie powstał największy hotel w Polsce, który od początku budził kontrowersje. Jest największy, kiczowaty i drogi. Samo otwarcie było już prawdziwym apogeum: z wizytą Książula, opisywaną w całym kraju, 40 stopniami w pokojach i żółtą wodą w kranach na czele. A do noclegu za kilkanaście tysięcy złotych za tydzień dojeżdża się drogą pełną dziur. Jak bogaci goście dotarli tam swoimi Ferrari? Jednogwiazdkowe opinie sypią się jedna za drugą, choć hotel na wakacje jest wyprzedany.
Ale po kolei.
Oto nad polskim wybrzeżem zaparkował wielki wycieczkowiec sieci Gołębiewski. To obiekt, który wielokrotnie trafiał na pierwsze strony gazet. Nic dziwnego: architektoniczny rozmach łączy się tu z zaskakującymi okolicznościami jego powstania. No bo kto wydał na to zgodę? Jak to w ogóle było możliwe?
Nie ukrywam, że dla mnie jego biała bryła nie jest rażąca. Wygląda schludnie i tylko z nielicznych perspektyw przytłacza swoją wielkością. Świetnie, że powstał z dala od innych obiektów. To znacznie lepsze rozwiązanie niż w Mikołajkach czy Karpaczu, gdzie obecność tak wielkiego cielska dominuje w miejskiej panoramie. Niestety, w detalu nie jest już tak dobrze: problem z samowolą budowlaną przy basenach, liczne niedoróbki, no i niedziałająca klimatyzacja.
Ten obiekt dla jednych jest samotną wyspą luksusu, dla innych – kiczem i molochem. Nie zmienia to faktu, że przyjechało do niego sportowymi samochodami wielu zamożnych Polaków. Jest to więc miejsce aspiracyjne i symbol nowej Polski. Oto mamy hotel „jak w Turcji”. Wielu osobom nie przeszkodziło nawet to, że ceny są wyższe. Chcieli poczuć u nas „Zachód”. Czy rzeczywiście go poczuli?
Książulo w swoim pasjonującym materiale obnaża sposób funkcjonowania tego miejsca. Zbyt długie korytarze sprawiają, że lody nie docierają do pokoju odpowiednio zmrożone, a wyciskanie pieniędzy widać na każdym kroku. Bo jak to możliwe, żeby za room service dopłacić 300 zł? Podobno ceny mają ulec zmianie.
Ten hotel to niezwykła maszyna, a jej niedoskonałości, w tak ogromnej skali, urastają do kuriozalnych rozmiarów. Przywołuje mi to dokument „Totalna katastrofa: śmierdzący rejs”. Oto na wycieczkowym statku przestaje działać praktycznie wszystko: toalety, kuchnia, a nawet moralność. Zaczynają obowiązywać prawa dżungli – trochę jak podczas Fyre Festival, tylko na wodzie. Gdy nasze podstawowe potrzeby nie są zaspokojone, przestajemy być mili i kulturalni.
Z ciekawostek: raz widziałem na najwyższym piętrze Hotelu Gołębiewski cały las wiader ustawionych pod cieknącym dachem. Optymalizacja tak ogromnego biznesu ma w wielu aspektach swoją mroczną stronę.
Choć Tadeusz Gołębiewski zmarł w 2022 roku, gołym okiem widać jego pomysły. Monstrualny podjazd, kolumnada, kiczowate dywany oraz lobby, które swoim przepychem i skalą kojarzy się ze starożytnym Egiptem. Nie mówiąc już o kilometrach korytarzy i ponad tysiącu pokoi.
Czy to odpowiedź na nasze polskie kompleksy? Czy naprawdę potrzebujemy takiej skali, by poczuć się wystarczająco fajni i zamożni? A może nie jest przypadkiem, że obiekt ten powstał nieopodal niemieckiej granicy?



