Scena MONK, ukryta na poddaszu gdańskiego KOTA, bardzo szybko zaczęła żyć własnym rytmem. Kameralny klub koncertowy wyrósł na niezależną przestrzeń dla jazzu – nie jako kolejny projekt, ale jako proces budowania miejsca z charakterem. Jego ambicją jest coś znacznie trudniejszego niż program: stworzenie w Trójmieście punktu odniesienia, w którym liczą się cisza, skupienie i czas. O kulisach tej drogi opowiada Arkadiusz Hronowski, twórca MONKA i jeden z najbardziej doświadczonych animatorów sceny muzycznej w Trójmieście.

MONK to scena i cocktail bar na poddaszu KOTA – jednego z nowych, wielopoziomowych miejsc łączących kulturę, muzykę i gastronomię w Gdańsku. Czym jest to miejsce w kontekście miasta i własnej drogi twórczej?

Dziś Scena MONK to już pełnoprawny, kameralny klub koncertowy, w którym odbywają się regularne koncerty. Dominuje jazz, ale nie stronimy od innych gatunków. Przez ostatnie 30 lat Trójmiasto nie dorobiło się regularnego klubu jazzowego. Jazz był grany w wielu miejscach i w różnych odstępach czasu, ale nigdy nie było przestrzeni, która zbudowałaby środowisko przychodzące do klubu nie tylko wtedy, gdy odbywa się koncert. To trudne zadanie, ale dziś zaczyna się to zmieniać. Czuć, że jazz coraz mocniej rozpycha się w kilku miejscach w Gdańsku i Sopocie, i bardzo mnie to cieszy. To sprzyja naszemu celowi, choć swoje trzeba odpracować — a my jesteśmy dopiero na początku tej drogi.

Jakiego doświadczenia chcecie w MONKU – co powinno wydarzyć się między wejściem po schodach a ostatnim dźwiękiem koncertu?

Od początku zależało nam na tym, żeby wejście do MONKA było początkiem większego doświadczenia, a nie tylko drogą na koncert. Wita was ciepłe wnętrze, które naturalnie zaprasza do zajęcia miejsca przy jednym ze stolików, a czas oczekiwania na muzykę staje się integralną częścią wieczoru — na tym etapie ważną rolę odgrywa cocktail bar. To moment wyciszenia i przygotowania się na to, co za chwilę wydarzy się na scenie. Podczas koncertu panuje idealna cisza, co rzadko zdarza się w klubach koncertowych. W Trójmieście wciąż brakuje alternatywnego miejsca, w którym muzyka byłaby słuchana z taką uwagą i skupieniem. To efekt świadomie budowanej oferty programowej, którą publiczność chce chłonąć w stu procentach. Lubię być na tych koncertach i obserwować ludzi — to skupienie. Nigdy wcześniej nie bywałem w takich miejscach.

Kuratorstwo sceny to dziś jedna z najtrudniejszych ról w muzyce. Jakimi kryteriami kierujecie się budując program?

Zgadza się. Program jest dziś naszym absolutnym priorytetem. To właśnie poprzez przemyślany dobór wykonawców chcemy budować markę sceny MONK. Muzyka jazzowa przechodzi obecnie wyraźne odrodzenie — młodzi artyści tworzą zupełnie nowe formy, które są szczególnie doceniane przez najmłodszą publiczność, co niezwykle nas cieszy. Nie zamykamy się jednak w jednym gatunku. Nasza rozpiętość programowa jest szeroka, ale wszystko mieści się w spójnym pomyśle i sposobie myślenia o tym miejscu. To długofalowa praca, wymagająca konsekwencji i cierpliwości, ale jesteśmy przyzwyczajeni do budowania marek. Wierzymy, że Scena MONK również taką się stanie.

Bardzo wyraźnie czuć tu doświadczenie zespołu. Jak dziś — po niemal trzech dekadach pracy z muzyką i miejscami spotkań — rozumiecie dobrą gościnność?

To miłe. Na to składa się wiele elementów. Niemal 30 lat pracy w branży klubowej i koncertowej, świeże spojrzenie na muzykę Patryka Hronowskiego oraz nasze rodzinne doświadczenie. Może zabrzmi to mało skromnie, ale wierzę, że firma rodzinna jest najlepszym przepisem na spokojny, ugruntowany sukces. A dobra gościnność? To dla nas zwykłość, otwartość i normalność.

KOT nie jest klasycznym lokalem, tylko wielowarstwowym miejscem do spędzania czasu. Jaką potrzebę miasta i ludzi mieliście w głowie, kiedy ten koncept zaczął się klarować?

Pomysł dojrzewał przez kilka lat. Początkowo nie miałem żadnej konkretnej wizji tego miejsca. Pewnego dnia wszystko po prostu kliknęło. Historia Rudego Kota jest dość bogata, ale wracanie do niej nie miało najmniejszego sensu. KOT został pomyślany tak, aby jego bywalec mógł spędzić w nim wiele godzin, nie będąc przypisanym do jednego punktu. To miejsce na czterech kondygnacjach, oferujące kilka niezależnych aktywności. Są dwie sale kinowe — Spektrum i Off — z ambitnym repertuarem, jest klimatyczna kawiarnia Miau Miau, restauracje Masło Maślane i Pizza Cat, a także Scena MONK, która coraz wyraźniej zaznacza swoją obecność jako klub koncertowy. Od początku KOT nie miał być imprezownią, lecz miejscem o charakterze kulturalnym.

W którym momencie poczuliście, że to musi być miejsce „na dłużej” – i że właśnie w tej strukturze MONK może odnaleźć swój własny sens?

Ten moment przyszedł wtedy, kiedy stało się jasne, że to miejsce musi wykreować się na nowo. Dopiero doświadczenie i droga, którą przeszliśmy, pozwalają nam dziś realizować taki projekt, choć biznesowo jest on niezwykle trudny. Dwadzieścia lat temu byłoby to dla mnie niewykonalne. Na wszystko musi przyjść swój czas. KOT od początku został pomyślany jako miejsce o wielu funkcjach — oferta dla różnych odbiorców i na wiele godzin. Często bywa tak, że goście przed koncertem lub seansem umawiają się na obiad albo drinka, a Miau Miau stało się naturalną poczekalnią przed każdym seansem, ale też miejscem spotkań przez cały dzień. W tej strukturze MONK, ze względu na swoje położenie i charakter, bardzo naturalnie wykształcił się jako niezależny klub koncertowy, który pozwala nam realizować ostatnią, najważniejszą misję: stworzenie w Trójmieście ważnego miejsca dla odbiorców muzyki jazzowej.

Patrząc w przyszłość – czy da się dziś jeszcze stworzyć miejsce z charakterem w świecie, który wszystko bardzo szybko kopiuje?

MONK już się kreuje, ale to proces wymagający czasu. Poprzez koncerty i konsekwentny styl chcemy powoli współtworzyć społeczność wokół miejsca. Jestem przekonany, że z czasem stanie się ono ważnym punktem na mapie miasta — nie tylko jako scena koncertowa, ale także przestrzeń spotkań przed i po koncertach. Nie staramy się kopiować, raczej inspirować. Dla nas najważniejsze jest DNA miejsca. Tego nie buduje się wystrojem ani szybkim pomysłem. To lata, w których ludzie tworzą legendę miejsca. To proces, który sam przechodziłem i wiem, jak działa. Moja maksyma to słowa Henryka Cześnika wypowiedziane w 2000 roku na otwarciu nowego SPATiF-u: „jeszcze 20 lat zadymiania i będzie dobrze”.