Marzena Figiel-Strzała

Głos dzieci świata

- Nie da się uodpornić na ludzką krzywdę, zwłaszcza dzieci. Ona zostaje w człowieku na zawsze – mówi Marzena Figiel-Strzała. W jej reportażach kakao ma twarze głodnych dzieci, mika osiada na skórze jak brokat, a „tanie” ubrania kończą swój cykl na plecach Kayayei, niosących bele naszych rzeczy. Łączy artystyczną wrażliwość z dziennikarską bezkompromisowością – i dzięki temu dociera tam, gdzie inni nie mają wstępu. W rozmowie opowiada o cenie odkrywania prawdy, o zaufaniu budowanym w miejscach, które wolą milczeć, i o tym, jak posiłek potrafi zatrzymać dziecko z dala od pracy i dać mu realną szansę na inną przyszłość.

Czy do ludzkiej krzywdy można się z czasem przyzwyczaić?

Absolutnie nie. Jest wręcz odwrotnie: im więcej bolesnych historii filmujemy, tym trudniej nam je udźwignąć. Ostatnio w Ghanie mój mąż doznał wręcz paraliżu, widząc głodne dzieci przy produkcji naszej czekolady. Nie był w stanie dalej filmować, po prostu go zmroziło. Musiałam przejąć aparat. Nie da się uodpornić na krzywdę, zwłaszcza dzieci.

Czy to w dzieciństwie narodził się ten „gen podróżnika”?

Mama zaraziła mnie marzeniem o Afryce przez literaturę, a tata, przewodnik tatrzański, uczył bycia w naturze. Moja pierwsza samodzielna wyprawa do Maroka była jednak hardkorem. Jako osiemnastoletnia blondynka przepłakałam pierwsze cztery dni – byłam nieustannie zaczepiana, okradziono mnie i oszukano. Stałam przed wyborem: wrócić do domu albo zostać i dać światu szansę. Wybrałam to drugie. Ta lekcja była bolesna, ale Afryka uczy asertywności i instynktu przetrwania. Na Czarny Ląd wróciłam dopiero po kilku latach eksplorowania Azji.

I ta „szkoła przetrwania” sprawiła, że dziś potrafi się pani odnaleźć się w każdych warunkach?

Zdecydowanie. Nie byłabym w stanie zajmować się dziennikarstwem śledczym, gdybym wcześniej nie doświadczyła spania na betonie, szukania noclegu u obcych ludzi czy jeżdżenia autostopem. Dla mnie podróż wiąże się z niewygodą – łóżko i prysznic mam w domu, a w terenie przełączam się na system przetrwania i tak po prostu umiem funkcjonować.

Patrząc na pani drogę – od sceny po redakcję – trudno mówić o jednym zawodzie. To raczej konsekwentnie budowana opowieść z wielu doświadczeń.

Zawsze miałam w sobie dwie drogi: artystyczną i dziennikarską. Praca w teatrze dała mi warsztat i dykcję oraz rozwijała kreatywność, której brakowało mi na teoretycznych studiach. Jednak to podróże zawsze wygrywały. Cały rok pracowałam na to, by móc wyjechać. Łączyłam studia dzienne z pracą w redakcji i teatrze, a w weekendy stałam w marketach jako hostessa. Każda odłożona złotówka była biletem do świata, który wybierałam, wertując przewodniki w krakowskim Empiku.

Był konkretny moment, w którym te poszukiwania zmieniły się w misję?

Po śmierci mamy poczułam, że chcę opowiadać historie dzieci świata. Jednak, aby to się stało, musiałam spotkać mojego męża – człowieka o podobnej wrażliwości. Dopiero razem mogliśmy w pełni oddać się tej misji.

Mimo tej decyzji, do własnego cyklu w ogólnopolskiej telewizji droga wciąż była daleka.

Zanim trafiłam na wizję, przez kilka lat tworzyłam „Dzieci Świata” na własną rękę na YouTubie. To tam odnalazł mnie wydawca z TVN. Prawdziwy przełom nastąpił po podróży do Indii, gdzie udokumentowałam pracę dzieci w kopalniach miki. Ówczesna szefowa stacji zapytała mnie, ile mam gotowych odcinków. Z braku wiary w siebie rzuciłam, że może cztery, a okazało się, że materiału starczy na dwanaście.

Dostała pani zielone światło od razu na cały cykl?

Przez kilka lat tworzyłam reportaże bez pewności, czy na stałe zagoszczą w ramówce. Dopiero wysoka oglądalność i konsekwencja ugruntowały pozycję cyklu. Za tym sukcesem nie stoi szczęśliwy traf, ale lata ciężkiej pracy i upór, by nie rezygnować bez względu na okoliczności.

Kiedy w tych podróżach po raz pierwszy pojawił się temat pracujących dzieci?

W Kambodży, przy świątyniach Angkor Wat. Zobaczyłam tam dzieci ulicy, które od rana do nocy próbują zarobić na turystach – sprzedając drobiazgi czy tańcząc za drobne. Tam poznałam Suiego, mojego pierwszego bohatera. Już wtedy czułam, że to moja droga. Po powrocie do Polski przez pół roku zbierałam pieniądze, by mu pomóc. Kiedy w końcu je wysłałam, okazało się, że Suego już nie ma. Został sprzedany przez wujostwo w nieznane miejsce. Zrozumiałam wtedy, że w tej pracy kluczowy jest czas.

Ta droga zaprowadziła panią na „Kolosy” w Gdyni. Wyszła pani na scenę kojarzoną z ekstremalnym wyczynem z manifestem humanitarnym, zdobywając uznanie kapituły oraz Nagrodę Publiczności.

To wyróżnienie jest niesamowicie ważne, bo kapituła doceniła samą drogę i jej trudności. Zawsze kojarzyłam „Kolosy” z wyczynem fizycznym, więc nie dawałam sobie szans. Chciałam po prostu wykorzystać okazję, by przed czterotysięczną widownią opowiedzieć o tematach, które nas, Europejczyków, bezpośrednio dotyczą: o plantacjach jaśminu, kakao czy złomowaniu statków. Żadna nagroda nie wzruszyła mnie tak mocno. Czuję się zawieszona między światem reportażu a podróży, więc uznanie podróżników było niezwykle ważne. To także nasza pierwsza wspólna statuetka z mężem – jako operator pozostaje on w cieniu, a przecież bez niego te projekty by nie istniały. Fakt, że odebraliśmy ją razem, czyni ją podwójnie cenną.

Wasze reportaże to czysta, szokująca prawda. Nie boi się pani, że stanie się ona nie do zniesienia również dla was?

Moim celem nigdy nie jest epatowanie smutkiem, po prostu opowiadam prawdę – a ona bywa bolesna. Kiedyś jedna z widzek napisała mi, że gdy sama zostanę mamą, nie będę już w stanie filmować takiej krzywdy. Być może tak będzie. Dziś czuję, że to moja misja.

Trudniej jest walczyć z naturą na szlaku czy z systemem, który blokuje dostęp do prawdy?

W klasycznej wyprawie ryzykujemy zdrowie, działając w granicach prawa. W moim przypadku największym ryzykiem jest opowiadanie niewygodnych historii. Miesiącami staram się o pozwolenia, które bywają wycofywane w ostatniej chwili przez właścicieli fabryk czy kopalni. To walka o to, by świat zobaczył to, co ma zostać ukryte. Dlatego nie nazywam tego podróżowaniem – to bycie reporterem.

I to reporterem śledczym. Jak wygląda ta niewidoczna część pani pracy?

To wyzwanie logistyczne i psychologiczne. Nie szukam przewodników turystycznych, lecz lokalnych dziennikarzy i aktywistów, którzy ułatwią dotarcie do prawdy i pomogą w tłumaczeniu dialektów. Do tego dochodzi praca z dziećmi, wymagająca ogromnej wrażliwości, by wywiady o traumatycznych przeżyciach nie wpłynęły na nie negatywnie.

Jak zdobywa się ich zaufanie?

Kluczem jest czas i brak ingerencji. Przez pierwsze dni w ogóle nie wyciągamy kamery. Zaczynamy od spotkania ze społecznością – tłumaczymy, po co jesteśmy i słuchamy o ich problemach. Dopiero gdy nas oswoją, przechodzimy do zdjęć, ale nigdy niczego nie ustawiamy. Dzieci pracują, a my towarzyszymy im w ich naturalnym życiu. Wywiad robimy na samym końcu, kiedy bariera obcości już zniknęła.

Czyli nie ma mowy o dublach czy powtarzaniu ujęć dla lepszego efektu?

Absolutnie nie. Jeśli czegoś nie nagraliśmy, bo zachód słońca przyszedł za wcześnie, to nasz problem – musimy czekać do kolejnego dnia. Nigdy nie prosimy dziecka o powtórkę. To my dostosowujemy się do nich, a nie one do nas. Dzięki temu na ujęciach mamy prawdę, a bohaterowie nie czują się obarczeni naszą obecnością. To wydłuża pracę – materiał, który duża ekipa zrobiłaby w dwa dni, nam zajmuje tydzień – ale tylko tak można zachować etykę i autentyczność.

Ile czasu zajmuje jedna taka wyprawa? To kwestia tygodni czy miesięcy?

To zależy. Czasami w trakcie kilkumiesięcznej podróży odwiedzamy kilka krajów i zbieramy materiał na siedem różnych odcinków. Same zdjęcia do jednego reportażu to minimum tydzień w terenie. Po powrocie zamykam się w montażowni – to żmudny proces przeglądania setek godzin nagrań i układania ich w historie, które muszą pójść w świat.

Po „Kolosach” wiele osób po raz pierwszy usłyszało o Fundacji Dzieci Świata. Czy realnie przełożyło się to na pomoc dla tych dzieci?

Wszystko zbiegło się w czasie z emisją nowego sezonu, ale liczby mówią same za siebie. Tylko w ostatnim miesiącu sto nowych dzieci zostało objętych stałą opieką adopcyjną. Sporo osób zainteresowało się losem Kayayei, która nosi bele z naszymi używanymi ubraniami. Wydaje mi się, że jako społeczeństwo coraz bardziej rozumiemy, jak te dzieci cierpią przez nadkonsumpcję i wyzysk.

To w korporacjach szukać winy czy jednak w nas?

Jestem daleka od przerzucania winy na konsumentów – za te tragedie odpowiadają wielkie korporacje i ich chęć zysku. Jednak jako społeczeństwo potrzebujemy sprawczości. Choć nie zmienimy systemu w ekspresowym tempie, możemy realnie poprawić los konkretnej osoby, fundując jej posiłek. Nie godzimy się na wyzysk dzieci i dorosłych za głodowe stawki. Możemy zgłaszać stanowczy sprzeciw wobec polityki marek i wspierać dzieci – choćby w małym stopniu.

W jaki sposób można realnie im pomóc za pośrednictwem pani fundacji?

Naszą główną bazą jest „miasteczko biegaczy” w Kenii, gdzie prowadzimy program adopcyjny dla ponad 200 dzieci. Zapewniamy im wyżywienie, mundurki i kompleksowe wsparcie, a koszt całorocznej opieki to zaledwie 670 złotych. Prowadzimy też dożywianie w szkołach, m.in. w „wiosce czekoladowej” w Ghanie. Ciepły posiłek to realna alternatywa dla pracy – dzieci idą na plantacje głównie po to, by zarobić na jedzenie. Kiedy dostają je w szkole, ten powód znika.

Jak decyduje pani o tym, komu pomóc?

Wspieram tylko tam, gdzie proces jest w pełni transparentny i gdzie rodzice stawiają na edukację. Nigdy nie daję im gotówki, opłacam czesne, mundurki i egzaminy bezpośrednio w szkołach, a jedzenie kupują moi zaufani współpracownicy, z którymi rozliczamy się z każdej kupionej cebuli. Wolę prowadzić mniej programów, ale mieć pewność, że pomoc jest celowana i w stu procentach trafia do dziecka.

Zatem jedzenie i edukacja?

Tak. Jedzenie jest po to, by dziecko nie musiało na nie samo zarabiać, a edukacja to jedyny sposób na przerwanie błędnego koła ubóstwa. Dziecko, które nauczy się czytać, pisać i mówić po angielsku, poradzi sobie w dorosłym życiu i nie wyśle do pracy własnych dzieci. To zmiana na pokolenia.

Jak udaje się otworzyć drzwi, które dla innych pozostają zamknięte?

Każdy temat to dziesiątki godzin researchu mojego i męża, ale kluczem jest zaufanie. Udają nam się rzeczy niemal niemożliwe jak wejście na miejsce złomowania statków w Bangladeszu. Opatrzność nad nami czuwa, a kiedy działasz dla dobra lokalnej społeczności, to więcej drzwi się otwiera. Ludzie z fabryk, kopalni czy plantacji chcą opowiedzieć o swoim losie. Opór stawiają politycy czy właściciele fabryk, ale zazwyczaj przekonujemy ich szczerością – tłumaczymy, że materiał nie jest wymierzony w nich osobiście, lecz w system i wielkie korporacje.

A czy bohaterowie nie boją się konsekwencji?

Prawda daje im siłę, a ja dbam o ich bezpieczeństwo. Przede wszystkim publikuję w języku polskim i w krajowych mediach, co tworzy naturalną barierę ochronną. Selektywnie podchodzę do tego, co trafia do sieci. Nigdy nie zawiedliśmy danego nam zaufania. Nie wyobrażam sobie robienia materiału wbrew woli lokalnej społeczności.

Czy pani reportaże docierają do wielkich korporacji w Europie?

Zdarza się, że stają się narzędziem kontroli. Po materiale o oleju palmowym napisała do mnie firma z Holandii – byli w szoku, że na ich plantacjach pracują dzieci. Odpowiedziałam im, że to najwyższy czas, by przyjrzeli się transparentności łańcucha dostaw. Zarządy europejskich firm rzadko fatygują się na niezapowiedziane wizyty w Ghanie czy Indonezji, a warto zapytać ludzi na miejscu, jak naprawdę wygląda ich życie.

Czy po latach pracy w terenie jest jeszcze obraz, który potrafi panią autentycznie zszokować?

Dzieci z kopalni miki na Madagaskarze. To scena jak z mrocznego filmu science fiction: z głębokich dziur w ziemi wychodzą małe postacie pokryte pyłem, który lśni na nich jak brokat. Te „połyskujące dzieci” z wielkimi worami minerałów to widok, który absolutnie nie powinien mieć miejsca. Mamy pod opieką kilkadziesiąt z nich, a świadomość, że w tych otchłaniach pracują setki kolejnych, jest porażająca.

Jak po takich doświadczeniach wraca się do normalności?

Nasze życie siedem lat temu zmieniło się bezpowrotnie. Często czujemy się tutaj nie na miejscu. Trudno odnaleźć się na wystawnych galach – dlatego na ściankę zawsze ubieram coś z upcyklingu, co zostało odzyskane ze śmietnika. To mój wewnętrzny manifest. Od lat nie jestem w stanie wejść do galerii handlowej. Rzeczy materialne przestały mieć znaczenie; nie robimy sobie prezentów pod choinkę, nie dążymy do posiadania. Kiedy raz zobaczyło się cenę, jaką inni płacą za nasz komfort, nie da się już żyć tak, jak kiedyś.

Czy wciąż wierzy pani w ideę etycznych zakupów?

Absolutnie tak. Unia Europejska coraz mocniej ogranicza napływ towarów z nieetycznych źródeł, a dziennikarze głośno mówią o toksyczności nadprodukcji i nadkonsumpcjonizmu. W swoich reportażach powtarzam, że każda rzecz ma swój początek i swój koniec. Pokazuję, że na obu krańcach tego łańcucha często stoją dzieci. Widzę jednak ogromną zmianę – dostaję mnóstwo wiadomości od osób, które pod wpływem reportaży zmieniły swoje nawyki. Wierzę w siłę naszych decyzji konsumenckich, choć odpowiedzialność za system wciąż spoczywa na wielkich markach, które gonią za zyskiem bez cienia etyki czy poszanowania praw człowieka – zarówno pracowników, jak i nabywców.

To te przebłyski dobra dają pani siłę do dalszej walki?

To największa nagroda. Dzięki widzom już ponad 700 dzieci zostało objętych stałym wsparciem. Wrażliwość i empatia Polaków nie przestają mnie zachwycać. Bilans zawsze wychodzi na plus, bo dobro wyzwolone w ludziach jest potężne. Wiem, że wielu z nas wspiera nieetyczne marki tylko z niewiedzy. Kiedy ta wiedza dociera, wybieramy inną drogę.

Dotyka pani też tematów najtrudniejszych: obrzezania dziewczynek czy wczesnych małżeństw. Gdzie leży granica między tradycją a obowiązkiem obrony praw człowieka?

W takich sytuacjach nie mam żadnego dylematu. Jeśli dziewczynki są okaleczane siłą i umierają przez zakażenia po zabiegach wykonywanych tępym narzędziem, to nie mówimy o kulturze, tylko o barbarzyństwie. To tradycja kultywowana często przez mężczyzn wbrew woli kobiet i sprzeczna z prawem. Istnieją przepiękne tradycje, które należy kultywować, ale nie możemy milczeć wobec rytuałów zagrażających życiu. Nie mam żadnych obiekcji, by mówić o tym głośno.

A co dalej? Jakie są pani najbliższe plany?

W planach mamy już kolejne kierunki: Chiny, Amerykę Południową i mocny temat w Tajlandii. Chcę też powoli przechodzić do dłuższych filmów dokumentalnych. Jednak moim największym priorytetem jest teraz Marpo Safe House w Iten w Kenii. Chcę stworzyć tam bezpieczny dom dla dzieci bez dachu nad głową i dla kobiet doświadczających przemocy. To ma być skromne, ale pewne miejsce, gdzie zawsze czeka schronienie i ciepły posiłek. To teraz moja najważniejsza misja.