Rok 2026 rozpoczęliśmy zbiorowym cofaniem się o dziesięć lat. Celebrytki i celebryci pokazują, co robili w 2016 roku, w ramach tak zwanego „challenge’u”, czyli — po naszemu — wyzwania.
Moda na wyzwania wyprzedza jednak Internet. Spójrzmy na własne podwórko. Już pierwsze teleturnieje telewizyjne we wczesnych latach 90. pokazywały, co znaczą publiczne zmagania i częste kompromitacje ku uciesze innych. Pamiętacie „Czar par”? Uczestnicy musieli wykonywać konkretne zadania — często absurdalne, fizycznie niewygodne, a czasem ośmieszające — dokładnie jak dzisiejsze internetowe challenge’e. Również pierwsze reality shows, takie jak „Big Brother”, wykreowały celebrytów, którzy zamknięci we wspólnej przestrzeni pokonywali wyznaczone im przeszkody, poddając się pod ocenę widzów.
A potem wskoczyliśmy do Internetu i każdy mógł zostać celebrytą w skali, którą sam sobie wymyślił. Pierwszym challenge’em w mediach społecznościowych, który pamiętam, było „wyzwanie cynamonowe”. Pojawiło się około 2011 roku i polegało na zmaganiach internautów z łyżką cynamonu, którą należało spożyć w ciągu 60 sekund bez popijania wodą. Było to wyzwanie nie tyle śmieszne, co dramatyczne fabularnie. Cynamon przyjmowany w tej formie może bowiem spowodować poważne szkody zdrowotne. W USA zanotowano przypadki hospitalizacji, w tym m.in. nastolatków z zapaleniem płuc, koniecznością wentylacji i zaburzeniami funkcji oddechowych.
Wyzwania wykorzystywano jednak także do nagłaśniania spraw istotnych społecznie. Około 2014 roku cały Internet żył tzw. Ice Bucket Challenge — zabawą polegającą na wylaniu na głowę wiadra czy garnka lodowatej wody czy też kostek lodu, przetrwaniu tego procederu z uśmiechem i nominowaniu kolejnej osoby, która miała zrobić to samo w mediach społecznościowych, najczęściej w ciągu 24 godzin. Akcja miała na celu zwiększenie świadomości dotyczącej rzadkiej choroby neurodegeneracyjnej – stwardnienia zanikowego bocznego – oraz zachęcenie do wpłacania pieniędzy na badania prowadzone nad nią. I choć zapewne większość biorących udział w zabawie chciała po prostu pokazać, że „da radę”, oraz mieć swoje dziesięć sekund sławy, świat życzliwie przyjął to połączenie przyjemnego z pożytecznym.
Mam wrażenie, że życie współczesnych nastolatków jest także jednym wielkim internetowym challenge’em. Jako matka nastoletniej córki słyszę o różnych skrajnie niebezpiecznych wyzwaniach z całego świata, przez które młodzi ludzie tracą życie. Nie będę ich tu więc przywoływać. Jednocześnie obserwuję córkę i jej koleżanki w nieustannych zmaganiach tanecznych. To chyba najtrwalsza i najbardziej rozpoznawalna forma challenge’u na TikToku: krótkie choreografie do chwytliwych dźwięków, których każdy może się nauczyć i nagrać we własnej wersji. Wiele z nich zyskało ogromne zasięgi i setki milionów odsłon.
Wróćmy jednak do #2016challenge. W ostatnich tygodniach rozlewał się on po Instagramie i Facebooku z lekko nostalgicznym, a momentami triumfalnym tonem: zobaczcie, jak bardzo się zmieniłam, zobaczcie, jaką drogę przeszłam.
Challenge to współczesny rytuał. Dawniej rytuały wyznaczały wspólnotę, dziś robią to algorytmy. Gdy widzimy, że „wszyscy” biorą w czymś udział, uruchamia się w nas bardzo pierwotny mechanizm: potrzeba przynależności. Skoro oni pokazują swoje „kiedyś”, ja też powinnam. Skoro oni się zmienili, ja również chcę pokazać, że nie stoję w miejscu. Challenge nie jest więc wyłącznie zabawą, to sygnał wysyłany do świata: jestem częścią tej historii.
Ale jest w tym coś jeszcze. Challenge daje gotową ramę narracyjną. Nie musimy długo zastanawiać się, co opowiedzieć o sobie, wystarczy wpasować się w schemat: było–jest, przed–po, wtedy–teraz. Psychologowie nazywają to potrzebą ciągłości tożsamości. Chcemy wierzyć, że nasze życie ma sensowną strukturę, że kolejne etapy się łączą, że z chaosu da się zbudować opowieść. Media społecznościowe tylko to ułatwiają, pozwalają nam zredagować własną biografię w wersji skróconej i estetycznej.
Nie bez znaczenia jest też nagroda. Lajki, komentarze, reakcje to drobne sygnały uznania, które działają na mózg jak mikro-premie. Każde „wow, ale zmiana”, każde „piękna droga” wzmacnia poczucie, że warto było to pokazać. Challenge staje się więc nie tylko formą ekspresji, ale także walutą społeczną. Daje szybki zwrot: za jedno zdjęcie dostajemy kilkadziesiąt potwierdzeń, że jesteśmy widziani.
#2016challenge ma też dodatkowy wymiar: nostalgię. Rok 2016 wydaje się dziś niemal niewinny – przed pandemią, przed wojną w Ukrainie, przed inflacją, przed wszechobecną niepewnością. Oglądając tamte zdjęcia, oglądamy nie tylko siebie młodszych, lecz także świat, który wydawał się stabilniejszy. To sentymentalna podróż, ale też próba oswojenia zmiany: skoro wtedy dałam radę, to teraz też dam.
Być może więc challenge’e nie są wcale dowodem powierzchowności naszych czasów. Może są raczej odpowiedzią na nadmiar bodźców i brak wspólnych punktów odniesienia. Prostym gestem, który mówi: oto moja historia, w pigułce. A że robimy to razem, tym lepiej. Bo w świecie indywidualizmu nadal najbardziej pociąga nas doświadczenie wspólne.




