Jak ja się cieszę, że nie robię Festiwalu Prusa, tylko Festiwal Szekspirowski! Dotarło to do mnie z całą mocą przy okazji awantury o netflixową „Lalkę” w reżyserii Pawła Maślony. Gdybym prowadziła Festiwal Prusa i pokazała ten serial w programie towarzyszącym, pół Polski zjadłoby mnie przed seansem, a druga połowa zażądałaby zwrotu pieniędzy za bilet. Następnie powołano by komisję do ustalenia, czy przeczytałam książkę. Najlepiej ze sprawdzianem.
Tymczasem Szekspir od lat przechodzi na naszym festiwalu zabiegi, których polskiemu klasykowi najwyraźniej robić nie wypada. Przerabia się go, wywraca na drugą stronę, rozmontowuje i składa z powrotem, niekoniecznie ze wszystkich części. Bohaterom wkłada się w usta słowa, których nie powiedzieli, albo takie, które zdaniem twórców powinni byli powiedzieć. Tańczy się go, rzeźbi, śpiewa i rapuje. Przeklina się go i nim przeklina. Czasem pokazuje się go nawet po bożemu, co w pewnych okolicznościach też może uchodzić za ekstrawagancję.
Publiczność bywa zachwycona, bywa wściekła, czasem rozbawiona, nawet znudzona, gdy reżyserzy postanowili nie zrobić w oryginalnym tekście skrótów, najczęściej jest jednak ciekawa – jak tym razem obejdziemy się z Szekspirem. Na szczęście jednak Stratfordczyk nie był wielkim Polakiem. Gdyby bowiem był, miałabym znacznie trudniejszą pracę.
W polskim życiu kulturalnym wielki pisarz, jak się okazuje, ma obowiązki również po śmierci. Musi stać prosto, wyglądać godnie i potwierdzać to, czego nauczyliśmy się o nim w szkole. Absolutnie nie powinien zaskakiwać. Od zaskakiwania są debiutanci, którym jeszcze można czegoś nie wydrukować. Klasyk zaś powinien być rozpoznawalny, najlepiej już z daleka, po kostiumie.
W przypadku „Lalki” szczególne poruszenie wywołuje to, że bohaterowie przeklinają, mają ciała, a twórcy obchodzą się z ich losami z daleko idącą swobodą. Czytam te protesty i zastanawiam się, w którym momencie szacunek do literatury zaczął oznaczać obowiązek utrzymywania jej bohaterów w stanie odświętnym. Jakby arystokracja mogła bankrutować, pogardzać ludźmi i handlować małżeństwami, pod warunkiem że robi to piękną polszczyzną.
Oczywiście można uważać, że serial jest niedobry. Można zarzucać mu chaos, płaskie postaci, dowcip, który nie śmieszy, albo współczesność przyszytą do kostiumu tak grubą nicią, że widać ją z sąsiedniej kamienicy. W recenzjach pojawiają się takie argumenty i warto ich słuchać. Swoboda artystyczna nie zapewnia automatycznie talentu. Dopisanie przekleństwa nie zastępuje napisania dobrej sceny. Ale między „to się nie udało” a „tego nie wolno było zrobić” jest spora różnica. W tej różnicy mieści się właściwie cała moja praca.
Gdybyśmy z kuratorami mieli przy układaniu programu Festiwalu Szekspirowskiego sprawdzać przede wszystkim zgodność przedstawień z oryginałem, potrzebowalibyśmy przede wszystkim kolorowych zakreślaczy. Sprawdzalibyśmy i zakreślali: o, tu Hamlet mówi coś, czego Hamlet nie mówi! A gdzie ten Makbet poszedł? Przecież on tam nie chodzi! Dlaczego Romeo ma jeansy?! Przecież on nie ma jeasnów! A na końcu: protokół, podpis, odmowa wjazdu do Gdańska. Tylko po co wtedy festiwal? Żeby co roku potwierdzać, że tekst nadal znajduje się w tekście? Nie każda interpretacja musi mi się podobać. Niektóre najchętniej bym zapomniała. Zdarza się, że po spektaklu człowiek nabiera ochoty na trzy godziny wiernego recytowania didaskaliów, by odzyskać równowagę. Jednak nawet wtedy nie przychodzi mi do głowy, że należałoby ustanowić graniczny urząd kontroli Szekspira.
Z Prusem jesteśmy ostrożniejsi. Jakby jego pozycja była tak krucha, że kilka odcinków serialu może ją naruszyć. A przecież „Lalka” pozostaje na półce. Netflix nie wszedł nam do mieszkań i nie podmienił zakończenia w książkach. Można wrócić do powieści, porównać, pokłócić się z twórcami. Można nawet dzięki tej kłótni przeczytać ją uważniej.
Szczególnie zastanawia mnie gotowość, z jaką zatrudniamy zmarłych pisarzy jako rzeczników własnego oburzenia. Prus przewraca się w grobie – oznajmiamy, nie dopuszczając możliwości, że może spokojnie leży. Albo że interesowałoby go coś innego niż nasza lista uchybień. Nie wiemy tego przecież. W jego imieniu wypowiadamy się jednak z pewnością, na którą żywy autor rzadko może liczyć. Szekspir też zapewne przewracałby się w grobie, gdyby musiał obejrzeć wszystko, co z nim zrobiono. Przy tak bogatym repertuarze zdążyłby już wrócić do pozycji wyjściowej.
Może właśnie tego trzeba życzyć Prusowi: wielu adaptacji, udanych i nieudanych, wiernych i bezczelnych. Tak wielu, żeby pojedyncza przestała wyglądać jak referendum w sprawie jego wielkości. Żeby można było po prostu powiedzieć: świetne. Albo: fatalne. I przejść do rozmowy o tym, dlaczego.
Na razie z ulgą wracam do Festiwalu Szekspirowskiego. Tam też zdarzają się awantury, ale przynajmniej nie muszę tłumaczyć, dlaczego pozwoliłam obrazić wielkiego Polaka. Chociaż po tylu latach obecności w Gdańsku Szekspir powinien uważać. Jeszcze ktoś przyzna mu obywatelstwo. I wtedy będę w tarapatach.



