Handel odkrył nowy sposób walki o portfele klientów. Nie przez niższe ceny, lecz przez ich odpowiednie zaprojektowanie. Wielosztuki, rabaty w aplikacjach i programy lojalnościowe mają skłonić nas do zakupów. Efekt? Aby nie przepłacić, trzeba być jednocześnie matematykiem, detektywem i analitykiem promocji.
Sezon na truskawki, maliny i jagody sprawia, że piekarnik w moim domu pracuje niemal cały dzień, a kostki masła znikają w kruszonce i drożdżowym cieście. Taka liczba wypieków wymusza dyscyplinę finansową, dlatego stałam się również łowczynią promocji, tropiącą masło w cenie poniżej 5 zł. Gdy zobaczyłam promocję na ten produkt: cena 2,99 zł, nie zastanawiałam się długo i pojechałam do sklepu. Przy kasie okazało się jednak, że rabat obowiązywał tylko członków programu lojalnościowego.
Nie ja pierwsza dałam się złapać na marketing oparty na manipulacji. Skorzystanie z promocji coraz częściej wymaga od klientów skupienia maklera giełdowego, matematycznych obliczeń i smartfona z dostępem do internetu. Najbardziej wyeksponowana cena na etykiecie przestała oznaczać rzeczywisty koszt produktu – coraz częściej obowiązuje dopiero po spełnieniu określonych warunków, takich jak zakup kilku sztuk, posiadanie aplikacji czy uczestnictwo w programie lojalnościowym. Cena regularna zwykle trafia na dół etykiety i jest zapisana znacznie mniejszą czcionką. W efekcie jeszcze przed podejściem do kasy trudno mieć pewność, ile naprawdę zapłacimy. Konsumenci przestają być łowcami okazji, a coraz częściej sami stają się zwierzyną łowną.



