Od lat nie podróżuję samochodem. Szkoda mi czasu i nerwów. Wciąż podziwiam tych, którzy podróżują po 1700 km samochodem, często w nim śpiąc. Na miejsce dojeżdżają skonani i jakby nie było z dwoma dniami w plecy w jedna stronę. Czy tu chodzi o ekonomię? Nie sądzę. Ale nie o tym jest ten felieton.

Ostatnio z konieczności musiałem odbyć podróż samochodem z Sopotu na południe Europy. Przemierzając Polskę, Czechy, Austrię i Włochy przeżyłem prawdziwy obraz zmian. Zaznaczam od razu, że pewne spostrzeżenia są subiektywne i nie mogą być odbierane jako jedyna racja. Kiedy osiągnąłem cel, usiadłem w fotelu, wszystko puściło i poczułem totalne zmęczenie. Jednak już podczas podróży zacząłem zauważać dość istotne zmiany. Zacznę od tego, że Polska i jej autostrada A2 to nudna, ale jednak przyjemność podróżowania samochodem. Trasa nowa, nie przepełniona samochodami. Nawet się nie obejrzysz, a jesteś na terenie Czech. Tam też podobnie, choć im dalej w głąb trasa jakby się zwężała. Noc w 4 gwiazdkowym hotelu po drodze to tylko potrzebny prysznic i sen. Hotel w moim odczuciu zasługuje, co najwyżej na 3 gwiazdki, ale przecież nie o to chodziło. Śniadanie zaskakująco dobre. A po nim szybciutko do samochodu i ruszam w drogę. Do granicy z Austrią droga, to niestety już typowa dwupasmówka, przejazd przez niewielkie miejscowości, ale Austria szybko przywitała mnie autostradą. Do Wiednia trasa podobna do tej w Polsce. Przed Wiedniem i w samym Wiedniu zacząłem zastanawiać się, po co ludzie sobie to robią? Jak można spędzać połowę swego cennego czasu w korkach? Przecież są metra, skm-ki oraz inne formy szybkiego transportu publicznego. Ponad godzina przejazdu przez stolicę kraju, który na świat wydał: Mozarta, Straussa, Klimta, Freuda, Schwarzeneggera, Laude, Falco i Hitlera. Pomyślałem jak to możliwe, że kraj gospodarczo rozwinięty jak cały mityczny Zachód, a nie dorobił się obwodnicy Wiednia. Jadąc dalej na południe wjechałem w góry. A jak wiadomo góry zawsze są piękne. Zanim jednak to nastąpiło była seria remontów autostrady, które oczywiście spowalniały jazdę. Myślę sobie, że oni te drogi mają od kilkudziesięciu lat i kiedyś trzeba je przecież naprawić. W górach jak to w górach zimno, deszczowo i pochmurno. Oczywiście nie zawsze, ale nie miałem szczęścia do słoneczka. Jazda tymi górskimi autostradami to nawet fajna rozrywka. Aż tu nagle autostrada się urywa i znów jadę dwupasmówką za tirami z prędkością 25 km/h. No bo niby jak mają te wielkie ciężarówki jechać szybciej po tych krętych, górskich drogach. Myślę sobie: kto zdecydował, aby takimi malowniczymi drogami puścić ciężki tranzyt. Nie powiem, moja podróż zaczęła mnie mocno irytować. A góry tam długie i wysokie. Po jakimś czasie znów szcześliwie swoje możliwości otworzyła autostrada, lecz niestety w ciągłym remoncie. Ale nie było najgorzej. Kiedy w radio samochodowym trafiłem na włoska stację Radio

Ottanta, wiedziałem że już dobiega końca moje prawdopodobnie ostatnie spotkanie z Austrią. Wjeżdżam do Włoch jeszcze w górach i zatrzymuje się na pierwszej stacji benzynowej. Tankuję, wchodzę do budynku, podchodzę do kasy i słyszę Salve. Odrazu ulga. Centonovantacinque Euro, Ciao i jadę dalej. Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów w temperaturze 15 stopni i zjeżdżam powoli na „płaskoniż”. „Płaskoniż” to moja prywatna nazwa rozległego płaskiego terenu, rozpościerającego się na dużych przestrzeniach, zwykle 0 n.p.m. Tam temperatura rosła jak na drożdżach, aby po oddaleniu się ok 100 km od pasma gór osiągnąć 22 stopnie. Potem już tylko wyżej i wyżej, i w miejscu mojej mety już regularne wieczorne 26 stopni. Włoska autostrada dość zatłoczona, sporo ciężarówek ale jakoś dziwnym sposobem wszyscy jadą dość szybko. Nawet opłotki Florencji nie generowały korków. I jaka jest moja ocena? Na podstawie przejechania 1800 kilometrów z północy na południe Europy stwierdzam, że Polska zaczyna wyrastać na ten odwiecznie podziwiany „zachód”. Czesi daleko za nami, Austria zachłyśnięta ciepłą wodą w kranie dziś musi zmodernizować siebie. Ale gdyby tak wykopać 450 kilometrowy tunel pod Austrią z nowoczesnymi wizualizacjami pięknych terenów i brakiem zasięgu austriackich stacji radiowych to byłoby to rozwiązanie na miarę Hudertwassera w kategorii ekstremalnych realizacji drogowych. A Włochy? Co ja będę komentował ten kraj. Im się wybacza wszystko, bo są sobą i nigdzie nie gnają.