Zaczynała w garażu od olejowania zabawek, dziś jej monolityczne stoły zdobią wnętrza nie tylko w Polsce. Choć zarządza zespołem, wciąż najlepiej czuje się w warsztacie, sam na sam z drewnem. Katarzyna Kurz-Grzesiak, twórczyni marki Touch Wood 888 udowadnia, że kobieca wrażliwość i twarde rzemiosło to duet idealny.

Dlaczego akurat drewno?

Drewno to najpiękniejszy materiał i to na lata. W dodatku nie da się go podrobić – ani wizualnie, ani w odbiorze. Starzeje się szlachetnie, pracuje z czasem, ale nie traci swojej wartości. Potrafi zaskoczyć, a najpiękniejsze jest malowanie, gdy pojawia się ostateczny efekt, te wszystkie zarysy i detale. Drewno ma swój charakter i niepowtarzalny kształt – każda deska jest inna. Nie ma powtarzalności, nie ma „kopii”.

Charakter?

Tak, bo z drewnem nie jest do końca prosto – musi być odpowiednio wysuszone i ścięte w optymalnym czasie, żeby później nie pękało. Mam stałych dostawców, którzy przygotowują materiał do wilgotności 8–12%. Po odebraniu z suszarni drewno musi jeszcze chwilę „odpocząć” przed obróbką. Dostajemy je w kawałku, z korą – i wtedy zaczyna się cały proces: planowanie, szlifowanie, okorowanie. Uwydatniamy też oflis, czyli naturalną, nieregularną krawędź, która nadaje formie autentyczności. Gdy widzę plaster, zazwyczaj od razu wiem, co najlepiej z niego powstanie. Monolity to moja największa miłość.

Pamięta pani swój pierwszy stolik?

Tak, klientką była pani Kasia, która mieszkała niedaleko mnie. Nie miałam wtedy jeszcze sklepu, więc przyjechała do mojego domu. To był stolik w kolorze palisander. Ona była w ciąży, a ja ogromnie zdenerwowana – pamiętam to jak dziś.

Od tego czasu upłynęła długa droga.

Tak, zaczynałam 9 lat temu. Po chorobie spędziłam dłuższy czas w domu i dla relaksu zaczęłam robić zabawki dla dzieci, ozdabiane dekupażem. Zamawiałam materiały przez internet i pewnego razu przyszła do mnie rzecz z litego drewna. Zaczęłam ją olejować i kiedy zobaczyłam te wszystkie słoje oraz oflis po zdjęciu kory – przepadłam. Początkowo pracowałam w garażu, robiłam stoliki kawowe i konsolki. Już po pierwszym roku byłam z ekspozycją na międzynarodowych targach meblowych.

To imponujące tempo.

Sama się wszystkiego nauczyłam, głównie z internetu. Na początku potrafiłam kupić metr sześcienny drewna i wszystko poszło do pieca – bo był robak albo materiał był źle wysuszony. Z czasem nabierałam doświadczenia i garaż przestał wystarczać. Warsztat przeniósł się do domu, ale to też był etap przejściowy – potrzebowałam większej przestrzeni. Trafił się moment lockdownu, który akurat w moim przypadku zadziałał na korzyść, bo ludzie zaczęli intensywnie urządzać wnętrza. A ja wtedy właściwie nie wychodziłam z warsztatu.

Dziś jest pani już nie tylko rzemieślnikiem, ale też przedsiębiorcą – zarządza zespołem, spotyka się z klientami. Czy w tym wszystkim warsztat nadal jest miejscem, które daje największą satysfakcję?

Zdecydowanie. Warsztat i rola stolarza to wciąż moje ulubione miejsce na ziemi. Jestem osobą raczej skrytą, dlatego cenię chwile sam na sam z drewnem i myślami. Choć dziś zarządzam zespołem i uczę się delegować zadania, przez pierwsze pięć lat byłam w warsztacie sama. Spędzałam tam 90% życia – każda deska i każdy blat przeszły przez moje ręce. Dziś praca fizyczna zajmuje mi około 30% czasu, bo bycie przedsiębiorcą wymusza spotkania z klientami. Jednak nadal żaden mebel nie opuści pracowni bez mojej weryfikacji. Jakość jest najważniejsza.

Odpowiada pani też za projekty.

Tak, projektuję lub daję wytyczne do rysunków. Właściwie jestem człowiekiem-orkiestrą. Jeśli trzeba, szlifuję lub maluję. Gdy ktoś zachoruje, staję w sklepie, a kiedy gonią terminy – wsiadam do samochodu i razem z pracownikiem zawożę meble do klientów. Najtrudniejsze jest jednak ciągłe przełączanie się między trybami. Często w środku pracy w warsztacie dzwoni telefon – muszę się zrywać, by wystawić fakturę lub wysłać ofertę. Takie „latanie” między rolami rozprasza. Marzę o tym, by czasem móc po prostu wyłączyć telefon na tydzień i skupić się wyłącznie na rzemiośle.

Kobieta stolarz to chyba rzadkość.

To prawda, ludzie wciąż reagują zdziwieniem. Moja droga do warsztatu była nieoczywista – wcześniej przez siedem lat pracowałam w Niemczech. Jeździłam po świecie, mieszkałam nawet w Hongkongu. Zacięcie do designu miałam zawsze, ale przejście do stolarstwa wymagało czasu i pokory – skończyłam liczne kursy i szkolenia kierunkowe. Cieszę się jednak, że zaczynałam od zera, pracując na każdym szczeblu. Dzięki temu dziś jako producent znam swój produkt od podszewki i nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć.

Początki były trudne?

Najtrudniej było mi udowodnić swoją wartość innym. Ludzie patrzyli na mnie sceptycznie. Na początku myślałam nawet, żeby ukrywać fakt, że to ja za tym stoję. Jednak po latach pracy w męskim gronie wypracowałam sobie szacunek, a bycie kobietą stało się wręcz atutem. Jakość moich produktów obroniła się sama. Wydaje mi się, że kobieta dobrze pilnuje jakości i ma do niej oko. Od początku, jak tylko zobaczyłam ten kawałek drewna, wiedziałam, że to jest moje i absolutnie tego nie oddam. Nawet, gdy przychodzą gorsze momenty, idę twardo przed siebie. Mam pewność, że tego, co zbudowałam, nikt mi już nie odbierze.

Z jakimi wyzwaniami mierzy się pani dziś – jako twórczyni i właścicielka jednocześnie?

Największym wyzwaniem jest samo bycie przedsiębiorcą i łączenie wielu ról, bo wciąż czuję się przede wszystkim artystyczną duszą. Trudno mi się przełamać do tego, że trzeba też pokazywać siebie. Do tego dochodzi coś, o czym rzadko się mówi – samotność. Nie miałam w rodzinie stolarzy ani designerów, wszystko budowałam od zera. Brak czasu czy pieniędzy da się poukładać, ale samotność w tej drodze bywa najtrudniejsza, zwłaszcza na początku. Szczęśliwie teraz mam już silne wsparcie, zarówno w środowisku biznesowym, jak i w rodzinie. Mąż i syn pomagają, choć na co dzień zajmują się czymś innym. Kluczową rolę odgrywa brat – ślusarz. Dzięki niemu mam pełną kontrolę nad elementami stalowymi, które wcześniej zlecane na zewnątrz często rozmijały się z moją wizją. Dziś rozumiemy się bez słów. Nawet córka dokłada swoją cegiełkę, nagrywając materiały do mediów społecznościowych.

A skąd wzięła się nazwa i numerologia Touch Wood 888?

Ta nazwa od początku siedziała mi w głowie. Pochodzi od angielskiego wyrażenia „touch wood”, czyli naszego: „odpukać w niemalowane drewno”. Z kolei trzy ósemki to pamiątka po moich podróżach do Hongkongu – tam ósemka symbolizuje szczęście w finansach.

Wygląda na to, że działa – patrząc na rozwój firmy.

Aż 90% naszych mebli powstaje na zamówienie. Klienci doceniają to, że projektujemy pod nich – zarówno wymiar, kolor drewna czy bejcy, jak i profil stali z palety RAL są u nas dowolne. Nie mamy jednego, stałego produktu, bo to klient jest punktem wyjścia. Do wyceny wystarczą wstępne wymiary, ale często projektujemy meble wspólnie od zera. Ktoś przychodzi po prostą szafkę RTV, a wychodzi z projektem idealnie dopasowanym do swoich potrzeb – choćby pod konkretne głośniki czy listwy. Najważniejsze jest to, żeby klient był zadowolony i wracał.

Co wchodzi w skład asortymentu Touch Wood 888?

Przede wszystkim stoły, szafki RTV, konsole, regały, biurka i zegary. Kiedyś dodatków było więcej, dziś skupiamy się na większych formach i metaloplastyce – wykonujemy barierki schodowe, regały czy szafy. Wciąż tworzę ręcznie robione, opalane tace do serów i wędlin. Od nich zaczynałam dziewięć lat temu, a dziś to nasz prezentowy bestseller. O jakości naszego wykonania najlepiej przekonać się osobiście w naszym showroomie.

Jak klienci do was trafiają?

Firma wyrosła lokalnie – w Suchym Dworze czy Ogrodach Tesoro wszyscy mnie znają. Działamy też w sieci i wysyłamy meble za granicę, ale to poczta pantoflowa jest najsilniejsza. Często klienci widzą stół u znajomych i przychodzą po własny. Zazwyczaj zaczyna się od jednego stołu, a potem wracają po szafkę RTV czy stoliki nocne – to już taki naturalny ciąg. Na targach zdarza się, że ludzie przychodzą tylko po to, żeby powiedzieć, że od lat cieszą się moimi meblami. Czasem z kolei muszę rzucić szlifowanie, odkurzyć się i jechać do klienta na pomiar nawet jednej półki, bo proszą, żebym to była właśnie ja. To największy dowód zaufania.

Czy jest projekt, z którego jest pani najbardziej dumna?

To nasz największy stół – monolit z topoli. Miał 3,5 metra długości, 170 centymetrów szerokości i aż 10 centymetrów grubości. Wszystko z jednego kawałka drewna! Do dzisiaj wspominam moment transportu, bo szczerze mówiąc, do końca nie wiedzieliśmy, czy zmieści się nam do samochodu.

Ile czeka się na taki customowy projekt?

Standardowo od 4 do 6 tygodni. W przypadku monolitów, które wymagają dodatkowego czasu w suszarni, zawsze indywidualnie uzgadniamy termin z klientem. Musimy mieć pewność, że materiał jest odpowiednio przygotowany.

Rozwija pani ofertę i jednocześnie obserwuje zmieniające się trendy. Jak znajduje pani balans między podążaniem za rynkiem a wiernością własnemu stylowi?

Myślimy o wprowadzeniu kamienia, a tkaniny już pojawiają się w naszej ofercie – tworzymy pufy na metalowych konstrukcjach. Śledzę trendy i reaguję na nie: jeśli modne staje się szkło ryflowane czy szprosy, staramy się je wprowadzać. Idziemy z duchem czasu, ale sercem pozostaję wierna drewnu. Szczerze mówiąc, nie do końca odnajduję się jednak w obecnym kierunku, który skręca w stronę laminatów i plastiku. Widać to choćby na targach – jeszcze kilka lat temu dominowało tam drewno, dziś jest go niewiele. Mam nadzieję, że wróci do łask. Wiem, że są inni stolarze, także w Trójmieście, ale niewielu szuka takich „perełek” jak ja. Wielu idzie w masowość, a ja zostawiam w swoich projektach serce.

Z czego wynika ta potrzeba tworzenia rzeczy unikatowych?

Kiedyś robiłam prostsze rzeczy, które łatwo było podrobić. To przestało mi wystarczać, dlatego zaczęłam tworzyć trudniejsze projekty, w których mogę wyżyć się artystycznie. Łączę drewno ze stalą czy szkłem, żeby dopasować się do różnych wnętrz – od loftu po styl glamour. Robiłam nawet stół ze złotą nogą; takie połączenie robi niesamowite wrażenie. Bielimy też drewno, co nadaje mu lekkości i klasy. Cały czas bawię się naturalną krawędzią, oflisem, wypełnianiem sęków czy pęknięć. Ta praca nigdy mi się nie nudzi, bo nie mam stałych produktów. Gdybym miała robić w kółko to samo, to nie byłoby zajęcie dla mnie.

Gdzie znajduje pani równowagę poza warsztatem?

Odpoczywam w lesie. Potrafię przejść 20 kilometrów z psami i tam najlepiej się czuję. Kocham naturę, to tam się wyciszam. Moim największym marzeniem jest przejście Camino de Santiago – 800 kilometrów pieszo.

Jak widzi pani rozwój Touch Wood 888 – zarówno w kontekście współprac, jak i kierunku, w którym marka będzie zmierzać?

Jestem otwarta na współpracę nie tylko z klientami indywidualnymi, ale też z markami – tworzę dla nich dedykowane kolekcje. Mam na koncie kompleksowe realizacje dla restauracji czy duże stoły konferencyjne dla biur. Potrafimy dostosować się do projektów zewnętrznych architektów albo zaproponować własne rozwiązania.

Chcę się dalej rozwijać i szukać nowych współprac, ale nigdy nie stanę się producentem masowym. Zależy mi na tym, żeby iść do przodu z trendami, zachowując jednocześnie charakter i „duszę” moich mebli. Największą radość daje mi tworzenie rzeczy dokładnie dopasowanych do potrzeb klienta. Mogłabym sprzedawać gotowe produkty, ale to nie byłoby moje. Najważniejsze, żeby klient wychodził ode mnie z czymś oryginalnym i był po prostu zadowolony.