„Straszny Dwór” inaczej

Nowa premiera w Operze Bałtyckiej

Krzysztof Mystkowski / KFP
Listopadowa premiera w Operze Bałtyckiej zrywa z konwenansami i proponuje świeże spojrzenie na klasykę. Zamiast wiernej rekonstrukcji – prowokująca wizja, która może zaniepokoić miłośników tradycyjnego Moniuszki. Opera stworzona „ku pokrzepieniu serc” dziś te emocje… wzburza. Czy słusznie?

„Straszny Dwór” uchodzi za najdoskonalszą operę Stanisława Moniuszki i jeden z filarów polskiego dziedzictwa muzycznego. Dzieło porównywane do „Pana Tadeusza” Mickiewicza powstało w latach 1861–1864, w dramatycznym okresie poprzedzającym Powstanie Styczniowe. Nic dziwnego, że w operze dominują wątki szlacheckie, patriotyczne i moralizatorskie – miały one wzmacniać ducha narodu pod zaborami.

Premiera w 1865 roku – w czasie żałoby narodowej i surowych represji – wzbudziła niepokój. Carska cenzura uznała treści patriotyczne za zbyt niebezpieczne, dlatego po zaledwie trzech przedstawieniach zdjęła tytuł z afisza.

Pamiętne kawalerskie śluby

Fabuła jest pozornie lekka – dwaj oficerowie, bracia Stefan i Zbigniew, wracają ze służby wojskowej przysięgają pozostać kawalerami, aby w każdej chwili móc służyć ojczyźnie. Zgoła inne plany ma stryjenka Cześnikowa, która znalazła im już przyszłe żony i dlatego próbuje odwieść braci od wizyty u przyjaciela ich ojca, twierdząc, że jego dwór w Kalinowie jest nawiedzony. Stefan i Zbigniew, ignorując przestrogi, jadą do Miecznika i zakochują się w jego pięknych córkach, Hannie i Jadwidze, a te testują ich odwagę. Cała intryga kończy się złamaniem ślubów kawalerskich, podwójnymi zaręczynami i radosnym mazurem.

Nie sposób w tej opowieści nie widzieć nawiązania do „Ślubów Panieńskich” Aleksandry Fredry. Jan Chęciński, autor libretta, wykorzystał lekką intrygę komediowo-miłosną, ale wzbogacił ją o treści patriotyczne godne Opery Narodowej. Moniuszko z kolei mistrzowsko połączył bogactwo polskiego folkloru i tańców narodowych ze standardami opery europejskiej, tworząc tym samym dzieło na światowym poziomie. Efekt: jeden z najważniejszych i najczęściej wystawianych tytułów operowych w Polsce.

Krzysztof Mystkowski / KFP

(Nie)chwała współczesności

Jak unowocześnić tak silnie zakorzenioną w tradycji operę, by przemówiła do dzisiejszego odbiorcy? Reżyser Jerzy Snakowski sięgnął po aktualny komentarz polityczno-społeczny. Jego zamysł jest ambitny, ale nie w pełni przełożony na sceniczne środki — część aluzji pozostaje czytelna tylko wtedy, gdy zna się intencje twórcy, przez co interpretacja na scenie bywa bardziej sugestią niż wyraźnym komunikatem.

- Kusi mnie, by iść z duchem dzieła – pod pozorem kolorowego obrazka pokazać, to co boli. A co boli mnie? Pogarda. Poczucie wyższości tych, którym my sami a czasem po prostu los dał coś więcej, a co niekoniecznie służy nam wszystkim – stanowiska, bogactwa, władzę. Pogarda, wobec tego, co sam cenię – nauki, kultury, pracowitości. Pogarda tych, którzy z gębą pełną frazesów, manipulują innymi, wykorzystując swoją dominującą rolę, sprowadzając rolę przywódczą to budowania swojego ego i fortuny. Obrzydliwe! Zapewne wielu chętnie odczyta to przez pryzmat polityki i wojny polsko-polskiej. I słusznie – mówi Jerzy Snakowski.

W jego ujęciu bohaterowie stają się groteskowi, pełni sarmackich przywar: pijaństwa, teatralnej kłótliwości, niedojrzałości. Najbardziej charakterystyczny Miecznik (Stanislav Kuflyuk) balansuje między rycerskim patosem a przerysowaną karykaturą – w zbroi, peruce i z groteskowym makijażem. Na tym tle wyróżniają się Damazy (Jacek Szponarski) i Maciej (Michał Kutnik), choć ostatecznie wszyscy bohaterowie – a więc symbolicznie: Polacy – potrafią się zjednoczyć w finale, w rytmie mazura.

Snakowski zamyka inscenizację idealistycznym obrazem wspólnoty, przywołując słynne „Kochajmy się!” z „Pana Tadeusza”.

Krzysztof Mystkowski / KFP

Scenografia lekka jak polne kwiaty

Dużą rolę odgrywa wizualna strona spektaklu. Joanna Borkowska sięgnęła po lekkość i minimalizm. Modułowe, białe konstrukcje dworu z ażurowymi prześwitami, ruchome bryły i zmieniające się perspektywy podkreślają ulotność i współczesny sznyt inscenizacji.

Kolorystyka inspirowana polnymi kwiatami – zielenie, błękity, fiolety i czerwienie – symbolicznie rozróżnia rody i grupy społeczne. Kostiumy unikają historycznej dosłowności, ograniczając się do kontuszy, pasów czy żupanów potraktowanych bardziej jako znak niż rekonstrukcja.

Wśród ciekawszych rozwiązań inscenizacyjnych wyróżniają się: kominek, który zmienia się w monumentalny zegar z widocznym mechanizmem, oraz projekcje herbów i portretów wyświetlane w ramach – zasługa twórcy multimediów Filipa Borkowskiego. Całość dopełnia udana gra świateł stworzona przez Macieja Iwańczyka i mistrzowska muzyka, za którą odpowiada Yaroslav Shemet z orkiestrą. Towarzyszy mu chór i utalentowani soliści. Wśród tych ostatnich uwagę przykuwa Aleksandra Kubas-Kruk w roli Hanny oraz Arnold Rutkowski jako Stefan. Widzowie czekający na znane arie na pewno nie zawiedli się. Zwłaszcza „Ten zegar stary” i „Aria z kurantami” wzbudziły aplauz widowni, nie jedyne – wykonania nagradzane zostały gromkimi oklaskami.

Podzielone opinie

Nowatorskie podejście nie wszystkim przypadło do gustu. W internetowych dyskusjach przeważa temat „profanacji świętości” – odejścia od klasycznych ideałów zarówno w kreacjach bohaterów, jak i scenografii. Jedni cenią odwagę twórców, inni chcieliby wierniejszego Moniuszki.

Tym bardziej warto ocenić inscenizację samemu – z otwartością na inne interpretacje, bo „Straszny Dwór” w Operze Bałtyckiej zdecydowanie nie zostawia widza obojętnym.