Czas pod paznokciami
Tutaj, na plantacji otulonej koronami drzew Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, czas mierzy się inaczej. Trzema latami, bo tyle trzeba czekać na pierwsze owoce. Dziesięcioma dniami nieustannego deszczu, bo tyle wystarczy, by stracić cały plon. I pokoleniami, bo aż tyle potrzeba, by zakorzenić się na dobre.
- Założycielem jest mój tata, który w siedemdziesiątym ósmym roku powiedział – bo pochodzi z województwa łódzkiego, z Głowna, a żonę poznał w Gdańsku – że nigdy nie przeprowadzi się do Gdyni, jak nie będzie miał ziemi – opowiada Daniel Wojtyński, obecny właściciel. - No i ta żona, czyli Dorota, załatwiła dzierżawę w tym miejscu, gdzie jesteśmy, aby pozostać w Gdyni.
Tak Marian zapuścił korzenie. Próbował wszystkiego, jakby chciał wygrać wyścig z czasem i wymagającym pomorskim klimatem. Najpierw na polach czerwieniły się truskawki, potem dojrzewały pomidory, aż wreszcie pojawiły się pierwsze sady. Gdy dzieci były jeszcze małe, w głowie ojca kiełkował już pomysł na maliny. Ale praca na roli bywa bezwzględna. Marian, widząc, ile zdrowia kosztuje każda garść owoców, chciał oszczędzić dzieciom tego trudu. Wolał dać im inną przyszłość – spokojniejszą i przewidywalną przy rytmicznym szumie maszyn do szycia, więc wysłał synów do technikum krawieckiego.
- Mówił, że nie damy sobie rady, bo jest bardzo dużo czynników, które wpływają na utrzymanie roślin w dobrej kondycji. I gdy zginął na drugiej plantacji, bo kupił w międzyczasie ziemię w Kaczkach, ten obowiązek po prostu na nas spadł. Wiedzieliśmy od razu, że nie będziemy krawcami, pomimo że tak nas do tego pchnął. Z wykształcenia jesteśmy krawcami, a z praktyki rolnikami. I to zawsze kochaliśmy – dodaje właściciel.
Czas nie pytał o gotowość – synowie musieli wejść w buty ojca szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał. Gdy wydawało się, że koło historii się zatrzymało, pojawił się Nikodem, syn Daniela i Barbary.
- Zaczął szkołę w technikum informatycznym – wspomina z uśmiechem Barbara Wojtyńska, właścicielka. - Cieszyłam się, że już nie będzie się tu brudził jak tata. Mówiłam mu: „Jak będziesz, synek, dobry, to będziesz mógł z każdego miejsca na świecie pracować.” A on potem na wakacjach dzwoni i mówi: „Mama, ja jednak chcę robić to, co tata. Rzucam tę szkołę, przenoszę się do ogrodniczej”. No, nie byłam zadowolona! Ale Daniel się ucieszył bardzo!
Komputery i obietnica pracy z dowolnego zakątka globu przegrały z magnetyzmem ziemi. Nikodem spakował plecak, zostawił kodowanie i wrócił do korzeni. Dziś w prowadzeniu plantacji rodziców wspiera również córka Nadia. Choć na co dzień pracuje w banku, niemal każdy weekend spędza na plantacji. To właśnie dzięki wsparciu obojga dzieci rodzinny charakter gospodarstwa pozostaje jego największą siłą.