Mało który wers bywa tak często przywoływany i parafrazowany, a jednak ciągle nie traci znaczenia: Pamiętajcie o ogrodach. Tyle że sama pamięć nie wystarczy. Bywa dopiero dobrym początkiem. Są miejsca, które muszą czekać na właściwy moment. I na właściwych ludzi. Bo dopiero oni potrafią zestroić kilka elementów naraz i sprawić, że to, co zapomniane i zniszczone znów odzyskuje nadzieję.

Czy rzeczywiście wystarczy uważne spojrzenie, by dostrzec w nich wartość, którą można wydobyć na nowo? Tak bywa z dawnymi ogrodami, historycznymi budynkami i przestrzeniami, które przez lata pozostawały na uboczu, ale nie utraciły swojego potencjału. Ich powrót nie jest wyłącznie zmianą funkcji pozostawionego samemu sobie terenu. Bywa gestem przywrócenia miastu fragmentu jego własnej, trochę już zapomnianej, opowieści. I chociaż wiele było odchodzących ogrodów, to te na szczęście nie odeszły. I znowu są z nami.

Na początku było marzenie

Ogrody DORACO, przylegające do Parku Oliwskiego, są właśnie takim przykładem. Nie chodziło tu o proste uporządkowanie terenu ani o nadanie mu nowej, efektownej formy. Najważniejsza była wizja. Ta powstawała powoli. Rodziła się wśród rozmów, podczas przeglądania starych szkiców i map.

Zniszczona i zarośnięta przestrzeń wymagała najpierw odczytania. Trzeba było rozpoznać, co można ocalić, które ślady dawnego założenia przetrwały, gdzie zachował się rytm dawnych podziałów, a gdzie natura i zaniedbanie zatarły go niemal całkowicie. Dopiero potem można było myśleć o przyszłości.

„Gdyby ktoś mnie zapytał, co sprawia największą satysfakcję przedsiębiorcy takiemu jak ja, odpowiedziałbym: »Przyjść na miejsce zdewastowane, zniszczone, opustoszałe – i sprawić, żeby znów stało się miejscem pięknym, zadbanym i chętnie odwiedzanym«. Taka właśnie jest historia Ogrodów DORACO i Dworku Saltzmanna w Oliwie” – wspomina tamte chwile Andrzej Hass, właściciel firmy DORACO.

Warstwy ogrodu  odkrywały się powoli

Taka praca zaczyna się zwykle od rzeczy najmniej widowiskowych. Od analiz, pomiarów, porównywania tego, co zachowało się w terenie, z tym, co pozostało tylko na papierze i płótnie. Wymaga cierpliwości i odkrywania warstwa po warstwie. W zarośniętym fragmencie odnaleźć trzeba dawną linię kompozycyjną. W ocalałym drzewie zobaczyć świadka. W nierówności terenu dostrzec ślad wcześniejszego porządku. A może nawet zapomniany staw.

Rewaloryzacja tego miejsca została przeprowadzona z pietyzmem, który nie polega na mechanicznym odtwarzaniu przeszłości. Był raczej próbą dialogu z tym, co odeszło. Każdy element, który udało się zachować, został wkomponowany w nową całość. Nie potraktowano go jak dekoracyjnego reliktu, lecz jak część większej opowieści. Lipowa aleja i piękny starodrzew pozostały jednymi z najważniejszych bohaterów tej przestrzeni. Ocalałe fragmenty dawnego układu ogrodowego i budynek zwany Dworkiem Ogrodnika lub Saltzmanna, których początki sięgały przełomu XVII i XVIII wieku, stały się punktem odniesienia dla dalszych decyzji. Najpierw odrestaurowano zabudowania.

Przez wiele lat cyzelowano wnętrza. Wypełniano je treścią i dziełami sztuki.

Potem przyszedł czas na całe założenie. Połączeni wspólną wizją – właściciel i Prezydent Paweł Adamowicz wzajemnie się zainspirowali. Wspólnie stworzyli koncepcję, która mimo tragicznego odejścia Prezydenta, przetrwała. Jest dziś w tym sensie również trochę śladem jego obecności. Podobnie jak poświęcony mu lew, dumnie stojący w ogrodach.

To, czego nie dało się uratować, nie zostało zastąpione dowolną współczesną kompozycją. Nowe rozwiązania czerpały z najstarszych map, przedstawień i zachowanych przekazów, które pozwalały zrozumieć pierwotną organizację terenu.

Ogrody oddychają przestrzenią

Ogród potrzebuje właściwie ułożonej przestrzeni równie mocno jak tlenu. Powstało tu miejsce, które nie udaje zabytku, ale też nie odcina się od historii. Współczesny kształt wyrasta z przeszłości, z zasad kompozycji, z dawnych osi widokowych, z logiki ogrodu jako terenu uporządkowanego, a zarazem żywego. Widać poszanowanie dla tradycji sztuki ogrodowej, szczególnie tej związanej z Oliwą i jej wyjątkowym dziedzictwem. Nowe nasadzenia nie są przypadkowym uzupełnieniem. Respektują charakter miejsca. O tę zieleń trzeba dbać stale, przez cały rok. Właściciele przeznaczają na to znaczne środki, bo ogród, jeśli ma naprawdę żyć, wymaga specjalistycznej i ciągłej opieki.

To dzięki takim działaniom realizacja przy ulicy Opackiej 12 poszerza tradycyjne rozumienie społecznej odpowiedzialności biznesu. Zamiast komercyjnej zabudowy zamkniętej na otoczenie powstało rozwiązanie, w którym prywatny kapitał nie tylko finansuje, pod nadzorem konserwatorów, rekonstrukcję zabytku i rewaloryzację otaczających go terenów zielonych, lecz także bierze na siebie codzienny obowiązek utrzymania ogólnodostępnego parku.

W pracach nad przywracaniem blasku uwzględniono wskazania konserwatorów zabytków oraz specjalistów zajmujących się zielenią. To istotne, ponieważ podobne realizacje łatwo mogłyby osunąć się w jedną z dwóch skrajności. Z jednej strony groziła im muzealna martwota, w której wszystko zostaje podporządkowane wyłącznie rekonstrukcji. Z drugiej, nadmierna swoboda projektowa, prowadząca do utraty charakteru miejsca. Tutaj szukano drogi pośredniej: zachować, co autentyczne i odtworzyć, co możliwe. Uzupełnić, co konieczne, a tam, gdzie trzeba było stworzyć coś nowego, robić to w zgodzie z duchem przestrzeni. Jak na przykład fontanna, która pojawiła się w miejscu dawnego stawu.

Powstało połączenie. Tam, gdzie historia pozostawiła jedynie zarys dawnej zabudowy, nie próbowano tworzyć iluzji. Nowe budynki nie udają obiektów z minionych stuleci. Ich klasyczna forma pozwala zachować ciągłość krajobrazu kulturowego, wnętrza należą już w pełni do współczesności. Za tradycyjnymi proporcjami i detalem kryją się otwarte, przeszklone przestrzenie oraz rozwiązania architektoniczne odpowiadające wymaganiom naszych czasów. To właśnie w takim dialogu najlepiej widać, że szacunek dla historii nie musi oznaczać prostej rekonstrukcji.

Cztery strony roku

Miejsce przez lata opuszczone, zarośnięte i w pewnym sensie martwe stało się na powrót ogrodem. Nie zwykłym, rekreacyjnym terenem zielonym i nie tylko eleganckim dodatkiem do Parku Oliwskiego, lecz otwartą przestrzenią. Jest w niej natura, spokój, umiar i pewien rodzaj ładu.

Goście, którzy tu przychodzą, nie oglądają wyłącznie dobrze utrzymanej zieleni. Spotykają się z miejscem, któremu przywrócono sens.

Właśnie dlatego tak ważne było ocalenie starodrzewu. Ocalone drzewa nadają ogrodom skalę, której nie da się kupić ani przyspieszyć. Można posadzić nowe rośliny, można zaprojektować układ alei, można odtworzyć regularność rabat, ale cienia dojrzałych koron, które pamiętają pierwszych właścicieli, ani historii zapisanej w spękaniach kory nie da się niczym zastąpić.

Tak rozumiany ogród nie jest ozdobą dodaną do miasta. Jest jego częścią, miejscem odpoczynku, spotkania i doświadczenia piękna, które nie narzuca się hałasem. Działa inaczej: przez proporcje, rytm, widok, światło padające na rośliny, przez sezonową zmienność i dyscyplinę kompozycji. Wiosną odsłania świeżość wschodzących kwiatów, latem daje cień i pełnię zieleni, jesienią pozwala zobaczyć bogactwo barw, zimą zaś ujawnia architekturę przestrzeni, jej linie i strukturę. To miejsce zaprojektowane nie na jeden efektowny kadr, lecz na długie trwanie. I można je oglądać z przyjemnością z każdej strony i o każdej porze roku.

Rewaloryzacja pamięci

Co więcej: to, że zajęło się tym właśnie DORACO nie jest żadną przypadkową okolicznością. Ta firma ma doświadczenie w podobnym przywracaniu świetności miejscom i budynkom, które w wyniku różnych procesów utraciły dawny blask. Od początku swojej działalności, obok budownictwa przemysłowego i deweloperskiego, kładła szczególny nacisk na prace rewaloryzacyjne oraz renowacyjne przy obiektach historycznych. Można tu wspomnieć Pałac w Krokowej, realizacje w Krakowie i w Warszawie, a także jedną z ostatnich prac, związaną z odtworzeniem XVI-wiecznych piwnic przy ulicy Pomorskiej 68 w Gdańsku.

Ten sam sposób myślenia widać może w tym przypadku nawet lepiej. Nie chodzi w nich o prostą renowację ani o rekonstrukcję rozumianą jako mechaniczne odtwarzanie dawnego obrazu. To raczej o umiejętne rozpoznanie tego, co naprawdę autentyczne, zachowanie tych elementów, które niosą pamięć miejsca, i połączenie ich z nową tkanką w taki sposób, by nie powstał ani przypadkowy zlepek, ani dekoracyjny skansen.

Historia tego miejsca sięga jeszcze głębiej. Jeden z najstarszych młynów nad Potokiem Oliwskim znajdował się właśnie przy ulicy Pomorskiej, a pierwsze wzmianki o młynach w tym miejscu pochodzą z XIII wieku. W 1540 roku właścicielem terenu został Jan Konnert, gdański rajca, mecenas sztuki i kurator sierocińca. To on dostrzegł potencjał malowniczej posiadłości, która przyjęła nazwę Kuźnicy Konradich, czyli Konradshammer. Konnert nie tylko wszedł w posiadanie terenu. Nadał mu kierunek. Wybudował kuźnię miedzi oraz pierwszy dwór, tworząc miejsce, w którym gospodarcza energia łączyła się z ambicją kształtowania przestrzeni.

Po wiekach i licznych przebudowach z dawnego założenia pozostały właściwie tylko piwnice, wpisane później do rejestru zabytków. Ich stan był zły. Opuszczone, zawilgocone, niszczały przez lata. W takich wnętrzach szczególnie łatwo przeoczyć wartość, bo nie objawia się ona od razu.

Są uszkodzone mury, wilgoć, trudna materia, ślady dawnych ingerencji i konieczność podejmowania decyzji, w których każdy błąd może zubożyć autentyczność miejsca.

Podczas prac związanych z Gaja Parkiem postanowiono przywrócić im nie tylko funkcję, ale również godność. Renowację prowadzono pieczołowicie, zgodnie z zaleceniami konserwatorów. Wykorzystano specjalnie sprowadzone cegły z epoki, osuszono stare mury, wydobyto ich surowe piękno. To nie była dekoracyjna stylizacja na historię, lecz praca z autentyczną materią. Z przestrzenią, w której czas nie został zatarty, lecz uporządkowany i pokazany z szacunkiem.

W odnowionych piwnicach ważne są również materiały, które nadają wnętrzom osobny ciężar znaczeniowy. Dąb mający blisko cztery tysiące lat czy muszle pamiętające okres kredy sprzed ponad sześćdziesięciu sześciu milionów lat nie są jedynie efektownymi dodatkami. Wprowadzają do tej przestrzeni inną skalę czasu, znacznie szerszą niż historia samego budynku. Przypominają, że materia ma własną pamięć, a dobrze zaprojektowane wnętrze potrafi z tej pamięci korzystać bez dosłowności i bez przesady.

Tak rozumiana rewaloryzacja nie polega na budowaniu historycznej dekoracji z nowych elementów. Jej siła bierze się z napięcia między tym, co ocalało, a tym, co dopiero powstało. Autentyczna materia zyskuje czytelne tło, nowa architektura otrzymuje głębię, a całość nie udaje jednolitego zabytku. Pokazuje raczej, że dobrze zaprojektowane spotkanie przeszłości z teraźniejszością może być bardziej przekonujące niż najstaranniej wykonana kopia.

Szacunek zamiast pochlebstwa

Takie realizacje, jak te opisane powyżej, pokazują, że rewaloryzacja nie jest wyłącznie technicznym procesem. W najlepszym wydaniu staje się aktem odpowiedzialności wobec miejsca. Wymaga wiedzy, pieniędzy, cierpliwości i wyobraźni. Trzeba umieć zobaczyć przyszłość tam, gdzie inni widzą ruinę albo kłopotliwy balast. Trzeba też rozumieć, że zderzenie nowoczesności z historią nie musi być katastrofą, lecz może przynieść nową, zaskakująco spójną koncepcję.

Jakże często jeszcze w naszym kraju dbałość o zabytki oznacza tylko chęć ich mechanicznego i fasadowego odtworzenia. W myśl zasady, że kopia jest najwyższą formą pochlebstwa. Tymczasem na świecie zrozumiano już dawno, że architektura nie musi ograniczać się do rekonstrukcji. Jej rolą jest raczej poszerzanie świadomości przestrzeni i nadawanie jej nowego życia, z szacunkiem dla tych fragmentów, które można zachować. Esplanada w Berlinie (a dokładniej Kaisersaal w Sony Center) czy High Line w Nowym Jorku, to właśnie taki kierunek myślenia.

Wracając do ogrodów, możemy powiedzieć, że są dziś miejscem w pełni udostępnionym mieszkańcom miasta i gościom. Zachwycają obecnym kształtem, a ich największa wartość polega na tym, że piękno wyrosło z przekonania, że nawet miejsce zaniedbane może odzyskać znaczenie, jeśli potraktuje się w odpowiedni sposób.

W świecie, w którym tak wiele przestrzeni powstaje szybko i równie szybko traci charakter, podobne realizacje mają istotną wagę. Przypominają, że miasto potrzebuje nie tylko nowych inwestycji, lecz także mądrej ciągłości. Potrzebuje miejsc, w których współczesna funkcja spotyka się z pamięcią. Gdzie przeszłość może być źródłem i inspiracją formy, a wynikający z tego sens pozwala połączyć nowoczesność z historią.

Obecność prywatnego kapitału w przestrzeni historycznej zawsze rodzi pytania o granice ingerencji, komercjalizację dziedzictwa i relację między interesem inwestora a interesem publicznym. Rewaloryzacja ogrodów DORACO pokazuje jednak, że odpowiedzi na te pytania nie muszą być negatywne. Zniszczona przestrzeń może ponownie stać się żywa. Można ocalić jej pamięć, nadać jej współczesną funkcję i nowoczesną formę, a zarazem otworzyć ją na przyszłość. A przede wszystkim przypomnieć, że klasyczne piękno i żywa natura wciąż poruszają nas najbardziej.

Współczesność nie musi ani deptać przeszłości ani przed nią klęczeć, może z nią po prostu inteligentnie rozmawiać.