Biedowo Music Fest. Trzynasta edycja, jedna wieś, zero komercji

Szymon Kamiński
wtorek, 14 Lipiec 2026
Sisi Cecylia

W czasach, gdy festiwale muzyczne przypominają bardziej targi mody i wyścig influencerów po idealne selfie, Biedowo jawi się jako akt buntu. Zasada jest prosta: zero spiny, za to nowoczesny jazz, elektronika i warsztaty. Choć Biedowo Music Fest zaczęło się od skromnego jamu na tarasie dla kilkunastu znajomych, dziś ściąga setki ludzi i uparcie odmawia stania się kolejną maszynką do zarabiania pieniędzy. Jak to możliwe? Na to pytanie przed tegoroczną edycją (31 lipca – 1 sierpnia) odpowiada Sławek Koryzno, jeden z organizatorów wydarzenia.

 

Zacznijmy od początku. Skąd w ogóle wziął się Biedowo Music Fest i dlaczego akurat warmińska wieś, a nie miasto?

Wszystko zaczęło się od przeprowadzki moich rodziców z Olsztyna na wieś, do Biedowa. Za ich namową przyjechaliśmy z kolegami trochę pojamować na tarasie ich nowego domu. Kilka osób na „scenie" i kilkanaście na widowni – tak wyglądała pierwsza edycja Biedowo Music Fest, choć wtedy jeszcze tak się nie nazywało. Było to po prostu pierwsze muzyczne spotkanie w Biedowie. W kolejnych latach, pocztą pantoflową, rozrastało się aż do dziś, gdy przez festiwal przewija się kilkaset osób.

Mówisz „my", „koledzy ze studiów" – to spotkanie zaczęło się w środowisku Akademii Muzycznej w Gdańsku. Jak to jazzowe, akademickie zaplecze przełożyło się na to, kto dziś robi ten festiwal?

Wszystko zaczęło się od zwykłego jamowania w gronie znajomych ze studiów. Dziś ekipa tworząca Biedowo to znacznie większy, stale rosnący zespół – tak jak i samo wydarzenie, które w ostatnich latach mocno się rozwinęło. Choć mamy w składzie kilku muzyków, to przede wszystkim grupa przyjaciół z Trójmiasta działających na co dzień w skrajnie różnych branżach. Połączyła nas miłość do tych corocznych, klimatycznych spotkań w biedowskim ogródku i muzyki granej na tarasie. Teraz każdy z nas wnosi do projektu swoje unikalne umiejętności i dokłada własną cegiełkę do budowania tego festiwalu.

Trzynaście lat to już nie przypadek, tylko konsekwencja. Po co właściwie Biedowo istnieje na mapie polskich festiwali?

Mam wrażenie, że wielu z nas czuje już zmęczenie wielkimi, komercyjnymi festiwalami, przebodźcowaniem, pędem i brakiem przestrzeni na złapanie oddechu. Biedowo powstało jako alternatywa dla takich miejsc. Stworzyliśmy przestrzeń blisko natury, gdzie przez te kilka dni można naprawdę zwolnić, wyciszyć się, a jednocześnie posłuchać świetnej muzyki i poznać fantastycznych ludzi. Choć działamy w duchu DIY, do organizacji podchodzimy w pełni profesjonalnie. Dbamy o całą niezbędną infrastrukturę, by każdy uczestnik czuł się u nas bezpiecznie i komfortowo.

A skoro to prywatna działka rodziców, jak to wygląda formalnie z resztą wsi? Musieliście się z kimkolwiek dogadywać?

Ponieważ Biedowo to prywatna inicjatywa realizowana na prywatnym terenie, nie musimy mierzyć się z typową dla masowych imprez biurokracją, ale oczywiście współpracujemy z mieszkańcami. Pobliskie pola jeden z sąsiadów udostępnia nam na pole namiotowe i parking, inny sąsiad wypożycza nam domki. A reszta po prostu przychodzi na festiwal.

To „zaopiekowanie", o którym mówisz, widać też w publiczności. Rzadko się zdarza, żeby na jednej łące spotkały się trzy pokolenia naraz.

Obecność starszego pokolenia to m.in. zasługa moich rodziców, którzy aktywnie współtworzą to wydarzenie, zapraszając swoich rówieśników. Z roku na rok gościmy też coraz więcej rodzin z dziećmi. Starzy bywalcy wracają do nas ze swoimi pociechami, mając zaufanie do przyjaznej i bezpiecznej przestrzeni, jaką wspólnie tworzymy. Dodatkowo organizujemy warsztaty specjalnie dla maluchów, aby mogły w pełni skorzystać z festiwalu.

No właśnie, jazz zwykle kojarzy się z eleganckimi przestrzeniami, a u was gra się na tle pól i lasów. Ta przestrzeń zmienia w ogóle brzmienie?

Bliskość natury bez wątpienia zmienia odbiór muzyki, ale też inspiruje samych artystów do kreowania brzmienia w zupełnie inny sposób. W Biedowie już od kilku lat wybrzmiewa ogromna różnorodność, od jazzu, przez post-rock i elektronikę, aż po szeroko pojętą muzykę alternatywną. Okazuje się, że niezależnie od gatunku, twórczość w ogródku moich rodziców niesamowicie rezonuje i za każdym razem trafia prosto w serca publiczności.

To wszystko brzmi jak „rodzinna atmosfera" – fraza, którą słyszy się przy okazji każdego festiwalu…

Od początku biedowskie spotkania były tworzone przez przyjaciół dla przyjaciół. Mimo że teraz przyjeżdża do nas już kilkaset osób, wciąż czuć to połączenie, praktycznie każdy uczestnik zna kogoś z teamu lub jest znajomym znajomego, który był już na festiwalu.

A jak przy takim wzroście, z kilkunastu osób do kilkuset, udaje się nie skomercjalizować? Bo pokusa musi być spora.

To naprawdę trudne zagadnienie. Obserwując tak duży rozwój festiwalu, łatwo zachłysnąć się sukcesem. Jeszcze dwa czy trzy lata temu pojawiały się głosy, żeby pójść krok dalej i postawić na przykład dużą scenę na polu. Na szczęście jako team potrafimy bronić najważniejszych wartości Biedowa. Choć czasem to prawdziwa walka, bo przecież przekłada się to bezpośrednio na budżet i sprzedaż biletów, to świadomie nie idziemy na kompromisy. Kameralność jest dla nas ważniejsza.

Skoro mowa o wartościach, promujecie ideę slow life, co przy festiwalu muzycznym brzmi trochę jak paradoks. Impreza z definicji jest przecież intensywna.

Dajemy naszym odbiorcom mnóstwo przestrzeni. Poza samymi koncertami oferujemy sporo różnych aktywności i warsztatów, ale nikogo do niczego nie zmuszamy. Każdy może wybrać to, na co akurat ma ochotę, bez presji i biegania od sceny do sceny. Jeśli ktoś chce przez pół dnia leżeć na trawie i patrzeć w chmury, Biedowo jest do tego idealnym miejscem. Muzyka ma u nas współgrać z naturą i odpoczynkiem, a nie z nimi konkurować.

To dla widowni. A dla was, organizatorów – w tabelkach, logistyce i nieprzespanych nocach – ten slow life w ogóle istnieje?

Szczerze? To jest nasze największe wyzwanie (śmiech). Przez te kilka dni przed festiwalem i w trakcie jego trwania o klasycznym „slow life” z naszej strony nie ma mowy, to jest ciężka, fizyczna praca, setki telefonów i permanentne niedosypianie. Ale ratuje nas to, o czym wspomniałem wcześniej: jesteśmy grupą przyjaciół. Kiedy widzimy, że ktoś z teamu opada z sił, natychmiast przejmujemy jego obowiązki. Mamy za to pewien moment „slow” – ta chwila, kiedy wieczorem ruszają koncerty. Patrzymy wtedy na ogródek moich rodziców pełen uśmiechniętych, zadowolonych ludzi i widzimy, że ta cała machina idealnie działa. Wtedy schodzi z nas cały stres.

Wróćmy jeszcze do warsztatów, bo wspomniałeś o nich przy okazji dzieci. Co z resztą uczestników, co cieszy się największym zainteresowaniem?

Co roku zmieniamy program warsztatów, ale jedno pozostaje stałe – ogromne zainteresowanie każdą aktywnością. Niezależnie od tego, czy organizujemy jogę na trawie, warsztaty ceramiczne, czy zajęcia ruchowe, miejsca znikają błyskawicznie. To najlepszy dowód na to, jak otwarci i ciekawi świata są ludzie, którzy tutaj przyjeżdżają. Nasi festiwalowicze nie szukają taniej rozrywki. Chcą spędzić ten czas wartościowo: nauczyć się czegoś nowego i po prostu pobyć ze sobą w twórczy sposób.

Trzynastka bywa uznawana za pechową liczbę, a dla was to trzynasty rok z rzędu sukcesu. Czego mogą się spodziewać uczestnicy tegorocznej edycji, 31 lipca–1 sierpnia?

Dla nas trzynastka zdecydowanie nie jest pechowa. Ta liczba potwierdza tylko, że nasza wieloletnia praca ma sens. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tegorocznego programu artystycznego. Uczestnicy mogą spodziewać się przekroju przez świetną muzykę alternatywną, elektronikę aż po jazz w nowoczesnym wydaniu. Stawiamy na artystów, którzy potrafią wejść w dialog z naszą wyjątkową przestrzenią. Z kolei organizacyjnie jeszcze bardziej rozwijamy infrastrukturę. Zależy nam, żeby przy rosnącej liczbie gości zachować ten sam poziom komfortu i bezpieczeństwa, ale bez utraty intymnego, domowego klimatu festiwalu.

Na koniec: załóżmy, że ktoś po przeczytaniu tego wywiadu spakuje namiot i przyjedzie 31 lipca po raz pierwszy. Co jest tą jedną „biedowską rzeczą", którą musi zrobić poza słuchaniem koncertów, żeby naprawdę poczuć to miejsce?

Biedowo to przede wszystkim atmosfera, którą tworzą ludzie! Więc tak naprawdę wystarczy, że taka osoba nawiąże kontakt z kimś siedzącym obok na kocu i da się wciągnąć w rozmowę. Ale jeśli miałbym wskazać jedną taką czysto „biedowską rzecz”, to byłoby to po prostu powolne, poranne wypicie kawy na trawie, zanim jeszcze ruszą główne koncerty. Ten moment, kiedy wieś powoli się budzi, ludzie z pola namiotowego witają się, rozmawiają o zeszłym wieczorze, a wokół słychać tylko szum drzew – to jest ta chwila, kiedy natychmiast przestajesz być „obcy”, a stajesz się częścią biedowskiej rodziny.