Natalia Muianga

Bez cudzych twarzy

Zdjęcia:  Krzysztof Szlęzak
Makijaż:  Marta Furdyna
Stylizacja:  Adrian Holc

Krzysztof Szlęzak

Telewizja nauczyła ją znikać za cudzymi twarzami. Dziś Natalia Muianga robi rzecz trudniejszą: wychodzi na scenę jako ona sama. Jeszcze nie wydała debiutanckiej płyty, a ma za sobą Open’era, zwycięstwo w „Twoja twarz brzmi znajomo” i nominację do Bursztynowego Słowika. Rozmawiamy z nią w momencie, w którym rozpoznawalność wyprzedziła repertuar – o budowaniu własnego języka, muzycznym rzemiośle, autentyczności i o tym, czy największe sceny można zdobyć, zanim publiczność naprawdę pozna własną muzykę artystki.

Jeszcze nie wydałaś debiutanckiej płyty, a za tobą Open’er, Edison Festival, wygrana w „Twoja twarz brzmi znajomo” i nominacja do Bursztynowego Słowika. Masz czasem poczucie, że wszystko dzieje się szybciej, niż zdążyłaś to sobie zaplanować?

Oj tak, dużo się wydarzyło w tym i w poprzednim roku. Jakiś czas temu, podczas innego wywiadu zapytano mnie o moje marzenie. Odpowiedziałam wtedy, że jest nim zagranie na Open’erze. I dwa miesiące temu to marzenie się spełniło! Teraz pracuję nad kolejnymi singlami i staram się czerpać radość z tego, co robię. Powoli zbieram publiczność, która ze mną zostaje, śpiewam, piszę piosenki o tym, co myślę i co czuję. Na moich koncertach gram autorskie utwory, mam ich już wystarczająco dużo, by zagrać cały autorski koncert. Jednak każde wydanie singla wymaga czasu i nakładów finansowych, więc jak tylko udaje mi się zarejestrować kolejny utwór, od razu się nim dzielę.

Co jest teraz ważniejsze, jeszcze większa scena czy zbudowanie publiczności, która przyjdzie już konkretnie na Natalię Muiangę?

Marzy mi się trasa po teatrach, po kameralnych klubach. Planuję koncerty z moim zespołem, chcę docierać do większej liczby ludzi, żeby pokazać to, co dotychczas zrobiłam, by dzielić się utworami, jakie mam.

Rozpoznawalność zdobyłaś, śpiewając cudze piosenki. Co z tamtego etapu zabierasz ze sobą, a co musisz zostawić, żeby zacząć mówić własnym głosem?

Dziś pisanie własnych piosenek pozwala mi wyrazić to, co czuję najbardziej. Zaczynałam od coverów, to moje korzenie. Wiele się nauczyłam, śpiewając standardy jazzowe, klasyki Elli Fitzgerald, Franka Sinatry czy Billie Holiday, ale również słuchając i starając się interpretować piosenki Amy Winehouse, Etty James. Ci artyści przede wszystkim ukształtowali mnie muzycznie. Kolejnym krokiem było dla mnie tworzenie własnych utworów. Piszę o miłości, o zaufaniu, o pożegnaniach, o budowaniu nowej drogi, nowego rozdziału. Myślę, że te treści łączą ludzi i pozwalają dotrzeć do każdego. W końcu każdy przeżył jakąś miłość - spełnioną lub nie. Chciałabym, by moje piosenki dawały nadzieję, że miłość - czy po prostu spełnienie - przyjdzie w odpowiednim momencie.

Telewizja nagradzała cię za coś dość przewrotnego - za to, jak dobrze potrafisz przestać być Natalią Muiangą i stać się kimś innym. Teraz próbujesz zrobić dokładnie odwrotną rzecz. W której z tych sytuacji czujesz się pewniej?

W „Twojej twarzy” wręcz nie mogłam być sobą. Mimo, że pod maską kryłam się ja, kreowałam wizerunek innego artysty, w którego miałam się wcielić. Przyznaję, to była świetna zabawa, ale dziś wiem, że najlepiej czuję się, śpiewając swoje utwory bez maski. Kiedy wchodzę na scenę, pozbywam się jakiegoś wstydu i pewnych ograniczeń - mogę tańczyć, rozładować emocje, a kiedy jestem smutna, wyrzucić to z siebie. To miejsce, które pozwala mi być w pełni sobą, nawet bardziej niż w codzienności.

Zatrzymajmy się przy „Ile snów nam zostało”. Ten utwór powstawał prawie cztery lata, a jego finałem była produkcja z Michałem Langem. Kim była Natalia, która zaczęła go pisać, a kim ta, która go skończyła?

Zupełnie inną dziewczyną. Wtedy jeszcze za bardzo nie wiedziała, co ją czeka i gdzie ostatecznie ten utwór nagra. Czasami zapisuję coś w swoim telefonicznym notesie i potem do tego wracam, i tak było z tym utworem. Ta piosenka jest właśnie o tym - o historii, o czasie, który mija, i o tym, że zmieniamy się z jego biegiem. Dojrzewamy. O to też chodzi, żeby celebrować małe chwile, cieszyć się teraźniejszością. Nie skupiać się na tym, co będzie, tylko doceniać to, co mamy w danym momencie. Dlatego jeśli mamy ochotę do kogoś zadzwonić, spotkać się z kimś, czy wyjechać, to nie zwlekajmy. Gdy zaczynałam pisać ten utwór, zupełnie nie spodziewałam się, jak potoczy się moje życie. Że będę mieszkać w Warszawie, że wezmę udział w programie, że wystąpię na Open’erze i innych festiwalach. Tamta Natalia jeszcze nie była tego świadoma, pisząc pierwsze wersy „Ile snów nam zostało”.

Co sprawiło, że po latach chciałaś do tego utworu wrócić?

Bo czułam, że są w nim fajne słowa: „Dla Ciebie będę powietrzem, abyś mnie wdychał, i kroplą wody, byś mógł mnie dotykać”. Ciągle miałam je gdzieś w głowie i chciałam do nich wrócić. Stwierdziłam, że powinnam je ożywić na nowo, dać im drugie życie, zamiast z nich rezygnować. Napisałam też wiele utworów, z których po prostu zrezygnowałam. Jednak czasem wystarczy tylko upływ czasu i nowe spojrzenie na dany utwór. Czy nowe osoby, z którymi zaczynam nad nim pracować, lub nowe przeżycie, które natchnie mnie, żeby wrócić do piosenki i zrobić ją trochę inaczej - wymyślić inną melodię, albo inny tekst.

„Dzień dobry, to ja!” miało być właściwie tylko zabawą do jednej rolki. W którym momencie trzy przypadkowe słowa przestają być internetowym eksperymentem, a zaczynają być prawdziwą piosenką?

Poznałyśmy się w naszym menedżmencie Kayax, napisałyśmy ten utwór dokładnie w tym miejscu, w tej sali, gdzie właśnie rozmawiamy. Magda Bereda zaprosiła mnie do swojego cyklu utworów, które powstają z trzech słów. Jej fani podsyłają po jednym słowie, a ona spośród setek wybiera trzy. Przeglądałyśmy ten zbiór. Ja chciałam wybrać coś w stylu „wiśnia” – bardziej słodkie, ładne słowa, ale Magda powiedziała, żebyśmy zaryzykowały z „magazyn” i „guzik”. Zwrot „Dzień dobry” wybrałyśmy niemal od razu jednogłośnie i potraktowałyśmy to jako jedno hasło. To było wyzwanie, żeby z trzech różnych słów stworzyć jeden utwór, ale przecież lubię wyzwania! Owocem tego spotkania był pierwszy szkic piosenki „Dzień dobry, to ja!”.

Dopiero budujesz własny muzyczny język. Co się z nim dzieje, kiedy do procesu twórczego wpuszczasz kogoś, kto słyszy muzykę zupełnie inaczej niż ty?

W tym roku miałam już okazję stworzyć duet z Michałem Wiraszką - liderem zespołu Muchy. Te współprace bardzo mnie inspirują. Praca w duetach, z inną osobą, to coś zupełnie innego, nawzajem się uczymy i inspirujemy. Praca z Magdą była dla mnie fajnym przeżyciem, tym bardziej że po raz pierwszy tworzyłam piosenkę z trzech słów. To było bardzo kreatywne zadanie, wyobraźnia musiała się nieźle napracować, szukając skojarzeń. Początkowo miała to być tylko piosenka pod jedną rolkę na Instagrama, ale komentarze fanów zachęciły nas, żebyśmy stworzyły całość. Spotkałyśmy się więc jeszcze raz w studiu i dokończyłyśmy ten projekt wraz z producentem Piotrem Bogutynem. Powstał pozytywny utwór, który zachęca do tego, żeby uśmiechać się do ludzi i nie bać się powiedzieć nieznajomemu „dzień dobry!”. Bo w codziennym życiu czasem o tym zapominamy – na przykład wchodzimy do windy i nie witamy się. U mnie w bloku czasem się nie mówi, więc chyba muszę nauczyć tego sąsiadów (śmieje się). Choć jak każdy człowiek i ja czasem się zamyślę i sama zapomnę się przywitać. To normalne, po prostu starajmy się być uważni na drugiego człowieka, ale nie porównujmy się z nikim, każdy z nas jest wyjątkowy. Wierzę, że jeden uśmiech może zmienić czyjś dzień na lepszy.

Krzysztof Szlęzak

Twój muzyczny dom był mieszanką kultur, ojciec z Mozambiku, polska mama, Gdańsk, jazz, pop i polskie szlagiery. Co z tego naprawdę słychać dziś w twojej muzyce, a co jest raczej częścią biografii niż brzmienia?

Najbardziej czuję moje mozambijskie korzenie, w tym, że kiedy leci muzyka, to od razu chce mi się tańczyć! Jednak to, co śpiewam, jest bliżej jazzu, czyli muzyki nowoorleańskiej, niż muzyki typowo afrykańskiej. Mój tata oczywiście dzielił się ze mną tradycyjnymi brzmieniami i kulturą muzyczną Mozambiku, ale mnie zawsze ciągnęło do bluesa, jazzu i soulu, czyli w sumie też do „czarnej muzyki”, jednak mającej swój początek w innym regionie świata. Jestem wdzięczna moim rodzicom – to oni zaszczepili we mnie pasję do muzyki, puszczając ją w domu i zapisali na pierwsze lekcje wokalne. Z kolei z moim dziadkiem, nieraz śpiewaliśmy dawne polskie szlagiery czy pieśni wojskowe. Pamiętam, jak kiedyś, jako malutka dziewczynka, zaśpiewałam na głos w autobusie do jednego z pasażerów „Proszę pana, proszę pana, taka jestem zakochana”.

Ja też pamiętam takie śpiewanie z moim dziadkiem. Do tej pory, jak słyszę fragment „Jedzie w las ułan”, to wzruszam się, bo myślę o nim. Może „dziadkowie z Pomorza” tak mają…

W moim domu było dużo różnorodnej muzyki. Pamiętam też piosenki Edyty Geppert, czy Anny German. Będąc małą dziewczynką, przysłuchiwałam się im. To wszystko mnie ukształtowało i spowodowało, że czerpiąc z muzyki innych ludzi, zaczęłam tworzyć swoją stylistykę. Gdy w moim domu pojawił się komputer, to algorytmy YouTube’a doprowadziły mnie np. do „Fever” Peggy Lee, czy „At Last” Etty James.

W czasach, kiedy w studiu można poprawić właściwie wszystko, ty świadomie nagrywasz na taśmę, która nie wybacza. Czym jest dla ciebie rzemiosło muzyczne w nowoczesnej twórczości?

Przede wszystkim żywą historią. To moje dziedzictwo, z którego się wywodzę – jazz, czy studia na Akademii Muzycznej w Gdańsku. To dla mnie forma ciągłości. Analogowa technika pozwala mi przenieść się do dawnych czasów i sprawdzić, jak odnalazłabym się w tamtej rzeczywistości. Ostatnio po raz pierwszy miałam okazję pracować z taśmą w studiu Macieja Milewskiego. To doświadczenie dało mi poczucie „prawdy”, bo w tej technice nie ma możliwości sklejania fragmentów. Nagrywa się dłuższą część ciągiem, więc za bardzo nie ma miejsca na pomyłki, ani na późniejsze przearanżowanie. W tym rzemieślniczym podejściu odnalazłam największą autentyczność.

Z jednej strony cenisz niedoskonałość, żywe instrumenty, taśmę i sytuacje, w których nie da się wszystkiego poprawić. Z drugiej – rozpoznawalność dała ci bardzo precyzyjnie wyprodukowana telewizja rozrywkowa. Nie czujesz między tymi dwoma światami sprzeczności?

Nie widzę tu sprzeczności. Żyjemy w erze cyfrowej, gdzie informacje ze świata polityki, społeczeństwa czy kultury docierają do nas z wielu źródeł. Udział w talent show, czy innym muzycznym programie był dla mnie formą sprawdzenia się, ale też przeżyciem fajnej przygody. Do pierwszego programu poszłam w wieku 17 lat. Wtedy dodało to „mały procent” do mojej rozpoznawalności”. W tym momencie pojawili się moi pierwsi odbiorcy, ciekawi mnie i moich artystycznych wyborów. Wiem, że nawet parę osób obserwuje mnie nadal, co jest ogromnie miłe. Życie pokazało mi, że udział w jednym programie czy dwóch, nie daje gwarancji „sławy”. To długi proces, a największe doświadczenie przyniosła mi „droga poza kamerami”. Dla mnie, okazało się, że bycie aktywnym w social mediach jest najskuteczniejszą drogą do promocji muzyki i dotarcia do szerszego grona odbiorców. Natomiast udział w programach pokazał mi, że życie może być wyreżyserowane, ale to to prawdziwe pokaże jak autentyczni jesteśmy i zweryfikuje nasze umiejętności.

Krzysztof Szlęzak

Skoro tak ciągnie cię do analogowego świata, masz w domu gramofon?

Teraz uwaga, moja największa wtopa – nie mam gramofonu (śmiech). Ale mam masę płyt winylowych, większość z nich dostałam w prezencie. Na przykład płytę Adele, którą oprawiłam w ramkę. Na koncercie Raye miałam okazję ją poznać i sprezentowała mi swój winyl! Z kolei od sąsiadów dostałam płytę Niny Simone. Wiadomo, że słuchamy aktualnie muzyki przez aplikacje streamingowe, co jest bardzo wygodne, ale płyty winylowe są po prostu piękne, można je kolekcjonować. To mnie tak nakręca, że jak w końcu wydam swoją płytę, chcę, by pojawiła się również na winylu. Wtedy w końcu będę musiała kupić gramofon, by jej posłuchać.

Warszawa mocno przyspieszyła twoją karierę, ale kiedy mówisz o domu, cały czas wracasz do Gdańska. Żeby zawodowo ruszyć do przodu, musiałaś z niego fizycznie wyjechać?

Warszawa mnie po prostu przyciągnęła, bo przeprowadziłam się tu dla pracy, dla nagrań do programu „Twoja twarz brzmi znajomo”. Byłam gotowa na szybsze tempo pracy, nastawiona na to, że przyjeżdżam tutaj, żeby się działo więcej. To była intensywna praca – codziennie próby, przygotowania, przymierzanie strojów i masek, uczenie się słów i choreografii. Zajmowało to mój grafik przez parę miesięcy non stop. To był najbardziej intensywny okres w moim życiu. Zaczęło się od „Twojej twarzy”, a potem praca tu rozwinęła się i zostałam w Warszawie. Jednak moje serce wciąż jest bliżej Gdańska, tam mam rodzinę.

Dziś twoje życie jest realnie rozpięte między tymi dwoma miastami: w Warszawie masz pracę i nowe środowisko, w Gdańsku zespół, rodzinę i przyjaciół. Gdzie właściwie czujesz, że jesteś „u siebie”?

Jeszcze w czasie nagrywania programu moje drogi połączyły się z managementem Kayax. Zawsze mi się marzyło, by mieć swoją menedżerkę i teraz ją mam, co mnie bardzo cieszy. Trzeba jednak podkreślić, że mój zespół wciąż jest w Gdańsku i tam bardzo często bywam na próbach, widuję się z chłopakami z zespołu. Tam też mam moją rodzinę, więc do Gdańska przyjeżdżam często. Moje Trójmiasto o mnie pamięta, bo zaprasza mnie na różnego typu wydarzenia. Uwielbiam tam wracać. To po prostu moje miasto. W Warszawie jestem w pracy, buduję tu nowe przyjaźnie, relacje, kontakty, ale moja rodzina i przyjaciele są w Gdańsku.

Chwilę temu stanęłaś na scenie Opery Leśnej jako artystka bez debiutanckiej płyty i konkurowałaś o Bursztynowego Słowika z nazwiskami, które mają za sobą lata kariery. Statuetki nie udało się zdobyć. Czy takie momenty bardziej uczą cierpliwości, czy podnoszą apetyt na to, co będzie dalej?

To było dla mnie wielkim wyróżnieniem - stanąć na deskach sceny Opery Leśnej i zaśpiewać swój autorski utwór. I jak się okazuje - wcale nie trzeba mieć za sobą płyty, by wziąć udział w konkursie. W Operze Leśnej na „Top of The Top” występowałam już drugi raz. Pierwszy wykonałam czołówkową piosenkę programu Big Brother TVN, parę lat temu. Może ktoś z czytelników to pamięta? (śmiech) Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że w przyszłości będę pisać swoje utwory i z nimi wezmę udział z moim 14 osobowym zespołem, pewnie bym w to nie uwierzyła. Jestem szczęśliwa i dumna, że w końcu dojrzałam do tego by dzielić się swoimi piosenkami i że zostaną one docenione. Czy takie momenty nauczyły mnie cierpliwości? Już nie muszą, bo mam jej w sobie naprawdę wiele i gdybym przejmowała się wynikami konkursów, pewnie już dawno musiałabym przestać śpiewać. Jestem zwyczajnie szczęśliwa, że los daje mi takie chwile jak ta! Po festiwalu dostałam masę pięknych komentarzy i wiadomości, co mnie naprawdę wzruszyło. Dzięki temu czuję głód na kolejne utwory i lecę dalej ze świadomością, że są wspaniali ludzie, którzy czekają na moje kolejne piosenki!

Telewizja bardzo szybko przypisała ci wizerunek „skromnej, nieśmiałej i miłej dziewczyny”. Czujesz, że to rzeczywiście ty, czy taki obraz zaczyna być w pewnym momencie kolejną rolą, z której trzeba się uwolnić?

Dziękuję, miło mi to słyszeć. Wydaje mi się, że po prostu jestem sobą. Staram się nie udawać nikogo innego i fajnie, jak ludzie to doceniają, jak zostają ze mną na dłużej, także w mediach społecznościowych. Staram się pokazywać siebie taką, jaka jestem na co dzień, nie jest to żadna rola. Jeśli określa się mnie jako „grzeczną”, to rodzice na pewno będą dumni (śmiech)! Ale wiem też, że jeśli trzeba, to potrafię walczyć o swoje.

Czyli maski, które dały ci dużą rozpoznawalność, dziś świadomie zdejmujesz po to, żeby pokazać publiczności siebie w czystej formie?

Tak, zdejmuję wszystkie maski i serdecznie zapraszam do przekonania się na żywo, jaka jestem naprawdę - na moich koncertach. A najbliższy koncert w Trójmieście zagram w grudniu, w Starym Maneżu w Gdańsku.

Budujesz repertuar singiel po singlu. Co musi się wydarzyć, żeby te utwory przestały być zbiorem kolejnych premier i stały się pierwszą płytą Natalii Muiangi?

Cóż, najbardziej niecierpliwa jestem w kwestii wydawania utworów, bo zamiast zniknąć i zamknąć się w studiu na parę długich miesięcy, wolę dzielić się niewydanymi jeszcze utworami podczas koncertów. A gdy nagram piosenkę w studiu, to od razu wypuszczam efekt mojej pracy, zazwyczaj wraz z teledyskiem. Nie zwlekam. I tak singiel po singlu, utrzymując systematyczność - to strategia, którą teraz obrałam. Za chwilę kolejny singiel pt. „Pokochaj Mnie Ponownie”. Do nagrań zaprosiłam nawet kwartet smyczkowy. To będzie soulowy walc o tym, że w sukcesie i w kryzysie, prawdziwa miłość przetrwa wszystko. Będzie romantycznie i elegancko. Staram się regularnie dzielić kolejnymi utworami, a za jakiś czas pewnie złożę to wszystko w jeden album. Póki co, testuję niewydane jeszcze utwory na żywo podczas koncertów, jeśli jesteście ciekawi większej części mojego repertuaru, to spotkajmy się na koncercie!

 Natalia Muianga

Wokalistka, autorka tekstów i kompozytorka młodego pokolenia, znana z wyjątkowej charyzmy scenicznej. Szeroka publiczność poznała ją dzięki udziałowi w programach „Mam talent!”, „The Voice of Poland” oraz „Twoja twarz brzmi znajomo”, który zwyciężyła. Pochodzi z Gdańska i jest absolwentką wokalistyki jazzowej Akademii Muzycznej w Gdańsku. W swoim repertuarze łączy autorskie utwory, m.in. „Wolę jedno”, „Va Bank”, „Kruche” i „Beznamiętnie”, z oryginalnymi interpretacjami światowych przebojów. Swobodnie porusza się między popem, soulem, bluesem, jazzem i rockiem. Jest laureatką Grand Prix prestiżowego Ladies’ Jazz Festival.