Kilka tygodni temu uruchomiłem Astrę - nowy model OpenAI, który CEO Nvidii, Jensen Huang, określił mianem AGI. Artificial General Intelligence, czyli, przynajmniej według definicji, ogólna sztuczna inteligencja zdolna dorównać człowiekowi, a być może również go przewyższyć, we wszystkich procesach poznawczych. Brzmi jak fragment kiepskiego filmu science fiction. Problem w tym, że tym razem film wydarzył się na moim biurku.
Z czasem dostęp do modelu ograniczono. Mam również wrażenie, zaznaczam: jako użytkownik, że ograniczono część jego możliwości. Zdążyłem jednak sprawdzić rzecz znacznie ciekawszą: czy naprawdę potrafi zrobić wszystko to, co człowiek robi przy komputerze. Powiedziałem więc: „Przejmij kontrolę nad moim komputerem. Będę ci mówił, jak ma wyglądać wnętrze, a ty zbuduj je w programie 3D”. I zbudował. Na moich oczach powstawał trójwymiarowy projekt wnętrza. Nie użyłem myszki. Nie nauczyłem się programu. Nie obejrzałem czterdziestu tutoriali na YouTubie. Po prostu mówiłem. Potem pojechałem do stolarza. Wspólnie naszkicowaliśmy mebel. Poprosiłem Astrę, żeby zamieniła szkic w projekt wykonawczy. Pięć minut później dokumentacja leżała na biurku stolarza. Spróbowałem czegoś innego. Pokazałem rysunek przedstawiający bohatera gry i powiedziałem: „Zbuduj świat podobny do Minecrafta. Chcę po nim chodzić. Chcę móc polecieć na Księżyc, a tam ma mnie przywitać Mały Książę”. Chwilę później grałem z synem w świecie, który jeszcze przed momentem istniał wyłącznie w jego wyobraźni.
Kolejny test był znacznie mniej romantyczny. Dokumenty dotyczące postępowania profesorskiego i regulujące je ustawy są dla mnie, delikatnie mówiąc, mało przyjazne. Powiedziałem więc: „Stwórz portal dla osób ubiegających się o tytuł profesora. Niech prowadzi człowieka krok po kroku i mówi mu, co powinien zrobić, jakie dokumenty przygotować i w jakiej kolejności”. I znów: powstał.
Mój prywatny sprawdzian potwierdził więc hasło, którym reklamowana jest nowa generacja sztucznej inteligencji: można zrobić właściwie wszystko, co człowiek robi na komputerze. Najbardziej niezwykłe nie było jednak nawet to, że AI wykonało te zadania. Bardziej zdumiewał mnie sposób, w jaki to robiło. Mówiłem do telefonu normalnym językiem. Nie pisałem kodu. Nie tworzyłem skomplikowanych promptów. Nie uczyłem się obsługi nowych programów. Mówiłem, czego chcę, i byłem rozumiany. Każde z tych zadań zajmowało najwyżej kilkadziesiąt minut. Gdybym chciał przeprowadzić podobne procesy tradycyjnie, potrzebowałbym projektantów, programistów, grafików, konsultantów, wielu spotkań, tygodni albo miesięcy pracy i zapewne bardzo pokaźnego budżetu.
I tu zaczyna się właściwy problem. We wrześniu, podczas międzynarodowej konferencji w Warszawie, rozmawiałem o tym z profesorami uczelni artystycznych z całej Europy. W czasie tych rozmów, podobnie jak podczas wielu innych debat o sztucznej inteligencji, odnosiłem wrażenie, że pod powierzchnią argumentów, definicji i akademickiego spokoju unosi się coś znacznie bardziej pierwotnego.
Niepokój. Jakby wszyscy czuli, że coś właśnie się kończy, ale nikt nie był jeszcze pewien co. Padały pytania o przyszłość artystów, projektantów, architektów, muzyków. O przyszłość tych wszystkich zawodów, w których przez lata najważniejszym kapitałem była zdolność zamieniania wyobraźni w rzeczywistość. Bo jeśli dziś wystarczy powiedzieć: „zbuduj”, „narysuj”, „napisz”, „zaprojektuj”, „zaprogramuj” - to kim właściwie staje się twórca?
Operatorem własnej intencji?
Kuratorem możliwości maszyny?
A może kimś jeszcze innym?



