Wena w czasie i przestrzeni
Często mam tak, że wpada mi do głowy fajny temat, rozwijam go błyskawicznie w myślach i przechodzę do innych czynności, zapominając o pomyśle choćby na felieton. Proszę mi wierzyć, w moim natłoku myśli i spraw szybko mi to umyka i potem za nic w świecie nie mogę sobie niczego przypomnieć. Za radą mojego znajomego, który pisze teksty piosenek powiedział mi, że często tak ma, że budzi się w nocy z jakąś fajną frazą. Wtedy sięga po notesik i zapisuje myśl, aby następnego dnia nie umknęła. Zacząłem też tak robić działa, ale…
Wiele z tych myśli mam zapisane i stanowią one jakiś zaczyn do napisania tekstu, lecz zauważyłem, że zwykle są słabe. Te myśli, które przychodzą nagle i za dnia powinno się rozwijać natychmiast, aby nie stracić wątku i weny. To są takie momenty, kiedy wszystko nagle i łatwo przychodzi. Pewnego dnia zajadając śniadanie, podziwiając architekturę i przyrodę kurortu wpadłem na kolejną myśl i rozwinąłem ją tak szybko, że moje śniadanie smakowało mi jeszcze bardziej. I co zrobiłem? Nic nie zrobiłem. Zamiast pobiec i napisać w 10 minut felieton skupiłem się na ostatnim kawałku chrupiącej bagietki z serem i malinowym pomidorem. Potem położyłem się na chwilę i próbowałem odtworzyć moją myśl, wiedząc, że to był świetny temat, którego rozwinięcie sprawi mi przyjemność. Nic z tego. Coś tam mi świtało, jakieś cytaty z filmów, porównania i dalej nic.
Trochę mnie to zaczęło irytować, że ze mną jest coś nie tak, że zaczynam gubić wątki, jestem rozkojarzony, i że za dużo mam na głowie. To ostatnie na pewno. No i piszę teraz ten tekst, licząc, że właśnie mi się coś przypomni. Spoglądam na zegar mojego ekranu, denerwuje się, bo wiem, że mam już umówione spotkanie i nie mogę się skupić. Niemniej nie daję za wygraną. Muszę jednak kończyć, bo czas już wyjść. Zatem wracam za jakiś czas z może dobrymi wiadomościami… Jestem. I niestety nic mi się nie przypomniało. Mało tego, w międzyczasie znów wpadła kolejna myśl i znów uleciała jak motyl. Ale po odczekaniu kilku dni, tym razem postanowiłem, że zaczaję się na nią. Będę czujny i jej nie wypuszczę. Minęło 456 739 sekund. No i w końcu mam to. Impulsem była zapowiedź archiwalnego spektaklu Teatru Telewizji w TVP. I co teraz z rozwinięciem tej myśli? Otóż doszedłem do wniosku, że mam dosyć ciągłych nowości, których poziom zamiast się utrzymywać lub nawet rosnąć to spada. No bo ile można podnosić poprzeczkę? Ale przecież można choć utrzymać poziom? Można, tylko tyle już tego powstało, że co zrobić, aby dorównać poprzedniemu…
Podam przykład serialu „Dorastanie”. Cały internet pełen zachwytów, i co? Minęło parę tygodni i wszyscy już zapomnieli, nikt już nie wspomina ról, techniki kręcenia filmu, bo weszło 50 kolejnych premier i trzeba było je zobaczyć. A, że 90% z nich to gnioty to już inna sprawa. Pozostał przeładowany mózg. I wtedy usłyszałem w jakieś stacji radiowej, że zaczyna się trend na stare, sprawdzone produkcje filmowe. Jestem tego całkowitym fanem. To jak z muzyką, do której zawsze wracamy i świetnie się przy niej bawimy. Kiedy oglądam po raz kolejny film, który zawsze lubiłem, to podziwiam kunszt, grę i nawet jeśli jest to film sprzed 40 już lat, to nie ma znaczenia. Ostatnio zupełnie przypadkiem obejrzałem „Nocnego Kowboja”. I znów miałem przed sobą doskonałe kino. Jakbym je odkrył na nowo.
Mało tego, ten trend zaczyna wchodzić do polskich kin studyjnych, i wiecie co? Wszystkie seanse są wyprzedane niemal w całości - Kieślowski, Kurosawa, Has, Wajda. Dziś młodzi wracają do oldschoolowych technik, ale gorzej z fabułą i grą aktorską. Dlatego wracam do naszych archiwalnych teatrów telewizji i filmów, gdyż tam w ciemno poziom był zawsze najwyższy. Nie będzie to żaden powrót do przeszłości, a odkrywanie czegoś czego nigdy wcześniej nie odkryłem. Jestem zwyczajnie głodny tego rodzaju sztuki. Mam już dość nadążania za wszystkim. Każda premiera umyka mi jak śmierć człowieka, po której rozpacz dziś trwa 48 godzin. Tylko Ozzy rozciągnął tę pamięć na wiele tygodni.
I na koniec na powitanie wiosny - znam taki dyżurny zespół, który zawsze sprawdza się w niemal każdej sytuacji. Jego piosenki są banalnie proste i ponadczasowe, a większość z Was nie ma o nich pojęcia, gdyż zna ich tylko z jednego przeboju. Nazywa się Laid Back.




