Marek Looney Rybowski
Pod maską koloru
Marek Looney Rybowski
Pod maską koloru
Patrząc dziś na monumentalne murale Marka „Looneya” Rybowskiego na szkołach, marinach, silosach czy wielopiętrowych budynkach – łatwo zapomnieć, że wszystko zaczęło się od kilku skejtów jeżdżących po Motławie, nocnych wyjść z plecakami pełnymi sprayów i Trójmiasta lat 90., które potrafiło być brutalne wobec każdego, kto odstawał od normy. Looney był jednym z pierwszych skejtów w Gdańsku, współtworzył lokalną scenę graffiti i hip-hopu, działał w legendarnych ekipach writerskich, malował pociągi, studiował malarstwo oraz grafikę na ASP, a dziś realizuje jedne z największych murali w Polsce. Choć przeszedł drogę od nielegalnego graffiti do sztuki instytucjonalnej, nadal mówi o sobie przede wszystkim: „graficiarz”. O outsiderstwie, przemocy ulicznej, subkulturach, hip-hopie, polityce i o tym, dlaczego nie chce zostać „malarzem żadnej frakcji” – opowiada w rozmowie z Prestiżem.
Patrząc dziś na twoje realizacje – gigantyczne murale na szkołach, marinach czy wielopiętrowych budynkach – trudno uwierzyć, że wszystko zaczęło się od kilku skejtów jeżdżących po Motławie i nocnego malowania pociągów. Masz czasem poczucie, że przeszedłeś drogę z kompletnie innego świata do świata oficjalnej sztuki?
Tak, ale paradoksalnie ja dalej mentalnie czuję się bardziej graficiarzem niż „oficjalnym artystą”. Oczywiście moje życie wygląda dziś zupełnie inaczej. Mam projekty dla miast, szkół, instytucji, dużych inwestycji. Teraz projektuję mural dla Mariny Gdańsk, przede mną kolejne ściany, terminy mam rozpisane praktycznie na cały sezon. W tym roku zrobię pewnie sześć–osiem dużych murali, a cztery mam już za sobą. Ale ten rdzeń się nie zmienił. Nadal siedzi we mnie ten sam dzieciak, który chciał wyjść na miasto ze sprayem i zrobić coś, co ludzi zatrzyma. Różnica jest taka, że kiedyś robiłem to nocą i nielegalnie, a dziś robię to z podnośnika i z pozwoleniem miasta.




