Jest taki moment w roku, kiedy dni zaczynają się bez entuzjazmu, kończą bez puenty, a człowiek funkcjonuje głównie dlatego, że już wstał i szkoda byłoby się położyć z powrotem. Jest chłodno, ale nie na tyle, żeby było romantycznie. Jest ciemno, ale nie na tyle, żeby było nastrojowo. Jest po prostu zimno, szaro i przeciętnie, a to najgorszy rodzaj klimatu, bo nie daje nawet satysfakcji z narzekania. Ale spokojnie, życie nie jest zepsute, ma po prostu słodko-gorzki smak. Właśnie w tym czasie czekolada wchodzi do gry cała na brązowo i z przekonaniem, że da się nią przykryć rzeczywistość jak ulubionym kocem.

Czekolada pojawia się wtedy, gdy świat przestaje mieć plan. Kiedy kawa już nie pomaga, herbata jest tylko ciepłą wodą z ambicjami, a sens życia gdzieś wyszedł i nie zostawił adresu. Wtedy czekolada przestaje być jedzeniem, a zaczyna być obietnicą. Stanem ducha, że będzie lepiej albo przynajmniej mniej źle. Mówi się, że czekolada poprawia humor, wspiera koncentrację, zawiera magnez, flawonoidy i inne substancje, które brzmią tak mądrze, że automatycznie czujemy się zdrowsi już w chwili otwierania opakowania. Czekolada nagle staje się suplementem diety z działu przyjemność, a my z czystym sumieniem tłumaczymy sobie, że to nie słodycz, tylko profilaktyka.

Problem zaczyna się tam, gdzie kończy się bajkowa narracja, a zaczyna rzeczywistość. Bo owszem, kakao zawiera antyoksydanty, poprawia krążenie i potrafi delikatnie podnieść poziom serotoniny, ale tabliczka nie czyta artykułów naukowych i nie wie, że miała się zatrzymać na dwóch kostkach.

Czekolada działa zdrowotnie do momentu, w którym zaczynamy ją traktować jak lekarstwo na wszystko, a wiadomo boczki nie rosną bez przyczyny. Im zimniej na zewnątrz, tym częściej wmawiamy sobie, że organizm domaga się energii, najlepiej natychmiast i w dużych ilościach. Ciało miało na myśli miskę gorącej zupy, ale dostaje czekoladę. Ona idealnie pasuje do tej wersji rzeczywistości z usprawiedliwieniem, że jest gorzka i zdrowa. Fakt, że po kilku wieczorach spodnie zaczynają stawiać opór, guzik rozważa emigrację, a lustro patrzy z lekkim wyrzutem, traktujemy jak drobny błąd systemu, który na pewno da się naprawić od jutra, ewentualnie od wiosny.

A potem nadchodzą walentynki i cały ten misternie zbudowany system racjonalizacji wali się jak domek z czekolady. Bo walentynkowa czekolada nie udaje już, że jest dla zdrowia. Ona jest jawnie emocjonalna. Dostaje czerwony kartonik, serduszka i zadanie reprezentowania uczuć w czasie, kiedy najbliższa relacja większości ludzi to relacja z kocem. Jest zimno, wieje, a miłość próbuje się sprzedać w formie cukru i kakao. Kupiona czternastego lutego przestaje być jedzeniem, a staje się deklaracją miłości. Jej brak oznacza problem, jej obecność oznacza minimum zaangażowania, a jej ilość często oznacza, że ktoś bardzo się starał albo bardzo nie wiedział, co kupić. Do tego dochodzi delikatny obowiązek udawania, że konsekwencje nie istnieją, ale boczki mają to gdzieś. Po spałaszowaniu kolejnej tabliczki trwają niewzruszone jak urzędnik w okienku.

Wiem jedno, najlepsza czekolada świata jest jedzona bez okazji, bo one faktycznie psują smak. Spożywana w ciszy, kiedy stoimy nad zlewem. W pozycji, która jasno komunikuje, że to nie jest rytuał ani celebracja, tylko krótka przerwa techniczna w ciągu dnia. Bez talerzyka, bez łamania na równe części i bez dzielenia się, bo to nie moment towarzyski.

Spożywana z pełną świadomością, że to przyjemność, a nie terapia. Wiadomo, że nie rozwiąże problemów, nie naprawi świata i nawet nie spróbuje udawać, że potrafi. I właśnie dlatego smakuje lepiej. Po takim kawałku nie ma olśnienia ani poczucia, że właśnie wydarzyło się coś ważnego. Jest tylko spokojny powrót do życia dokładnie tam, gdzie zostało przerwane. Dlatego zamiast udawać, że czekolada nas uratuje, lepiej po prostu przyznajmy się do sympatii. Powiedzmy sobie uczciwie, że lubimy czekoladę i to wystarczający powód, żeby ją zjeść. Bez serduszek, bez kartoników i bez alibi w postaci badań naukowych.

Ja jeżeli już wybieram te chwilę rozkoszy, to najbardziej lubię tą w płynie, ona nie bawi się w wstępy. Nie wymaga cierpliwości, kontemplacji ani skupienia. Nie udaje, że to degustacja. Ona trafia tam, gdzie trzeba, niemal natychmiast, omijając całą warstwę refleksji. Zanim pomyślę, czy to dobry pomysł, już jest po sprawie. Świadomość zostaje delikatnie odłączona, świat na moment traci ostrość, a problemy cofają się o pół kroku, co w tych okolicznościach w zupełności wystarcza. Oczywiście, nie ma sensu się oszukiwać. To nadal grzeje duszę tylko na chwilę i nadal bardzo rzetelnie dokłada się do obwodu w pasie.

Potem można spokojnie wrócić do życia dokładnie takim, jakie jest. Chłodnym, trochę absurdalnym, czasem gorzkim, ale zasadniczo znośnym. Bez poczucia winy, bez wielkich deklaracji i bez wymagań, żeby było jednocześnie zdrowe, romantyczne i bezkaloryczne. Czasem wystarczy, że przez chwilę było płynne, czekoladowe i skutecznie odcinające nadmiar myślenia.