Inside Seaside

You’re so f*cking gorgeous

Karol Kacperski

Kiedy Gdańsk spowija listopadowa mgła, a przejmujący chłód zaczyna dawać się we znaki, na mapie miasta jawi się punkt, w którym temperatura zdecydowanie rośnie. Jest tam gwarno, a zewsząd dociera muzyka, dając nadzieję na weekend pełen intensywnych doznań. Tym miejscem jest AmberExpo i odbywający się tam po raz trzeci festiwal Inside Seaside.

Długi weekend związany ze Świętem Niepodległości powoli wpisuje się na stałe w kulturalną ofertę Trójmiasta, ale i Polski, a to za sprawą odbywającego się w Gdańsku już po raz trzeci festiwalu Inside Seaside. 8 i 9 listopada przestrzenie hal targowych AmberExpo wypełniły się muzyką, sztuką i rozrywką z bardzo silnym trójmiejskim core’m. Poczynając od - co oczywiste - obecnych na festiwalowych scenach artystów wywodzących się właśnie stąd, za poszczególne elementy wydarzenia odpowiadali lokalni twórcy i przedsiębiorcy. Ponownie o strawę dla ciała zadbała Montownia, a o tę duchową - wrzeszczański Sonar Record Store ze znakomitą selekcją winyli. Współtworzący zespół Nagrobki Maciej Salamon stworzył z kolei 12 obrazów o formacie 160x200 cm, a ich bohaterami zostały… kultowe koszulki równie kultowych zespołów. Wystawa stanowiła jeden z elementów strefy Inside ART prezentującej różne formy twórczości. To jednak nie koniec udziału locales’ów.

„100cznia na wyjeździe”

W tym roku 100cznia po raz pierwszy zagościła na Inside Seaside i od razu zrobiła to z rozmachem. Wielkoformatowa sztuka tworzona w czasie rzeczywistym? Dlaczego nie! W jednej z hal AmberExpo pojawili się artyści - Mariusz Waras, znany jako M-City oraz Krik Kong, którzy na oczach publiczności tworzyli swoje prace z wykorzystaniem dobrze znanych bywalcom 100czni billboardów z Galerii Layup. W zaaranżowanej na sposób industrialny hali adepci sztuki graffiti mogli także wziąć udział w warsztatach i samodzielnie oddać hołd street artowi, tworząc unikalne wzory na koszulkach czy tagując się na specjalnie przygotowanej do tego ściance.

Pomysł na tę współpracę to strzał w dziesiątkę - 100cznia to miejsce, które na stałe wpisało się w miejską tkankę Gdańska, pulsując własnym rytmem i nieustannie inspirując tych, którzy je odwiedzają. Nie inaczej było podczas Inside Seaside.

Karol Kacperski

Na koncert czy na zakupy?

Pewne wątpliwości budziły natomiast obecne w tym roku sklepy z ubraniami czy obuwiem. Twórcy festiwalu postanowili odsłonić nową, modową strefę, w której prezentowały się ciekawe polskie marki i projektanci. Wydawać by się mogło, że wpisują się doskonale w koncept hali targowej AmberExpo, jednak przybywający na festiwal wieczorową porą słuchacze niekoniecznie mogą być nastawieni na przymierzanie butów czy sukienek. Zarówno stoiska, jak i obecne na nich produkty wyglądały atrakcyjnie, pytanie tylko czy ich właściciele wyjechali z Gdańska usatysfakcjonowani. Można było bowiem odnieść wrażenie, że to miejsce nie cieszyło się zbyt dużym zainteresowaniem festiwalowiczów.

W rytmie Ameryki Łacińskiej

Zarówno podczas festiwalu, jak i po jego zakończeniu pojawiały się liczne głosy, że pierwszy dzień nie zadowalał składem gwiazd, za to drugi po brzegi wypełniły mocne nazwiska. Może jest w tym trochę prawdy, jednak z całą pewnością koło jednego z sobotnich koncertów nie można było przejść obojętnie. Marcin Masecki & Boleros to była prawdziwa uczta. Główny sprawca zamieszania wraz z towarzyszącym mu zespołem złożonym ze znakomitych muzyków porwali publikę wysmakowanymi aranżacjami latynoamerykańskich tańców, takich jak bolero czy cumbia, łącząc nieprawdopodobny kunszt techniczny z artystyczną maestrią. Charyzmatyczny Masecki nie tylko czarował fortepianem i głosem, ale też sprawnie dowodził swoją zawadiacką zgrają. Muzyka, która pozornie nie przystaje do naszej strefy geograficznej, spotkała się z ogromnym entuzjazmem słuchaczy zgromadzonych pod Ergo Hestia Theatre Stage. Początkowo słuchający z zaciekawieniem i nieco nieśmiali, z biegiem czasu rozochoceni gorącymi rytmami, bezwiednie dali im się porwać, nabierając rozpędu w tańcu i poddając się działaniu ich niekwestionowanie pozytywnej energii.

Karol Kacperski

Jaszczurki i orkiestra symfoniczna

Dwugodzinny muzyczny spektakl, jaki zafundowała drugiego dnia festiwalu formacja King Gizzard & The Lizard Wizard, z pewnością przejdzie do historii. Gizzardzi, którzy słyną z twórczej płodności, a od 2012 roku wydali już 26 studyjnych albumów (sam zespół istnieje od roku 2010), podzielili swój występ na dwie części. Pierwsza z nich, przez wielu odbiorców wymieniana jako słabsza, w całości odbyła się z towarzyszeniem orkiestry Polskiej Filharmonii Bałtyckiej. Kiedy ci ostatni zeszli na krótką przerwę, zespół zaczął podkręcać atmosferę, sięgając po swoje najlepsze kompozycje. Od tego momentu poziom tylko rósł, a zbiorowa ekstaza udzielała się każdemu, kto do tego momentu dotrwał. Po powrocie muzyków z orkiestry było już tylko lepiej. Ci, którzy wychodzili z koncertu mogli czuć się w pełni usatysfakcjonowani. Otrzymali nie tylko przekrojowe show, pokazujące znakomite możliwości kompozytorskie i wykonawcze zespołu, ale także ogromną dawkę solidnej, rockowej energii.

Karol Kacperski

Nasi na wszystkich scenach

Nie byłoby trójmiejskiego festiwalu bez artystów wywodzących się z tego miejsca. To żelazna zasada i dobrze, że taka jest, bo przecież tutejsza scena jest różnorodna i ciekawa. Pierwszego dnia na Theatre Stage pojawiła się legenda polskiej sceny jazzowej, czyli zespół Pink Freud, który powrócił po trzyletniej przerwie. Również w sobotę, ale za to na Alior Bank Upstage pojawiła się kultowa formacja Ścianka. Scena na piętrze ma swój klimat, ale objętościowo nie sprostała do końca zainteresowaniu, jakim cieszył się ten koncert. W tym samym miejscu, ale w niedzielę, wystąpiła YANA, która dała klimatyczny, instrumentalny koncert, operując pomiędzy akustycznym pianinem a analogowym syntezatorem. Na scenie towarzyszył jej dobrze znany z trójmiejskiej sceny alternatywnej perkusista Jacek Prościński, a także sekcja smyczkowa. Jednak to Cinnamon Gum, czyli Maciej Milewski, znany ze swojego poprzedniego projektu MaJLo, zebrał na swoim koncercie największą publikę. Tłum zebrany pod Gdańsk Stage miał okazję podziwiać siedmioosobowy skład prezentujący retro soul w najlepszym wydaniu. To było prawdziwe show w stylu lat 70., z czerwoną kotarą, ogromnym, świecącym napisem The Cinnamon Show i dopasowanymi stylizacjami muzyków.

Karol Kacperski

Dalej, wyżej

„Inside Seaside, you’re so f*cking gorgeous” - takie słowa wyświetliły się za plecami australijskiego zespołu Royel Otis, który pierwszego dnia festiwalu swoim koncertem zamykał line up Gdańsk Stage. Pierwsza pula biletów early birds, która pojawiła się w sprzedaży zaraz po zakończeniu Inside Seaside, wyprzedała się w… 35 minut. To chyba najlepszy dowód na to, że Australijczycy mieli rację.