Mariusz Paszkiel

Gościnność bez schematów

Wemadeitok

Mikołaj na plaży w środku lata, kilogramowe pączki, bokserska gala z elegancką kolacją i potańcówki na hotelowych tarasach. Mariusz Paszkiel, dyrektor generalny Sheraton Sopot, od trzech lat konsekwentnie pokazuje, że pięciogwiazdkowy hotel nie musi oznaczać przewidywalności. Rozmawiamy o przełamywaniu hotelarskich schematów, zmieniającym się Sopocie, budowaniu relacji z lokalną społecznością i o tym, dlaczego nawet najlepsza infrastruktura nie zastąpi dobrego serwisu.

Zaczynał pan od przygotowywania sal bankietowych i pracy w szatni, później został Dyrektorem Sprzedaży Roku i dyrektorem warszawskiego Marriotta. Hotelarstwo było planem czy raczej przypadkiem, który z czasem zamienił się w plan?

Nie, to nastąpiło dość spontanicznie. Pochodzę z małego miasta - Ostrowca Świętokrzyskiego i zapragnąłem szukać szans w Warszawie. Podejmowałem się tam różnych prac, aż kolega zachęcił mnie do przyjścia do Hotelu Victoria. Zaczynałem od przygotowywania sal bankietowych na imprezy i konferencje, pracy w szatni, ale mówiłem sobie, że kiedyś chciałbym być dyrektorem generalnym warszawskiego Marriotta. Zajęło mi to 20 lat, ale się udało – a teraz jestem tutaj.

Trzy lata temu objął pan stery Sheraton Sopot. Dlaczego właśnie ten hotel?

Znałem ten hotel i jego kadrę z dwumiesięcznego projektu wsparcia działu sprzedaży. Dlatego, gdy ktoś spytał mnie, gdzie chciałbym pójść dalej, wspomniałem o sopockim Sheratonie, a parę tygodni później otrzymałem propozycję pracy. Zdecydowałem się przede wszystkim dlatego, że znałem jego potencjał i wiedziałem, że to hotel z ogromnymi możliwościami, które warto wykorzystać. Od początku mój cel był jeden: wyprowadzić ten obiekt na wyższy poziom, zarówno jeżeli chodzi o wyniki finansowe jak również patrząc z marketingowego punktu widzenia. Patrząc na opinie gości i wyniki – chyba się udaje.

Natalia Kuna

Znał pan ten obiekt wcześniej. Co zobaczył pan w nim wtedy, czego być może nie dostrzegał ktoś patrzący wyłącznie z perspektywy gościa?

Na pewno lokalizacja. Konkurencja hoteli nadmorskich jest wprawdzie duża, ale pod względem położenia nie mamy sobie równych: to niesamowite widoki z pokoi bezpośrednio na morze, molo i tętniący życiem Sopot.

Lokalizacja jest ogromnym atutem, ale Sopot ma też drugą stronę – bardzo wyraźną sezonowość. Jak prowadzi się pięciogwiazdkowy hotel w mieście, które latem i zimą funkcjonuje niemal jak dwa różne miejsca?

Obejmując ten obiekt, żartowałem, że goście są tu zawsze, obłożenie jest cały rok i trzeba tylko tego dopilnować. A mówiąc poważnie: sezonowość i pogoda to ogromne wyzwanie. Latem dominuje gość indywidualny i w przypadku braku pogody ciężko znaleźć plan B na wypełnienie hotelu. Ten rok pokazuje że trochę się to zmienia i pomimo nie najlepszej pogody tego lata, goście wybierają Sopot bo nasz Bałtyk, ma swój niepowtarzalny urok niezależnie od warunków atmosferycznych. Trzeba też pamiętać, że mamy ponad 3000 m² przestrzeni konferencyjnej, która pozwala pomieścić około 1000 osób. Od września do czerwca to właśnie grupy biznesowe, konferencje i bankiety stanowią nasz główny przychód.

Zmienia się zresztą nie tylko sezon, ale i sam Sopot. Część nocnego życia Trójmiasta przeniosła się do Gdańska. To dla was konkurencja czy raczej korzystna zmiana profilu miasta?

Magia Sopotu wciąż działa. Profil naszego gościa nieco się zmienił – Sopot przeszedł ewolucję z miejsca głośnych, imprezowych tłumów w stronę lokalizacji bardziej ułożonej, bezpiecznej i eleganckiej. I jako hotelarz bardzo ten kierunek cenię. Nie postrzegam Gdańska jako zagrożenia. Sopot ma swoją niepowtarzalną atmosferę, do której ludzie wracają. Ostatecznie wygrywa na tym całe Trójmiasto, bo oferuje różnorodne doświadczenia w ramach jednej destynacji.

Mówi pan o bardziej eleganckim, spokojniejszym Sopocie, a jednocześnie sam lubi pan trochę zamieszać. Od czego zaczął pan przełamywanie hotelowych schematów?

Od początku zależało mi na wprowadzaniu niestandardowych rozwiązań i cieszy mnie, że zespół podchwycił to podejście. Dziś pracownicy sami wychodzą z inicjatywami, co uważam za nasz największy sukces. Postawiliśmy na przełamywanie schematów. Wprowadziliśmy na przykład koncept „Tłusty Czwartek w każdy czwartek”, serwując autorskie pączki, a w sam Tłusty Czwartek – słynne już w Polsce kilogramowe pączki-giganty. Z kolei na tarasach uruchomiliśmy darmowe potańcówki dla mieszkańców i turystów.

Kilogramowy pączek i potańcówki na tarasie brzmią jeszcze dość niewinnie. Jak daleko poszliście później?

Zamiast klasycznych ofert świątecznych i sylwestrowych chciałem mieć Mikołaja na plaży… latem. Zespół początkowo myślał, że żartuję, ale ostatecznie Mikołaj zrobił furorę, rozdając prezenty gościom na leżakach. Innym razem zamiast standardowej kolacji wyprawiliśmy dla klientów wieczór w apartamencie prezydenckim, gdzie jedzenie serwowaliśmy z szuflad, a bar - z deski do prasowania. Także pomysłów jest sporo, ale nie chcę za dużo zdradzać, no może poza koncepcją naszego tegorocznego Sylwestra.

Natalia Kuna

Skoro Mikołaj pojawił się już latem na plaży, trudno będzie go przebić. Czym chcecie zaskoczyć podczas najbliższego Sylwestra?

Nasz motyw przewodni na ten rok to cyrk, a cel to Sylwester, jakiego Trójmiasto jeszcze nie widziało. Szykujemy widowisko z pełną oprawą: muzyką na żywo, DJ-em, występem zespołu, a wisienką na torcie będzie show taneczne i wyjątkowa , cyrkowa scenografia. Widziałem pierwsze nagrania promocyjne i powiem szczerze: miałem ciarki. Oczekiwania gości z roku na rok rosną, a my nie chcemy ich zwieść. Mamy dobre wyniki, jesteśmy bardzo aktywni w social mediach, jesteśmy postrzegani jako obiekt prestiżowy a zarazem niestandardowy , a wciąż nie odkryliśmy wszystkich kart.

Skąd bierze się tyle pomysłów? To sposób na wyróżnienie hotelu czy po prostu pana sposób myślenia o gościnności?

Niestety tak – pomysłów mam aż za dużo (śmiech). Wraz z działem marketingu, działami operacyjnymi tworzymy m.in. nasz Sheraton Book Club i organizujemy spotkania z wyjątkowymi gośćmi, takimi jak były Ambasador Stanów Zjednoczonych Mark Brzezinski czy wernisaże między innymi Kasi Davies czy Anny Halarewicz. W Trójmieście konkurencja jest duża, a ceny w sezonie wysokie. Gość oczekuje więc najwyższej jakości oraz wartości dodanej – i my musimy mu to zapewnić.

Można mieć najlepszą lokalizację, widok na morze i pięciogwiazdkową infrastrukturę. Co jednak naprawdę sprawia, że gość chce wrócić do konkretnego hotelu?

Mam świadomość wieku obiektu, ale kluczem do sukcesu są ludzie i serwis który dostarczają naszym gościom. W komentarzach naszych gości powraca wątek świetnego zespołu i atmosfery, dzięki której goście czują się u nas jak w domu. Uwagi krytyczne też są ważne, bo pozwalają poprawiać błędy – kluczowe to wysłuchać gościa i zareagować na to co mówi. Budynek można odświeżyć, ale to ludzie tworzą jakość, dla której się wraca, a dla nas to główny cel.

Po intensywnym lecie zaczyna się zupełnie inny etap hotelowego roku. Co będzie się działo u was jesienią?

Zmieniliśmy formułę naszych piątkowych bufetów przy muzyce na żywo i co miesiąc serwujemy smaki z innego zakątka świata. Ponadto, po raz kolejny dołączamy do akcji sieci Marriott „You Eat, We Give”, z której dochód przekażemy Fundacji Unaweza Martyny Wojciechowskiej. Wracamy też z dużymi akcjami charytatywnymi – po udanej gali z Kubą Błaszczykowskim, jesienią organizujemy wydarzenie z fundacją Magdy Różczki „Ukochani”. Przed nami również tematyczne imprezy takie jak Halloween czy Andrzejki. Jednocześnie intensywnie pracujemy nad kalendarzem konferencyjnym już na przyszły rok, żeby oprócz stałych, corocznych konferencji pozyskać nowe, międzynarodowe co również przełoży się na pokazanie Sopotu jako wyjątkowej destynacji.

Wemadeitok

Sheraton z definicji może sprawiać wrażenie miejsca trochę niedostępnego dla kogoś, kto akurat nie nocuje w hotelu. Chcecie ten dystans świadomie skracać?

Chcemy przełamywać barierę ekskluzywności. Cenię sobie współpracę z władzami miasta Sopot i MOSIRem, które dają nam możliwość realizacji naszych niestandardowych pomysłów. Na naszych tarasach organizujemy otwarte dla wszystkich potańcówki z muzyką na żywo i pokazami tańca. Mieszkańcom oferujemy dedykowane zniżki z Kartą Sopocianina w ramach akcji „Poniedziałki dla Sopocian” oraz zapraszamy do naszego nagradzanego wieloma nagrodami Sea Soul Spa. Partnerujemy też lokalnym inicjatywom i klubom sportowym, jak Trefl Gdańsk czy Ogniwo Sopot. Zależy nam na budowaniu bliskich relacji z otoczeniem także poprzez niestandardowe działania.

Jednym ze sposobów jest kultura. Sheraton Book Club i wernisaże w hotelowym lobby pokazują, że mieszkańcy rzeczywiście chcą tu przychodzić. Hotel może dziś pełnić rolę lokalnego miejsca spotkań?

Kulturę traktujemy jako naturalną część naszej tożsamości. Przykładem jest Sheraton Book Club czy Gatherings by Sheraton, projekty dedykowane lokalnej społeczności. Sheraton Gatherings, czyli cykl wernisaży w naszym lobby organizowany we współpracy z lokalną galerią Cosma. Na otwarciach wystaw lobby pęka w szwach, co pokazuje, że mieszkańcy potrzebują takich inicjatyw.

Drugim ważnym dla pana obszarem jest sport. Skąd tak silna obecność Sheratona przy lokalnych klubach i wydarzeniach sportowych?

Sport był mi bliski od zawsze. Kiedy objąłem stanowisko w Sopocie, naturalnym krokiem było zaangażowanie hotelu w lokalne środowisko sportowe. W biznesie stawiam przede wszystkim na relacje i wzajemne zaufanie – jeśli relacje są dobre i czujemy się jak rodzina, biznes przychodzi sam.

Dlatego wspieramy m.in. mistrzowski klub rugby Ogniwo Sopot, wchodząc w skład ich Klubu Biznesu i organizując dla nich coroczne bale. Z kolei z Treflem Gdańsk zaczęliśmy od wspólnej prezentacji drużyny na naszej plaży a obecne relacje to coś wyjątkowego i współpraca na zasadzie wzajemnego zaufania. Lubimy też zaskakiwać. Organizujemy w naszej sali konferencyjnej galę boksu z elegancką kolacją i transmisją na żywo w telewizji Polsat. Chcemy pokazać, że potrafimy łączyć świat luksusowej gościnności ze sportowymi emocjami.

Natalia Kuna

Sport, kultura, wydarzenia, restauracja – ale jest jeszcze Sea Soul Spa. Co ma sprawić, że ktoś z Trójmiasta wybierze właśnie was, nawet jeśli nie jest hotelowym gościem?

Nasze Sea Soul Spa jest otwarte dla każdego, nie tylko dla gości hotelowych. Pod kierownictwem nowej menedżerki z dużym doświadczeniem w branży podnieśliśmy jakość i zmieniliśmy filozofię. Stawiamy na niestandardowe rytuały – oferujemy m.in. masaże dla dwojga połączone z kursem masażu czy autorskie zabiegi relaksacyjne.

Ogromnym atutem jest infrastruktura: wyremontowana strefa basenowa i jacuzzi, sauny, prysznice wrażeń oraz butikowa siłownia z salą do zajęć grupowych. Stale rozwijamy ofertę, bo potencjał tego miejsca jest ogromny.

Dużo mówi pan o doświadczeniu i serwisie, ale sam budynek też musi się zmieniać. Gdzie dziś najbardziej potrzebne są inwestycje?

Inwestujemy w nowy sprzęt w salach konferencyjnych, zainwestowaliśmy w nowy wygląd tarasu naszego Baru 512 oraz restauracji, a w dłuższej perspektywie pojawiają się większe inwestycje. Jednak moim głównym celem jest stałe podnoszenie jakości obsługi. Inwestycje w budynek są ważne, ale to serwis i ludzie decydują ale trzeba o nich z gościem otwarcie rozmawiać. Do miejsca z doskonałą obsługą i atmosferą po prostu chce się wracać a to przecież o to chodzi.

Za tym serwisem stoją ludzie, a hotelarstwo jest branżą, w której ogromną część zespołów tworzą młodzi pracownicy. Pan – wbrew częstemu narzekaniu na młode pokolenie – mówi o nim bardzo dobrze. Dlaczego?

Kluczem jest odpowiedzialność kadry menedżerskiej. Nie zgadzam się z narzekaniem na młode pokolenie. Ci ludzie wychowali się w świecie cyfrowym, mają mnóstwo świeżych pomysłów i świetnie czują trendy. Najgorsze, co menedżer może zrobić, to zignorować ich inicjatywy i pomysły. Młodzi muszą czuć, że są słuchani, a ich głos ma realny wpływ na funkcjonowanie hotelu. Naszą rolą jest ich poprowadzić i pokazać perspektywy rozwoju, jakie daje globalna sieć Marriott. Jeśli stwarzamy przestrzeń do dialogu i wskazujemy ścieżkę kariery, zyskujemy zaangażowany zespół, który przekłada tę energię na bezpośredni kontakt z gościem.

Słuchając o wszystkich tych projektach, trudno podejrzewać pana o brak energii. Potrafi pan w ogóle naprawdę nic nie robić?

Na co dzień napędza mnie sport – dzień zaczynam od treningu o 5 rano a kończę często o 21 czy 22 dlatego ta poranna sportowa rytuna napędza mnie do działania i daje energię na cały dzień. Ale kiedy przychodzi czas urlopu, wybieram ciszę. Wyjeżdżamy wtedy z żoną i trzema psami na Mazury: ryby, łódka, leżenie i nic nierobienie. Taki reset w otoczeniu natury pozwala mi naładować baterie i wrócić ponownie do swoich zajęć ze zdwojoną energią..