Steve Jobs powiedział kiedyś, że jedyny sens ma zatrudnianie wyłącznie „A players”. Banalne i oczywiste… Być może. Ale to, co dodał chwilę później, naprawdę daje do myślenia: „Skutkiem tego jest, że gracze pierwszej ligi nie chcą już pracować z graczami drugiej i trzeciej ligi.” I to jest dopiero mocne.

Dołożyłbym do tego jeszcze jedno: szukaj ludzi lepszych od siebie w danym obszarze. Jeśli wolisz otaczać się poklaskiwaczami albo czcicielami „złotego prezesa” — powodzenia. To prosta droga do zarządczej samotności i budowania pomnika własnej głupoty. Niestety to wciąż częsta polska przypadłość: omnipotentni szefowie kontra świadomi liderzy.

Zbyt często uczestniczę w spotkaniach, podczas których prezesi nie widzą nikogo wokół. Przez całe spotkanie stawiają kolejny fragment własnego pomnika, nie dopuszczając nikogo do głosu. W tle jest oczywiście samotność — z obu stron. Narcyzm i terapia powinny tu iść w parze, choć trudno wcisnąć się w szczeliny samozwańczej wszechwiedzy. Mnie osobiście nie chce się już grać w tę grę: w chaos zarządczy, w warcaby banału.

O doniosłej roli najlepszych ludzi przekonałem się dopiero wtedy, gdy naprawdę odważyłem się ich zatrudnić. Nagle okazało się, że ktoś może pracować na dobre imię firmy — i robić to szalenie skutecznie. To podejście stoi w ostrej opozycji do postawy tych, którzy na co dzień pielęgnują wyłącznie własną, prywatną grządkę, nie wyglądając poza perfekcyjnie ułożoną grzywkę. Nielojalność i mikrozarządzanie własnym interesikiem nigdy nie stworzą wielkiej organizacji.

Warto za to doceniać ludzi wybitnych i naprawdę oddanych firmie. Sam — kilka tygodni temu, przy okazji otwarcia THE PLACE — ogłosiłem, że przyjmuję do firmy dwóch partnerów. Dojrzałość, szerokie horyzonty, profesjonalizm i lojalność to dla mnie wartości fundamentalne. Gdyby diament miał hasło w Wikipedii, właśnie tak by brzmiało.

Zbyt często machamy ręką, gdy po raz kolejny ląduje przed nami zupełnie inna potrawa niż ta, którą zamawialiśmy. Zbyt często ktoś kiwa głową, jakby nas rozumiał — choć wcale tak nie jest. Zbyt łatwo pozwalamy sobie nawijać polityczny makaron na uszy i dajemy sobą sterować, indywidualnie lub grupowo.

W biznesie i w życiu drogi są więc dwie: uśpienie i bezmyślność albo czujność i wymagania. Słodkie dryfowanie na autopilocie może w ciężkich czasach skończyć się chaosem, a na pewno obudzeniem się w momencie, w którym nie mamy już żadnego pola manewru.

A to — niestety — scenariusz aż nazbyt częsty. I taki, którego nikomu nie życzę.