Polska, najfajniejsza dziewczyna w klasie
Polska została właśnie najfajniejszą dziewczyną w klasie. A przynajmniej bardzo chcieliśmy, żeby nią została.
W połowie sierpnia, gdy piszę ten felieton, nie cichną echa afery związanej z raportem „Polaków Portret Własny”, która zakończyła się dymisją pełnomocniczki rządu ds. promocji marki Polski, dr hab. Barbary Mróz-Gorgoń. Nie wiem, jak bardzo ten temat jest obecny w Waszych bańkach, ale jeśli przegapiliście go, bo akurat osobiście zajmowaliście się reprezentowaniem naszego kraju podczas zagranicznych wakacji i przez myśl nie przeszło Wam, że budujecie właśnie markę „Polska”, to przypomnę Wam, co poszło nie tak w kraju.
Otóż okazało się, że raport „Polaków portret własny – Część I. Raport o DNA marki Polska – perspektywa wewnętrzna”, który powstał pod kierownictwem pani Mróz-Gorgoń dla Fundacji Marka Polska Think Tank, miał tyle błędów, językowych dziwactw i śladów charakterystycznych dla generatywnej AI, że błyskawicznie stał się internetowym memem. Katowice znalazły się na północy Polski, język polski pomieszał się z angielskim w stylistyczny „ponglish”, nie zgadzała się liczba polskich noblistów, a wśród języków, którymi mieli biegle posługiwać się Polacy, pojawił się mandaryński. I to tylko część atrakcji.
Sam dokument został zaprezentowany na konferencji „Przyszłość Marki Polska”, zorganizowanej w listopadzie ubiegłego roku przez Akademię Leona Koźmińskiego w Warszawie. Pani Mróz-Gorgoń objęła później funkcję pełnomocniczki rządu do spraw promocji marki Polski. Całość tej historii łatwo znaleźć w sieci, a ja pochylę się nad jej aspektem szczególnie bliskim mojemu sercu – dyplomacją publiczną.
Przez siedem lat byłam – z przerwą na pracę w Polsce – najpierw wicedyrektorką, a następnie dyrektorką Instytutu Kultury Polskiej w Nowym Jorku, placówki dyplomatycznej polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, odpowiedzialnej właśnie za dyplomację publiczną. Żeby najlepiej wyjaśnić Wam, jak to działa i co ma wspólnego z marką Polski, posłużę się metaforą.
Wyobraźcie sobie klasę, w której uczniowie znają się od siódmego roku życia. Są już – powiedzmy – w szóstej klasie i nagle któregoś dnia pojawia się wychowawca z nową uczennicą i mówi: to jest Wasza nowa koleżanka, ma na imię Polska i chcę Was zapewnić, że jest najfajniejsza. Przeczytała bardzo dużo książek, świetnie gra w piłkę nożną, jest najpiękniejsza, na pianinie gra mazurki jak nikt inny, a jej rodzice bardzo dużo zainwestowali w zajęcia pozalekcyjne, niezwykle drogie stroje, gruntowne wykształcenie oraz szałowego fryzjera. Każdy z jej dziadków walczył w jakimś powstaniu. Od dzisiaj proszę ją doceniać, lubić i bawić się z nią na każdej przerwie.
A wystarczyłoby zrozumieć, że zamiast zachwalać koleżankę, warto zapytać pozostałych, kim są, co ich interesuje, jakie osoby najbardziej cenią, co najbardziej lubią w swojej klasie i czy nie chcieliby poznać dziewczynki, która przyjechała do ich kraju z daleka i jest ich bardzo ciekawa.
Markę Polski buduje każdy polski turysta, każdy student wyjeżdżający na Erasmusa, polskie diaspory za granicą, artyści, naukowcy, przedsiębiorcy i dyplomaci. Budują ją także instytucje takie jak Instytut Adama Mickiewicza, zatrudniające ludzi, którzy zamiast bez końca badać zalety własnego kraju, próbują zrozumieć, co dzieje się gdzie indziej, co ludzi interesuje i co z tego, co mamy do zaoferowania, naprawdę warto im pokazać. Buduje ją także każdy z nas, kiedy spotyka w Polsce zagranicznego turystę.
Dyplomacja publiczna polega – wracając do metafory – na wejściu do klasy pełnej uczniów skromnie, po cichu, ale z pomysłem. Na uczeniu się razem z grupą przez kilka miesięcy, czasem lat, zapisaniu się na wspólne zajęcia i pokazaniu na nich mimochodem, jakie z nas kozaki w tej czy innej dyscyplinie. Na zaśpiewaniu przy ognisku piosenki tak, że wszystkim opadną szczęki, i zbudowaniu takich relacji z całą klasą, żeby uczniowie chcieli nas zapraszać i o nas mówić, żebyśmy byli u nich na urodzinach, a oni odwiedzali nas w domu – z ochotą i ciekawością.
Marka „Polska” nie jest własnością rządu, profesorów tworzących raporty ani specjalistów od marketingu. Wszyscy mogą na nią wpływać, ale nikt nie może jej zadekretować. Gdyby było inaczej, jako dyrektorka teatru mogłabym po prostu wydać zarządzenie, że mój teatr jest „odważny, nowoczesny i otwarty”. Chciałabym mieć taką moc, ale o tym również decydują wyłącznie widzowie. To ich opinie tworzą markę teatru, którym zarządzam.
W końcu dzwoni dzwonek na przerwę. Koleżanka Polska wychodzi z klasy. I właśnie to, co pozostali mówią o niej po jej wyjściu, jest marką Polski.



