Czy do ludzkiej krzywdy można się z czasem przyzwyczaić?
Absolutnie nie. Jest wręcz odwrotnie: im więcej bolesnych historii filmujemy, tym trudniej nam je udźwignąć. Ostatnio w Ghanie mój mąż doznał wręcz paraliżu, widząc głodne dzieci przy produkcji naszej czekolady. Nie był w stanie dalej filmować, po prostu go zmroziło. Musiałam przejąć aparat. Nie da się uodpornić na krzywdę, zwłaszcza dzieci.
Czy to w dzieciństwie narodził się ten „gen podróżnika”?
Mama zaraziła mnie marzeniem o Afryce przez literaturę, a tata, przewodnik tatrzański, uczył bycia w naturze. Moja pierwsza samodzielna wyprawa do Maroka była jednak hardkorem. Jako osiemnastoletnia blondynka przepłakałam pierwsze cztery dni – byłam nieustannie zaczepiana, okradziono mnie i oszukano. Stałam przed wyborem: wrócić do domu albo zostać i dać światu szansę. Wybrałam to drugie. Ta lekcja była bolesna, ale Afryka uczy asertywności i instynktu przetrwania. Na Czarny Ląd wróciłam dopiero po kilku latach eksplorowania Azji.
I ta „szkoła przetrwania” sprawiła, że dziś potrafi się pani odnaleźć się w każdych warunkach?
Zdecydowanie. Nie byłabym w stanie zajmować się dziennikarstwem śledczym, gdybym wcześniej nie doświadczyła spania na betonie, szukania noclegu u obcych ludzi czy jeżdżenia autostopem. Dla mnie podróż wiąże się z niewygodą – łóżko i prysznic mam w domu, a w terenie przełączam się na system przetrwania i tak po prostu umiem funkcjonować.



