Są takie momenty w roku, gdy balansujemy na granicy pomiędzy dniem a nocą marząc o tym, by już nie marznąć, by było już normalnie, by dłużej było już „po prostu”. Czyli jaśniej, milej.

Wychodzimy wtedy tłumnie na plaże, do lasów i łączy nas jedno: jesteśmy onieśmieleni tym, że bycie w świecie nie jest tylko przetrwaniem w zimnie, a jest też przyjemnością. Nic nie wieje, ludzie są jakoś bardziej uśmiechnięci. I można być dłużej, aż chce się żyć. Można też wyjść z pracy, gdy jest jasno, jest słońce. To dużo zmienia. Tylko tyle i aż tyle.

W tym roku było jednak inaczej, jakby bardziej: widziałem tych, co szli przez zatokę po lodzie a potem tych, co przemierzali w tym samym miejscu mielizną morze w „Marszu Śledzia”. Nic dziwnego: świat zamarzł na długo a tygodniowa zima stała się wielomiesięczną zmarzliną. Nikt z nas się chyba tego nie spodziewał, to była inna jakość zimy.

Ale cyrkularność życia nie jest żadnym odkryciem. Pory roku od zawsze grają tą samą melodię. Wiosna daje nadzieję, lato jest nieprzewidywalne i przesadzone, jesień to czas wycofania, a zima hibernacji. Od zawsze zafascynowany byłem tym jak ten rytm nas przenika i kształtuje. I nie mam na myśli tylko sezonowości ubrań, obuwia czy okularów słonecznych, ale to jak jesteśmy zsynchronizowani z tym rytmem. Przykład? Wiosenne porządki i „zaczynanie od nowa”. Kolejny przykład? Lato i zastrzyk energii, by spróbować czegoś nowego. No a zima to moment zatrzymania, refleksji. Sylwester… tutaj nie pamiętam.

Ostatnio przystanąłem na plaży i malowałem tłum ludzi. Byli jeszcze ubrani na czarno, którzy szukali rytmu w pierwszych słonecznych i ciepłych spacerach. Było coś niezwykłego w tym „wynurzeniu” - jakby dopiero uczyli się chodzić, jakby budzili się po zimowym letargu. Pomyślałem sobie wtedy, że warto przestać traktować powtarzalność jako porażkę i przemijanie, ale dostrzegłem, że jest w niej coś kojącego, jest w tym niezmienny rytm życia.

Gdy o tym myślałem, małe dzieciaki zaczęły przede mną biegać i skakać w roztapiający się lód. W tym kadrze dostrzegłem inną prawdę: życie to nie linia, ale przestrzeń, po której chodzimy w kółko co jakiś czas lekko modyfikując nasz krok, rytm i kształt.

Nasz krok upodabnia się do podłoża, nastrój dostraja się z porami roku i pogodą. My wzajemnie się harmonizujemy. Jesteśmy stadni i wzajemnie ze sobą związani w cyrkularnym kręgu życia.