Ileż to razy słyszeliście od rodziców, przyjaciół, mentorów, coachów oraz nieznanych Wam osób przemawiających do Was z Internetu: „bądź sobą!”.

Zawsze mnie zastanawiała ta odezwa. Dawała obietnicę rozwiązania wszystkich problemów, przy jednoczesnym braku jakiegokolwiek wysiłku. Wystarczy przecież być sobą, a wtedy wszystko się ułoży. Gdy będziemy sobą, ludzie zaczną nas inaczej postrzegać, będziemy autentyczni, prawdziwi, dobrze odbierani i przede wszystkim – w zgodzie ze swoją prawdziwą naturą.

Tylko, że mnie ta wezwanie doprowadza do szału, rozpaczy, frustracji i zagubienia. Bo tak naprawdę nie jesteśmy sobą w próżni, jesteśmy sobą wyłącznie w relacji do otaczającego nas świata! Czujemy się naprawdę sobą, gdy jesteśmy dopasowani do danej sytuacji, do środowiska w jakim się znajdujemy. Gdy nasza obecność i działanie dają nam poczucie sensu, gdy szefowie wspierają nas, dmuchają w skrzydła, a nie nieustannie je podcinają, żeby poczuć się lepiej ze swoją iluzoryczną władzą, gdy nasi partnerzy nas akceptują, z całym dobytkiem naszych wad i zalet, a nasze dzieci nie wydobywają z nas wszystkiego co najgorsze mając kolejny tydzień nieziemski bałagan w pokoju. Gdy czujemy się dobrze, gdy to co robimy i to jak się zachowujemy jest spójne z nami – możemy powiedzieć, że jesteśmy autentyczni. JESTEŚMY SOBĄ.

A poza tym mamy przecież wiele wersji prawdziwych siebie, które aktywują się zależnie od sytuacji. Jestem inną osobą w pracy, z dzieckiem, z partnerem, z przyjaciółmi i na spotkaniu biznesowym. I to właśnie rozwala popularny mit, że istnieje jakaś „prawdziwa ja”, którą trzeba odkopać. Bo może po prostu wystarczy wewnętrzna spójność między wszystkimi dostępnymi wersjami zachowań i działań, jakie na co dzień praktykujemy?

A to jest bardzo trudne. Bo świat nie zawsze jest nam przychylny. O wiele bezpieczniej jest żyć w nieustannej autocenzurze, w spełnianiu oczekiwań, nie wychylaniu się, płynięciu z nurtem i powiewaniu jak chorągiewka na wietrze. Wtedy mamy tak zwany spokój ducha. Oraz wrzody, depresję, poczucie samotności, albo co najmniej rezygnacji. Autocenzura chroni jednak przed odrzuceniem, a żeby być autentycznym trzeba zaryzykować utratę przynależności. Dlatego najczęściej jesteśmy zbiorem różnych wersji siebie, które negocjują ze światem.

Autentyczność zaś to przywilej.

W zeszłym roku, w czasopiśmie naukowym „Personality and Social Psychology Bulletin”, jednym z wiodących międzynarodowych periodyków z zakresu psychologii społecznej, ukazały się wyniki badania pod kierunkiem Eriki R. Baily, pod tytułem „Status społeczny zwiększa autentyczność”. Jego autorzy pokazali, że w badaniu ludzkiej autentyczności psychologia skupiała się dotychczas głównie na czynnikach wewnętrznych, takich jak samoświadomość, poczucie własnej wartości czy znajomość siebie. A jak się okazało, to nie wystarcza. Aby zrozumieć, kiedy ludzie naprawdę czują się „sobą”, trzeba uwzględnić także kontekst społeczny - przede wszystkim to, jak są postrzegani przez innych.

Centralnym pojęciem badania był status społeczny, rozumiany nie jako majątek czy formalna pozycja, lecz jako poziom szacunku i uznania, jakiego doświadcza dana osoba. Wyniki kilku badań, obejmujących łącznie tysiące uczestników i różne metodologie (od analizy naturalnych rozmów po eksperymenty), pokazały, że osoby o wyższym statusie wyrażają siebie w sposób bardziej autentyczny. Innymi słowy częściej mówią to, co naprawdę myślą i czują.

Kluczowym mechanizmem tego zjawiska okazało się poczucie akceptacji społecznej. Wyższy status zwiększa przekonanie, że jest się przyjmowanym i cenionym przez innych, co obniża ryzyko odrzucenia. W takiej sytuacji ludzie mniej się filtrują i rzadziej stosują autocenzurę. Co ważne, badanie odróżniło status od władzy i pokazało, że to właśnie status, a nie sama możliwość wpływania na innych, silniej sprzyja autentyczności.

Czyli ludzie czują się bardziej sobą nie tylko dlatego, że „znają siebie”, ale dlatego, że funkcjonują w środowisku, które daje im poczucie bezpieczeństwa, uznania i miejsca.

A to z kolei oznacza tylko jedno: nie jest tak, że musisz być sobą, żeby świat cię zaakceptował, tylko świat musi cię najpierw zaakceptować, żebyś mogła być sobą.