Ubierzcie się ładnie do teatru i bądźcie grzeczni!
Jakiś czas temu moja córka, oburzona, że nie chcę się zgodzić na jeden z jej nastoletnich pomysłów, rozłączyła się w rozmowie telefonicznej ze mną. Zadzwoniłam do niej ponownie, mówiąc: widzę, że jesteś na mnie zła, ale proszę – nie rzucaj już nigdy słuchawką! Na co ona odparła ze szczerym zdziwieniem: „nie rzucaj słuchawką?!”. Mamo, nie jestem na Ciebie aż tak zła, żeby rzucać iPhonem!
I wtedy ja zrozumiałam, że jestem już bardzo stara. Jestem sprzed ery Internetu, telefonów komórkowych, jestem z pokolenia telefonów z kablem, gdy dzwoniło się po szkole do koleżanki, a jej mama wydzierała się na całe mieszkanie: „Ewaaaaaa, Agata do ciebie!”. I gdy we wzburzeniu można sobie było chociaż rzucić słuchawką!
I pomyślałam, że napiszę felieton (pewnie nie jeden) o świecie, który odchodzi. Widzę ten świat także wtedy, gdy gramy w naszym teatrze spektakl „Dzieła wszystkie Szekspira (w nieco skróconej wersji)”, który jest po prostu – muszę, bo się uduszę – beką z Szekspira, przedstawiającą w slapstickowy sposób wszystkie jego dzieła w 90 minut. Młodzież z podstawówki zwija się ze śmiechu, a panie nauczycielki pokrzykują między rzędami: „cicho klasa! Jesteście w teatrze!”. I myślę sobie, że te nauczycielki, tak jak ja, rzucały dwadzieścia lat temu słuchawką, gdy się na kogoś wkurzyły.
I tutaj moja wyobraźnia wędruje nawet głębiej niż w PRL, bo aż do XVII wieku. Wtedy do teatrów, zwłaszcza dworskich, a później mieszczańskich, nie chodziło się przecież wyłącznie na spektakl. Cały wieczór był o pokazywaniu się, byciu widzianym, potwierdzaniu swojej pozycji społecznej. Loże były oświetlone, publiczność widziała się nawzajem, a rozmowy, flirty, plotki i wzajemne obserwacje były równie ważne jak scena. Strój pełnił rolę języka statusu bądź języka aspiracji. W XIX wieku, wraz z rozwojem klasy średniej, strój zaczął być także formą szacunku – do miejsca, do sztuki, do innych widzów. Do teatru zaczęto chodzić trochę jak do kościoła albo na jakąś uroczystość – celem było także doświadczenie pewnego stanu, rytuału, wyjątkowej wspólnotowości.
XX wiek w polskim teatrze to jego demokratyzacja, ale kod ubioru ciągle jeszcze wydaje się być echem dawnej hierarchii, szczególnie w operach, filharmoniach i teatrach repertuarowych. Oczywiście cała awangarda teatralna wywracała to wyfiokowanie do góry nogami, ale powiem szczerze, że gdy szłam na jubileusz 60-lecia Teatru Ósmego Dnia w Poznaniu, jednego z najważniejszych polskich teatrów alternatywnych, znanego z zaangażowania politycznego i kontrkulturowego w PRL, to chciałam także ładnie wyglądać! A przecież cała działalność „Ósemek” to wyśmiewanie teatru i widzów, którzy już w samej teatralnej formie i konwencji upatrują źródło duchowych podniet. Chciałam wyglądać ładnie, bo jestem z pokolenia, które rzucało słuchawką i które w teatrze, kościele, u cioci Jadzi na imieninach po prostu musiało wyglądać odświętnie. Nawet jeśli prawie wszyscy twórcy „Ósemek” są ode mnie o dwie dekady starsi i do dzisiaj przewracają ten stolik mieszczańskich konwenansów. Tak mnie w domu uczyli i już.
Profesor Jerzy Limon, twórca i pierwszy dyrektor Teatru Szekspirowskiego, marzył, żeby do naszego teatru można było przyjść prosto z ulicy, niczym gawiedź gromadząca się na dziedzińcu w teatrze elżbietańskim. Dla tych, którzy nie mieli prestiżowych miejsc na galeriach, tylko oglądali spektakl na stojąco, tuż przy scenie, najtańszy bilet kosztował wtedy 1 pensa. Byli to rzemieślnicy, robotnicy, służba, uczniowie. Przychodzili dokładnie tak, jak zakończyli dzień pracy – w ubraniach roboczych, często brudni, spoceni, bez żadnego „przebierania się do teatru”. Jedli, pili, komentowali spektakl. I mam poczucie, że Teatr Szekspirowski dzisiaj także łączy publiczność – podczas wielkich koncertów, elitarnych gal, kontrowersyjnych spektakli, intymnych monodramów i tai chi na dachu.
Przypomniało mi się, jak moja mama, aktorka, powiedziała do mnie po wieczornym spektaklu: „dzisiaj była na pewno szkoła z nauczycielami, widziałam na oklaskach”. Gdy zapytałam, skąd ta pewność, odparła: „wszyscy byli tacy grzeczni i tacy ładnie ubrani!”.
Obecnie, jako dyrektorka teatru, często witająca naszych gości w foyer, sama uwielbiam czuć tę odświętność, blichtr, blask i oglądać piękne osoby przychodzące na eleganckie premiery. Ale gdy innego dnia wtapiam się w kilkusetosobowy tłum skaczący pod sceną na koncercie w Teatrze Szekspirowskim, myślę sobie, że to wspaniale, że tyle osób przyszło do nas prosto z pracy.
Cieszę się, gdy młodzież ubrana na galowo nie daje się uciszyć nauczycielkom, gdy te próbują wymóc grzeczność zamiast żywiołowych reakcji. Ale też kocham wystroić się i przyjść na galę otwarcia Festiwalu Szekspirowskiego. I tylko czasem niestety zadzwoni komuś ta słuchawka, której nie można już rzucić i porzuconej w domu zostawić.



