Są wydarzenia, które sprawdzają się dopiero w praktyce. Sea You Music Showcase należy do tej kategorii. Bo choć pomysł od początku wydaje się słuszny – trzy dni spotkań, koncertów i rozmów o muzyce – to dopiero na miejscu widać, czy za ideą stoi realna energia. W tym roku nie było wątpliwości.

Zaczęło się spokojniej, od rozmów. W Instytucie Kultury Miejskiej, w ramach Biforu Sea You, zamiast sceny pojawił się kontekst – panele poświęcone temu, co dzieje się wokół muzyki. O życiu w trasie, o budowaniu relacji z publicznością, o tym, jak dziś funkcjonuje artysta poza koncertem. To ważne otwarcie – pokazujące, że Sea You nie zatrzymuje się na samej warstwie „grania”.

Wieczorem rozmowy przełożyły się na dźwięk. Czwartkowy finał należał do projektu Klawo gra Kombi, który sięgnął po repertuar Kombi bez nostalgicznego zadęcia. Znane melodie były tu punktem wyjścia, jednak ważniejsza okazała się energia sceny i sposób, w jaki muzycy nadali im własne tempo.

Od pierwszej edycji gospodarzem wydarzenia pozostaje Gdański Teatr Szekspirowski, i trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce dla tego formatu. Nie tylko ze względu na przestrzeń i swobodę, z jaką porusza się publiczność, ale też sposób, w jaki przenikają się tu dwa światy – fanów i artystów, którzy przez cały festiwal przecinają swoje drogi. To miejsce, które nie tylko „mieści” koncerty, ale realnie je współtworzy. Na górze – scena główna i duże nazwiska. Na dole – podziemia, w których dzieje się coś równie istotnego, choć mniej oczywistego. Publiczność krąży między poziomami, artyści mieszają się z odbiorcami, granica między sceną a widownią momentami przestaje istnieć.

Karol Kacperski

Piątek: energia i kontrasty

Pierwszy dzień koncertowy nie budował napięcia powoli, raczej od razu wrzucał w środek wydarzeń. Piątkowy wieczór w układał się jak dobrze zaplanowana sekwencja – między poziomami, brzmieniami i energią, która zmieniała się z każdym kolejnym wejściem na scenę.

Na dole było gęsto od początku. W podziemiach pierwsze tempo nadali Maczety – bez rozgrzewki, od razu wchodząc w punkową intensywność, która szybko udzielała się publiczności. To był ten moment, kiedy nie trzeba dużej sceny, żeby zbudować napięcie. Chwilę później ciężar naturalnie przeniósł się na górę. Tłum przemieszczał się na scenę główną, gdzie Loveworms otwierali tegoroczny showcase. Zespół, który wrócił na scenę Sea You, pokazał, że krótki staż nie wyklucza dojrzałości – szczególnie tej scenicznej, widocznej w sposobie prowadzenia koncertu i kontakcie z publicznością.

Następnie scenę przejął Tymon Tymański Yasstet. Tymański, jeden z weteranów trójmiejskiego yassu, w którym wraz z Tomkiem Ziętkiem, Szymonem Burnosem, Irkiem Wojtczakiem i Jackiem Prościńskim porwał słuchaczy w jazzową dźwiękową podróż przeplataną muzyczną tradycją z improwizacyjną swobodą, humorem i emocjonalną głębią.

Karol Kacperski

Podwieczorkiem dla muzycznej uczty był band, którego nie trzeba przedstawiać - Blenders. Zespół, który w rytmie rocka, funku, popu i disco przyciągnął swoją niezastąpioną energią, charyzmą, sarkazmem i scenicznym doświadczeniem zarówno tłumy wiernych fanów, jak i nową, młodszą publikę. Gdy „stara szkoła” Blendersów uderzając w instrumenty oddała swoje ostatnie dźwięki, na scenę wbiegła banda młodocianych raperów z Budka Surfera by Unda. To był jeden z tych momentów, w których koncert bardziej „płynie” niż się rozwija – oparty na pełnym luzie i bezpośrednim kontakcie z publicznością.

Jednak ten wieczór zdecydowanie należał do zespołu Spoiwo. Zespół konsekwentnie budujący swoje brzmienie na styku post-rocka, muzyki filmowej i elektroniki stworzył przestrzeń, w której tempo dnia wyraźnie zwolniło. Dźwięki rozchodziły się warstwowo, prowadząc słuchaczy w stronę wyciszenia, a nie kulminacji. To było domknięcie, które bardziej wybrzmiewało, niż kończyło.

Równolegle, niemal niezależnie, żyły podziemia. To tam najmocniej widać sens showcase’u – nowe projekty, krótkie sety, szybki kontakt z publicznością. Bez dystansu, bez scenicznego „buforu”. Tam scena zmieniała się szybciej, a energia była bardziej surowa. Oprócz Maczety pojawili się m.in. Bazgrołki, L.A.S., Siekirka Trio i zamykająca wieczór Klaudia Daliva – każdy z innym pomysłem, ale z podobną potrzebą bycia „tu i teraz”.

Karol Kacperski

Sobota: lekkość i swoboda

Drugi dzień miał inny rytm. Mniej surowości, więcej lekkości. Program na dużej scenie był bardziej spójny, momentami wręcz „festiwalowy” w klasycznym rozumieniu, z wyraźnie zaznaczonym klimatem i prowadzeniem publiczności przez kolejne emocje. Otwarcie należało do The Surfers i od pierwszych dźwięków było jasne, że sobota pójdzie w stronę swobody. Surf rockowe brzmienia, lekkie, rytmiczne, bezpretensjonalne…

Ten kierunek płynnie przejął Leon Krześniak, który swoją mieszanką indie popu i gitarowego retro jeszcze bardziej rozluźnił tempo wieczoru. Środek wieczoru należał do Natalii Muianga. I to był jeden z tych punktów programu, w których forma ustępuje miejsca emocji. Subtelność, kontrola, kontakt z publicznością – wszystko pracowało tu na atmosferę, która na chwilę zatrzymywała cały festiwalowy ruch. W stronę finału prowadził projekt Grzesław Nawrocki z udziałem Tomasza Ziętka, Macieja Moretti i Jarka Marciszewskiego. To był moment bardziej skupiony, osadzony gdzieś pomiędzy koncertem a formą scenicznej narracji. Ten należał do William Malcolm and The Dracul Affair. Finał nie próbował być „najgłośniejszy”, zamiast tego poszedł w stronę formy. Koncert zamienił się w spektakl, oparty na mrocznej, gotyckiej narracji, budującej napięcie nie tyle przez dynamikę, co przez klimat. To było domknięcie bardziej wizualne i emocjonalne niż czysto muzyczne.

Innego ciężaru tego dnia nabierały podziemia – mniej oczywistego, bardziej poszukującego. Wieczór otwierała Kasoil, wprowadzając w klimat alternatywnego R&B – miękki, osadzony, ale jednocześnie wyraźnie współczesny. To był początek, który bardziej budował nastrój niż tempo. Ten kierunek rozwijał Filip Żółtowski Quartet – projekt wpisujący się w coraz silniejszy nurt młodego jazzu, który swobodnie łączy elektronikę i hip-hopowe inspiracje. To jeden z tych momentów, kiedy widać, że trójmiejska scena nie tylko nadąża za trendami, ale zaczyna je współtworzyć. Dalej pojawiało się więcej napięcia i eksperymentu. Popsysze – balansujące gdzieś między formą studyjną a koncertową improwizacją – pokazywały, jak nieoczywiście może brzmieć materiał na żywo. Z kolei babyhats i Mjut dołożyły do tego własne języki od bardziej gitarowych, po alternatywne, momentami surowe formy ekspresji.

Karol Kacperski

„Hi 5!” i co dalej?

Piąta edycja Sea You Music Showcase nie próbuje już niczego udowadniać. Raczej potwierdza, że ten format działa – i że ma swoje miejsce nie tylko w kalendarzu wydarzeń, ale w realnym obiegu sceny. Tegoroczne hasło festiwalu: „Hi 5!” zdecydowanie zapadanie w nie jednej głowie i w nie jednym uchu.

To były trzy dni, w których równie ważne jak same koncerty okazały się relacje – między artystami, publicznością i branżą. To jeden z nielicznych showcase’ów w praktyce: nie zamknięty festiwal, ale platforma, która pozwala zobaczyć, w którą stronę to wszystko zmierza.

Istotne jest też to, co dzieje się dalej. Decyzja o pozostaniu festiwalu w przestrzeni Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego na kolejne lata daje temu wydarzeniu stabilność, której wcześniej brakowało. A stabilność w tym przypadku nie oznacza stagnacji – raczej możliwość konsekwentnego budowania. Dlatego Sea You nie kończy się wraz z ostatnim koncertem. Raczej zostawia otwarte pytanie: co dalej zrobi scena, która właśnie dostała swoją przestrzeń. Więc Sea You – see you!