W ręku fach, którego już prawie nie ma
–
Fach? No fach to fach. Jak masz wykształcenie, to masz wykształcenie – odpowiada enigmatycznie, gdy
pytam, co to znaczy mieć dziś fach w ręku. – Czasami ktoś przyjdzie i mówi, że ma wykształcenie,
a ja mówię: „O, a ja mam rękę”.
– Potrafi zrobić coś z niczego. To chyba właśnie
ten fach w ręku – dodaje z życzliwym uśmiechem Beata, synowa Władysława, która uczestniczy w naszym
spotkaniu. Mężczyzna kiwa głową, a w tym czasie kobieta wyciąga oprawiony w dużą ramę pożółkły
certyfikat – format A3 – potwierdzający wykształcenie i uprawnienia do wykonywania zawodu
introligatora. Numer 07, jeden z pierwszych nadanych w Gdańsku przez Cech Rzemiosł.
–
Daj spokój, to nic! – mruczy z uśmiechem Chumowicz i macha ręką, jakby chciał zbyć sprawę.
– Teść woli pracować niż się chwalić – stwierdza kobieta z rozbawieniem, zerkając na niego
porozumiewawczo. W głosie słychać dumę, ale też coś w rodzaju usprawiedliwienia, jakby chciała
wytłumaczyć jego skromność komuś, kto jeszcze go nie zna.
– Najważniejsze, że
wiem, co zrobić z tym, co ludzie przynoszą. Jak coś się sypie, jak jest zniszczone – to ja już widzę
w głowie, jak to naprawić. Bo ja wiem, co potrafię! Piękne oprawy z bursztynami, z diamencikami, ze
srebrnymi okuciami. Gdybym opowiedział, co jeszcze chciałbym zrobić, to ludzie by się śmiali
i pytali „Co ten, kurde, wariat opowiada?”. A oni nawet nie potrafią sobie wyobrazić tego, co ja!
Tyle że nikt się nie śmieje. Wszyscy tylko podziwiają małe dzieła sztuki. Pomysły to znak
rozpoznawczy Władysława. W szufladach – setki matryc i liter. Prawdziwych czcionek, które – jak
zaznacza Beata – należy odróżnić od fontu. Często wycinane piłką jubilerską, czasem z mosiądzu,
czasem ze srebra. Maszyny? Część kupiona, część robiona na zamówienie, a część… skonstruowana przez
szwagra. Wszystko zrobione w duchu prawdziwego rzemiosła – dokładnego, cierpliwego, ale też
z twórczym nerwem.
Oczy Władysława tak naprawdę zaczynają błyszczeć dopiero
wtedy, gdy może pokazać to, co sam stworzył. Najpierw sięga po olbrzymi egzemplarz „Pana Tadeusza”,
oprawiony w prawdziwą skórę, z tłoczeniami husarii i pozłacanym, srebrnym napisem ozdobionym
bursztynem. Przesuwa dłonią – pomarszczoną, ale pewną – po misternie wykonanej okładce, jednocześnie
wyciągając z szufladek, pudełek i kubeczków kolejne elementy zdobnicze. Tyle ich jest, że trudno je
wszystkie spamiętać. Chumowicz jednak nie przerywa – w żywiole tłumaczy proces tworzenia, z dumą
podkreślając, że każdy detal wykonał sam – od srebrnych liter po finezyjne ozdoby.
–
To wszystko ty zrobiłeś? – pyta Beata z autentycznym podziwem w głosie.
– No,
większość samemu. Naklejam na srebro i wycinam piłeczką – odpowiada bez namysłu, jakby to było
zupełnie zwyczajne. Wszystkiego nauczył się sam, metodą prób i błędów, podglądając przy tym pracę
zaprzyjaźnionych jubilerów.
Z pasją opowiada o luksusowych pudełkach, które
projektował i wykonywał – wyściełanych jedwabiem lub aksamitem, przeznaczonych między innymi na
kieliszki i trunki od Goldwassera. Inne trafiały na jubileusze – jak choćby na 25-lecie gdańskiej
neurochirurgii, a także pudełka na insygnia i łańcuchy dla włodarzy Gdańska. Cenią go również
środowiska kościelne: za oprawy ewangeliarzy, ksiąg i relikwiarzy, w których pojawiają się
bursztyny, srebro, złoto. Uwielbia te realizacje – za estetykę, trwałość i niepowtarzalność. O wiele
mniej chętnie mówi o codziennej, żmudnej pracy.
– Zdarza się, że ktoś napisze do
nas – podejmuje wątek Beata, zwracając się do teścia. – Na przykład, że oprawiałeś pracę magisterską
jeszcze w latach osiemdziesiątych i że do dziś stoi na półce jak nowa!
– O, Jezu
kochany, no to normalne – rzuca tylko, jakby znów nie chciał się chwalić. – To jest nic. Teraz to
się mało oprawia, kiedyś to było…
Beata patrzy na niego i dodaje spokojnie:
– Najwięcej jest właśnie takich zwykłych rzeczy. Ktoś przynosi książkę kucharską,
encyklopedię, pamiętnik rodzinny. Z Sybiru, z frontu, z dzieciństwa. Mówią: „To nasza historia dla
potomnych, proszę zrobić tak, żeby przetrwała dla dzieci, wnuków”. I teść robi. Starannie,
delikatnie, jak z relikwią.
Oprócz tego w pracowni pojawiały się także stare
i poniszczone albumy fotograficzne, wymagające cierpliwego sklejania i porządnego zszywania
poszczególnych stron. Natomiast w wyniku współpracy z firmami – lokalnymi cukierniami, jak Pellowski
czy Paradowski – powstawały spersonalizowane kartony na ciasta. Zlecenia dostarczały również
restauracje, które chciały mieć stylowe albo nawet ekskluzywne karty dań. Ale to nie wszystko!
Raz pojawił się nauczyciel z pokaźnym zbiorem czasopisma „Matematyka”, innym razem –
stolarz piszący wiersze. Dla niego Władysław przygotował tomiki z tłoczoną na złoto okładką, by mógł
podarować je rodzinie. Największym zaskoczeniem była jednak wizyta mężczyzny, który przyniósł
kolekcję starych „Playboyów” i poprosił, by oprawić je w eleganckie tomy!
Zdarzają
się też inne nietypowe propozycje. Kiedyś do introligatorni wszedł klient i od progu oznajmił, że
chciałby kupić wszystkie książki, które znajdują się na wystawie w oknie pracowni.
–
Bo nowe mieszkanie kupił i żadnej książki nie miał – opowiada Beata ze śmiechem. – Mówi, że chce od
razu cały komplet, żeby coś na półce było.
Co odpowiedział mu wtedy Władysław?
– Idź pan stąd.