Jest takie zdanie, które zostaje na dłużej: że wszyscy jedziemy w jednym autobusie. Proste, trochę przewrotne, ale trafia dokładnie tam, gdzie trzeba. Bo nagle okazuje się, że ten cały chaos, który każdy z nas nosi trochę po swojemu, wcale nie jest taki indywidualny, jak lubimy myśleć.
Trochę zmęczeni, trochę przebodźcowani, z głowami zajętymi rzeczami, które jeszcze kilka lat temu w ogóle by do nas nie dotarły. Każdy z własnym bagażem, prywatnym, zawodowym, emocjonalnym, ale jednak w tej samej, dość ciasnej przestrzeni. Można oczywiście próbować udawać, że siedzimy w różnych pojazdach. Lepszych, szybszych, bardziej komfortowych. Ale wystarczy chwila szczerości, żeby zobaczyć, że różnice są często powierzchowne. W środku działa to samo: zmęczenie, napięcie, nadmiar, potrzeba oddechu. A ten ostatni robi się dziś towarem deficytowym. Żyjemy w rzeczywistości, która nie tyle przyspieszyła, co przestała się zatrzymywać. Informacje nie mają już swojej wagi, a bardziej swoją kolejność. Jedna wypiera drugą, zanim zdążymy się do niej odnieść. Jeszcze rano coś wydaje się istotne, wieczorem znika bez śladu, przykryte kolejnym tematem, który za chwilę podzieli ten sam los. I gdzieś w tym wszystkim pojawia się bardzo współczesne złudzenie, że powinniśmy nadążać. Być na bieżąco.
Abelard Giza, bohater tego wydania, mówi o tym bez wielkich słów. Po prostu przyznaje, że przestał śledzić wszystko. Nie dlatego, że stracił zainteresowanie światem. Dlatego, że ten świat zrobił się za duży. Bo między pracą, życiem, dziećmi i zwykłym funkcjonowaniem nie ma już miejsca, żeby jednocześnie „ogarniać rzeczywistość” i nie zgubić siebie. Wbrew pozorom brzmi to jak rozsądna decyzja. I może właśnie dlatego jego podejście do komedii działa inaczej niż szybki komentarz do nagłówków. Z tej rozmowy wyłania się coś więcej niż zestaw anegdot czy scenicznych historii. Giza mówi o komedii jako czymś zaskakująco poważnym – o godzinie, która dla kogoś może być jedyną chwilą oddechu w naprawdę trudnym czasie. I o tym, że za tym śmiechem często stoją rzeczy, które wcale nie są lekkie. A jednocześnie wraca do tego, co najbardziej wspólne – do zmęczenia, frustracji i tych drobnych scen, które wszyscy znamy aż za dobrze.
Jednak czasem, gdzieś obok tej codzienności pojawiają się też momenty, które na chwilę wyhamowują. W tym roku dobre wieści przyszły z Warszawy. W tegorocznej edycji SGL Local Press – najważniejszego ogólnopolskiego konkursu dla mediów lokalnych – Prestiż Magazyn Trójmiejski zdobył dwie nominacje w głównych kategoriach dziennikarskich. Wśród wyróżnionych znalazła się Justyna Sienkiewicz-Baraniak za rozmowę z Andą Rottenberg. To jej drugi finał w tym konkursie, i trudno traktować to jako przypadek. Drugą nominację otrzymał reportaż mojego autorstwa o Stanisławie Szukalskim – artyście, który przez lata funkcjonował gdzieś na marginesie zbiorowej świadomości, a dziś wraca do niej z pełną siłą. To tekst, który zaczął się w Gdyni, w Muzeum Szukalskiego, ale tak naprawdę wyrósł z potrzeby opowiedzenia historii, która nie mieści się w prostych kategoriach. W konkursowym finale znalazły się także teksty z Biznesu Pomorza – drugiego tytułu, który rozwijamy równolegle. Dwie nominacje zdobył redaktor Michał Stankiewicz, co tylko potwierdza, że ten kierunek, choć wymagający, ma sens również poza jednym projektem.
Przy całej redakcyjnej codzienności dobrze jest czasem zobaczyć, że obrany kierunek ma sens. I po co właściwie się to robi. Miłej lektury!



