Kiedy już nie mam na nic wpływu i ci wszyscy wysoko postawieni, smutni panowie doprowadzają mnie do szału swoimi decyzjami, mogę przynajmniej się z nich pośmiać. To jest moja moc – mówi Abelard Giza, jeden z najpopularniejszych w Polsce stand-uperów. Choć na scenie nie bierze jeńców, o śmiechu mówi poważnie. I tłumaczy, dlaczego w świecie pełnym chaosu stand-up potrafi być czymś więcej niż tylko rozrywką.

Panie Abelardzie, czy pamięta pan, z czego się pan ostatnio śmiał? Ale tak naprawdę, do granic…wytrzymałości pęcherza?

Rety, nie pamiętam. Ostatnio śmiałem się, jak zwykle, chyba ze swoich dzieci. One bywają bardzo zabawne.

Wie to każdy, kto ogląda pana występy (śmiech).

Moja żona też często mnie bawi, ma świetne poczucie humoru, takie ostre, jak lubię - to nas zawsze mocno łączyło.

A tak zwana popkultura? Czy coś w niej potrafi pana rozbawić?

Kilka tygodni temu byłem w Londynie, występował tam jeden z moich ulubionych komików, Louis C.K. i parę momentów w jego programie dosłownie mnie rozbroiło, co więcej - popchnęło mnie do myślenia o tym, co może chciałbym robić dalej w życiu i do czego chciałbym dążyć jako artysta komediowy. Tego samego dnia byłem na musicalu „The Book of Mormon”, w którego napisanie zaangażowani byli twórcy m.in. „South Parku” – i to mnie dosłownie wystrzeliło w kosmos! A ja generalnie nie lubię musicali. W tym konkretnym dostałem natomiast taką mieszankę niesamowicie ostrego humoru, świetnie napisanej treści, do tego to było tak doskonale zagrane i zaśpiewane, że zupełnie zapomniałem o swojej niechęci do tego gatunku. Nigdy bym nie podejrzewał, że wytrzymam na musicalu 2,5 godziny! Świetnie się na nim bawiłem.

Karol Kacperski

Jak to jest z naszym, Polaków, poczuciem humoru?

Tego chyba nie da się tak jasno sklasyfikować. Jest dużo różnych gatunków komedii i tak samo różna publiczność. Są farsy, seriale komediowe – polskie i zagraniczne, jest stand-up, komediowe improwizacje, kabaret. Każdy z tych gatunków ma zupełnie inną publiczność, inny rodzaj poczucia humoru. Sam stand-up to jest bardzo rozgałęzione drzewo, nie chodzi w nim tylko o rzucanie bluzgami (śmiech).

Nie…? Dla koleżanki pytam…

To tak nie działa, każdemu, kto tak myśli, radzę kiedyś „dla sportu” spróbować, z dowolną publicznością. Sama „kurwa” nie zrobi nam programu. Ważny jest kontekst.

Pan akurat na scenie przeklina.

Przeklinam też na co dzień, ograniczam się tylko przy dzieciach i w kontakcie z mediami (śmiech). W używaniu wulgaryzmów na scenie bardziej chodzi o naturalność i o to, co ja właściwie chcę powiedzieć. Cóż, jakbym zaczął w trakcie występu mówić np. „motyla noga” tylko po to, żeby było ładnie, nikt nie brałby mnie na poważnie…

No, może z wyjątkiem wielbicieli angielskich róż (śmiech). O ludziach z poczuciem humoru mówi się, że mają dystans – do siebie i reszty świata. Jak u pana jest z tym dystansem?

Nie wiem, trudno to ocenić w kontekście własnej osoby. Może jak mam po prostu sporo rzeczy „przepracowane”…? Żartujemy przecież z tego, co nas już nie boli, co mamy przerobione – w relacjach albo na różnych terapiach. A ja? Zdziwiłaby się pani, bo ja do wielu rzeczy ja nie mam jeszcze dystansu, nie potrafię się śmiać z wszystkiego.

Coś podobnego! A ja za każdym razem, kiedy oglądam pana na scenie, myślę, że stand-up to jest jazda bez trzymanki, tam się wyśmiewa chyba każde tabu, prędzej czy później „schodzi” na wszystko, co wydaje się nie do ruszenia. Czy jest coś, czego w swoim programie Abelard Giza nie dotknie?

Nie mam i nie chcę mieć takiego założenia. To by mnie na scenie uśmierciło!

Dlaczego?

Uważam, że śmiech jest ogólnie wyzwalający, ma niesamowitą moc, pozwala się zrelaksować i zapomnieć o szarzyźnie codzienności. Życie to jest momentami spacer w głębokiej wodzie, trzeba od czasu do czasu wyjrzeć nad powierzchnię i zaczerpnąć powietrza. Miałem ostatnio dwie sytuacje, ekstremalnie trudne sprawy – na mój występ przyszedł człowiek w głębokiej żałobie i osoba naprawdę ciężko chora – po występie usłyszałem od nich, że to była godzina na złapanie oddechu, że na chwilę zapomnieli o tym, co złego im się przydarzyło. Kurczę, totalnie mnie to wzruszyło! Tak właśnie chcę widzieć moją rolę jako stand-upera. Kiedyś byłem w supermarkecie - przy kasie patrzy na mnie wyraźnie zmęczony pan i mówi do mnie - dzięki, że pan jest, ja tak ciężko pracuję, jest cholernie trudno, a czasami dzięki panu się pośmieję i jakoś leci. Nie miałem pojęcia, że mogę mieć taką odpowiedzialność. Nie jestem przecież ani architektem, ani lekarzem… Ale było to też wzruszające. Że mogę dać komuś chwilę radości.

Karol Kacperski

Stand-up nie stroni od mrocznych zakątków ludzkiej duszy…

Mroczne rzeczy też trzeba rozbrajać. Przecież ja, pracując nad programem, literalnie nie śmieję z molestowanych dzieci, ofiar holocaustu czy zwierząt wieszanych na haku. Na świecie jest mnóstwo mroku, a żarty pomagają go jakoś „ujarzmić”, obnażyć i wyśmiać zło albo, po prostu, naszą, ludzką głupotę. Mam swoich ulubionych komików, oni mają właśnie takie mroczne poczucie humoru. Często się z tych dowcipów śmieję, ale jednocześnie przechodzi mnie dreszcz, potem dużo o tym myślę, coś we mnie zostaje. Kiedy już nie mam na nic wpływu i ci wszyscy wysoko postawieni, smutni panowie doprowadzają mnie do szału swoimi decyzjami, mogę przynajmniej się z nich pośmiać. To jest moja moc.

Na właśnie, kiedy wieczorem ogląda pan przysłowiowe wiadomości, woli pan po nich śmiać się czy płakać?

Ja w ogóle ostatnio przestałem oglądać wiadomości. Ten świat jest za duży, jest za dużo maili do przeczytania, mam pracę, jestem w trasie, trzeba coś załatwić w urzędzie, a chciałbym też spędzić chwilę z dziećmi. Gdzie w tym wszystkim znaleźć czas na czytanie o tym, co dziś powiedział Donald Trump…

Akurat z tego można sobie zrobić coś w rodzaju mrocznej zabawy, bo on akurat mówi dużo i czasami wieczorem neguje to, co powiedział rano.

On i jemu podobni ludzie to jest jakaś pochodna tego, co dzieje się z nami w ostatnich latach… A media - te klasyczne, a zwłaszcza tzw. sociale nie pomagają, każą nam się wszystkim przejmować, a kortyzol i dopamina szaleją. Nie mamy czasu, żeby się na spokojnie rano ubrać, a co dopiero ratować świat.

Da się jeszcze zaśmiewać rzeczywistość?

Rzeczywistość to jest naprawdę źródło niewyczerpanej inspiracji, ale ja nie chcę jej na bieżąco komentować. Dlatego nie jestem bardzo aktywny w mediach społecznościowych, opornie mi idzie autopromocja w rolkach i postach… W swoim programie, z którym jeżdżę przez rok lub dwa, nie chcę śmiać się z tego, co dziś powiedział pan X czy Y, bo o tym na ogół szybko zapominamy i karawana jedzie dalej. Ja próbuję wyciągnąć z rzeczywistości jakiś ogół, zjawisko, które za 5 lat nie straci swojego uniwersalnego przekazu.

Karol Kacperski

Mamy na przykład obecną w pana programie figurę prababci. Nieśmiertelną i zawsze aktualną!

Tak, i podkreślam, że nie chodzi tylko o moją prababcię, bo ona jest zbudowana z archetypu prababci, z mojej i pani prababci.

Z mojej na pewno! Opisał ją pan tak, jakby pan w tym mrocznym pokoju był razem z nią (śmiech)!

Bo to musi być taka prababcia, żeby za kilka lat wszyscy inni też pomyśleli, że to jest również ich prababcia. Louis C.K., wspomniany już przeze mnie artysta komediowy, mówi w swoich programach trochę o sobie i o swoim ojcu, opowiada na przykład o tym, jak oddał go do domu starców.

Oj.

No tak, trudne sprawy. To są rzeczy śmieszne i smutne jednocześnie, i ja wiem, że on mówi o sobie, ale też o wielu ludziach na sali. Ten fragment o ojcu bardzo mnie rozbawił i poruszył, bo mam dziadka w podeszłym wieku i znalazłem w tym występie coś o nim i o sobie.

A pana dzieci? Na ile są „obecne” w pana programach?

To też jest jakaś figura. Dzieci w Azji robią to samo, co ich odpowiedniki w Berlinie i w Pruszczu. One się wszędzie tarzają po podłodze, czegoś od nas chcą, płaczą, gdy są zmęczone, każą brać się na ręce, nie chcą jeść…

Dla widzów to może być na swój sposób pocieszające.

Totalnie! Nagle okazuje się, że rodzice bywają tak samo zmęczeni w Azji, Berlinie i Pruszczu. Okazuje się, że jesteśmy w jakimś większym gronie i nie tylko ja jeden miewam w związku z tym trudne myśli (śmiech). Fajnie, że możemy się z tego pośmiać. Pamiętam, jak przy pierwszym programie robiłem żart o dzieciach, trochę się obawiałem, że mnie zlinczują po występie jacyś obrażeni rodzice. A oni po występach mówili – stary, dzięki, już się bałem, że jestem psychiczny, a okazuje się, że wszyscy jesteśmy w jednym autobusie, co za ulga!

Jak to jest z odbiorcami pana programów? To chyba grupa o specyficznym profilu. Przychodzą tam ludzie, którzy znają konwencję, powinni – teoretycznie - być gotowi na wszystko.

Po latach na scenie zakładam, że mam na sali całkiem kumatą bandę. Oni dobrze wiedzą, że ja nie nabijam się ze swoich dzieci, bo to jest opowieść o nas, dorosłych. O naszym zmęczeniu, naszych frustracjach i trudnych momentach w sklepie spożywczym. Dzieci to tylko dzieci. Ale z tą gotowością na wszystko oczywiście bywa różnie…

No właśnie. Kiedy ktoś reaguje świętym oburzeniem, jak sobie z tym poradzić?

Wiele lat temu, kiedy zaczynałem solową karierę, zdarzało się, że ludzie przychodzili i myśleli, że ja będą odtwarzał żarty z kabaretu Limo. Może część ludzi się zdziwiła i więcej nie przyszła. Zakładam, że nawet teraz, kiedy mam już jakąś rozpoznawalność, jest na sali jakiś procent widzów, którzy są na tę konwencję nieprzygotowani, ale cóż, ja nie będę tych ludzi specjalnie oszczędzał. Jeśli ktoś nie lubi samej formy czy wulgaryzmów, może już więcej nie wróci? Ale biorę sobie do głowy to, że chciałbym tak opracować swój program, że nawet jak ktoś nie lubi stand-upu i mnie, to wysiedzi do końca.

Karol Kacperski

Pan nie lubi musicali, a jednak…!

Ba, nie lubię też jazdy figurowej na lodzie, ale ostatnio oglądałem, jak jeden z zawodników na olimpiadzie zrobił salto, i obejrzałem cały jego program. Typ skacze na łyżwach, w dziwnej bluzce, a ja nie mogę od niego oderwać wzroku. Ja chcę być na scenie jak ten łyżwiarz, żeby nawet jak mnie ktoś nie lubi, został. Oczywiście świadomy widz to jest złoto. W czasie występu ja szukam swoich granic, szukam komedii w sobie i w innych, i ciężko to robić na nieświadomych ludziach, którzy mogą odpalić się na słowo, dajmy na to, Jezus.

Czy w naszym kraju są jeszcze w ogóle jakieś tematy, które określiłby pan mianem tych „nie do ruszenia”?

Dekadę temu to był kościół. Potem wszyscy już darli łacha z kościoła, ale jak pojawił się Jezus albo Bóg, to bywało trudno. Dziś chyba nie ma już takich tematów. Proszę spojrzeć na to, co opisują media, albo to, co mówią i robią politycy. Jak komik może dziś czymś zszokować? Jakie mogą być tematy tabu?

Ile w jednym programie jest pana uprzedniej pracy intelektualnej i starannej reżyserii, a ile miejsca na improwizację?

U mnie jest dużo planowania, researchu i przygotowań.

No proszę! Zawsze miałam wrażenie, że wszystko jest improwizacją.

Świetnie! Taki flow pojawia się, kiedy mam już dobrze „ograny” program, mogę sobie pozwolić na jakąś swobodę na scenie. Ja generalnie lubię improwizację, ona niesie ze sobą szał, dzikość, wulgar. Ale pewne żarty są śmieszne tylko raz. Jeśli ma pani wrażenie, że ja to robię z lekkością, to jestem najszczęśliwszy na świecie! Proszę mi jednak wierzyć, ta godzina programu jest wcześniej dłubana, przygotowywana, nie mógłbym za każdym razem wychodzić na scenę bez żadnego planu. Mam kumpli, którzy potrafią płynąć i są w tym świetni, ale ja lubię przewidywać, robię swoje scenariusze najlepiej jak potrafię, a kiedy temat jest trudny, to wymaga ode mnie szczególnego przygotowania i skupienia.

Wystąpi pan jeszcze w telewizji?

Może jeśli będę musiał, ale na pewno już nie dla chęci zysku. Chyba nie ma niczego, co telewizja mogłaby mi dać i co ja mógłbym z chęcią przyjąć od tej instytucji. Jak byłem młodszy, to był jedyny sposób, żeby jakoś zaistnieć w świadomości widza, ale dziś są już inne czasy.

Karol Kacperski

Wróćmy na chwilę do dzieci. Niedawno wydał pan swoją książkę „Hania, Tyśka i Szajka Brudziaków”, której adresatami są właśnie dzieciaki. Skąd u Abelarda Gizy wziął się pomysł na książkę dla dzieci?

Może z sympatii dla moich córek…?

Lubi je pan…? To dobrze! (śmiech)

No pewnie, i to jest uczucie zupełnie inne od ojcowskiej czy rodzicielskiej miłości. Lubię te swoje dzieciaki, staramy się spędzać razem mnóstwo czasu, gramy w planszówki i robimy inne fajne rzeczy. A że nie bardzo mogę jeszcze pokazać im, co robię zawodowo, to bardzo chciałem coś dla nich stworzyć. No i wymyśliłem im taką mroczną bajkę o brudzie za łóżkiem, bardzo im się spodobała. Ale może nie chciały mi zrobić przykrości i po prostu były miłe? Twierdzą na przykład, że robię dobre racuchy, ale może kiedyś dowiem się przy wigilii, że to wszystko było jednym wielkim kłamstwem (śmiech). W każdym razie dzieci się nie wyłączyły i to dało mi wiatru w żagle. Potem przeczytały to inne dzieciaki i też dostałem pozytywny feedback.

Mamy przygody spleśniałego sera, trochę kurzu, zasmarkana chustka… Powiedziałabym, że to bardzo w stylu Gizy!

Prawda? Jest przygoda, jest dobro i zło, dla mnie to była czysta frajda z wymyślania przygodówki! Może napiszę drugą część, teraz nagrywamy słuchowisko, będzie gra planszowa. Audiobook będzie w marcu, strasznie jestem tym zajarany, bo mamy genialną obsadę – m.in. Artur Barciś, Tomasz Kot jako Kurczaczek, będzie Wojtek Tremiszewski, Julia Kamińska i wielu innych fantastycznych ludzi. I ja się też tam przewijam, jako tata i jeden z Paprochów. Rafał Rutkowski będzie Bananem, Jarosław Boberek – Serem Camembertem. Fajna obsada, super studio, bardzo się na to cieszę.

Na koniec bardzo ważne pytanie – czy spotkał się pan kiedyś z kimś z Kabaretu pod Wyrwigroszem?

Nie, ale gwarantuję, że jeśli takie spotkanie kiedyś nastąpi, to tego nie odpuszczę i na pewno o tym opowiem!

Abelard Giza

Komik i scenarzysta, założyciel i lider aktywnego w latach 1999-2014 kabaretu Limo. Twórca programów stand-upowych: „Proteus Vulgaris”, „Ludzie, trzymajcie kapelusze”, „Numer 3”, „Piniata”, „Zaodrze”, „Samertajm” oraz „Wentyl”. A także autor serialu „Kryzys” oraz słuchowisk i książek - m.in. bajki dla dzieci „Hania, Tyśka i Szajka Brudziaków”.