Anna Kądziela-Grubman

Cicha siła trójmiejskiego kina

Miejsce : Kino Watra  Makijaż: Dominika Renkas

Karol Kacperski

Od ćwierć wieku współtworzy filmową mapę Trójmiasta, choć sama częściej pozostaje za kulisami niż w świetle reflektorów. Anna Kądziela-Grubman stoi za Sopot Film Festivalem, DKF-em Kurort i Dniami Krytyki Filmowej, współtworzy Międzynarodowy Festiwal Animafest oraz Kino Letnie w Orłowie i kino na dachu Teatru Szekspirowskiego. Jako selekcjonerka regularnie jeździ też na najważniejsze międzynarodowe festiwale, między innymi do Cannes i Wenecji, skąd przywozi do Trójmiasta przedpremierowe tytuły i filmowe odkrycia. Opowiada o budowaniu publiczności, potrzebie rozmowy, pracy opartej na pasji i planie przywrócenia regularnych seansów studyjnych Sopotowi.

Żyjemy w rzeczywistości zdominowanej przez algorytmy i scrollowanie. Ty od 25 lat proponujesz widzom coś dokładnie odwrotnego: skupienie, wspólne przeżywanie i kino, które nie zawsze daje łatwe odpowiedzi. Czy ambitny film ma jeszcze szansę wygrać z ekranem telefonu?

Kino autorskie zazwyczaj w ogóle nie daje odpowiedzi albo robi to bardzo niejednoznacznie. I to właśnie jest w nim fascynujące. Dzięki temu rodzi się przestrzeń do namysłu, refleksji i różnych pól interpretacji. Kiedy zaczynaliśmy, rzeczywistość była analogowa. Przy mniejszym dostępie do filmów było więcej miejsca na ich kontemplację. Dziś dostęp jest nieograniczony, a pytanie brzmi raczej: czy kino ma szansę wygrać z platformami streamingowymi?

Tęsknię trochę za światem, w którym nie wszystko było dostępne online, dlatego niezmiennie zajmuję się popularyzacją sztuki filmowej i stwarzam przestrzeń do wspólnego oglądania filmów – najlepiej w ciemnej sali kinowej, która jest dla mnie świątynią kina. Czasem po to, by wspólnie szukać odpowiedzi, a czasem, żeby dobrze się bawić. Za światem social mediów i skrótowością ich przekazu nie przepadam.

A jednocześnie bez nich trudno dziś sprzedać bilety i dotrzeć z festiwalem do ludzi. Nie ma w tym hipokryzji?

Wszystko zależy od tego, jak z nich korzystasz – przecież nie szukasz tam tego samego, czego w kinie. Jako narzędzie dotarcia do widzów sprawdzają się bardzo dobrze. Zastępują też niestety media tradycyjne. Wolałabym kupić papierową gazetę z repertuarem i recenzjami albo mieć jej wersję online, ale od lat obserwujemy kryzys i zanikanie tradycyjnego dziennikarstwa. Wszystko zależy od tego, co scrollujesz – merytoryczny kontent, którego szukam, też tam znajduję.

Czy pamiętasz moment, w którym poczułaś, że połknęłaś bakcyla?

Kino fascynowało mnie od dziecka – i od strony opowieści, i tajemnicy języka filmowego. Wychowałam się na programach telewizyjnych „Perły z Lamusa” i „Kocham kino”, gdzie seansom towarzyszyły fascynujące rozmowy. Oglądałam filmy po kilka razy, za każdym razem odkrywając nowe niuanse. Myślę, że mocno mnie to ukształtowało. W szarej rzeczywistości tamtych lat kino otwierało mi też drzwi do bardziej kolorowego świata. W liceum w zasięgu ręki pojawił się Festiwal Filmowy w Gdyni – nie tylko seanse, ale też spotkania z twórcami.

Karol Kacperski

Później wybrałaś specjalizację filmoznawczą. Studia zaspokoiły ten głód?

Wręcz przeciwnie – wzbudziły jeszcze większą ciekawość. Wyszłam z nich z dużym niedosytem. Historia kina jest ogromna, a dostęp do filmów był wtedy mocno ograniczony. Na zajęciach oglądaliśmy pojedyncze tytuły, ale resztę trzeba było zdobywać samemu – z wypożyczalni, często „spod lady” albo z przeglądów w DKF-ie Żak.

Brakowało mi też dyskusji. Jeszcze na studiach założyliśmy w Sopocie własny klub filmowy. Marzyło mi się też stworzenie festiwalu na wzór Nowych Horyzontów – wydarzenia, które pokaże zarazem historię kina, nowe zjawiska i przede wszystkim tytuły z obiegu festiwalowego, które nie trafiają do regularnej dystrybucji.

Kończąc filmoznawstwo, myślałam też o produkcji filmowej w Łodzi, ale zabrakło mi odwagi. Zamiast tego zaczęłam produkować wydarzenia dla kinofilów. Przez wiele lat kino pozostawało naszą „drugą pracą” – mówię „naszą”, bo do tego świata zaprosił mnie Michał, pomysłodawca Sopot Film Festivalu, do którego dołączyłam przy trzeciej edycji.

Kiedy zorientowaliście się, że ten „drugi etat” wymaga już pełnego zaangażowania?

Przełomem była pandemia, która wielu osobom przewartościowała życie zawodowe i prywatne. Podobnie było z nami. Organizowaliśmy już siedem wydarzeń rocznie i nie byliśmy w stanie łączyć ich z pracą na etacie. Musieliśmy zdecydować, czy naprawdę stawiamy wszystko na kino. Wybraliśmy tę drugą drogę. Michał założył studio filmowe i zajął się produkcją form wizualnych – często staję z nim po drugiej stronie kamery. To dało nam elastyczność czasową i pozwoliło rozwinąć nasze imprezy.

„Postawić wszystko na kino” - w kulturze takie historie często opowiada się jak romantyczną drogę za pasją. Czy nie przykrywa to jednak faktu, że cały system opiera się na ludziach pracujących ponad siły i długo godzących się na finansową niepewność?

Praca w kulturze czy szerzej sektorze kreatywnym zawsze wiąże się z dużą ilością projektów, które tworzy się równolegle i trybem „poza godzinami” pracy. Nie znam w niej osób, które nie mają kilku różnych działalności. Taka specyfika. Dla nas był to świadomy wybór. Czy wyszło romantycznie jeszcze się okaże (śmiech).

Dzisiaj jako selekcjonerka jeździsz na najważniejsze międzynarodowe festiwale, między innymi do Cannes i Wenecji. Jak dochodzi się do pozycji, która otwiera takie drzwi?

Odwiedzam te miejsca przede wszystkim jako selekcjonerka i dyrektorka programowa. Oglądam filmy przedpremierowo, żeby później budować program naszych wydarzeń. To efekt wieloletniej pracy nad poziomem merytorycznym i marką Sopot Film Festivalu, ale też Animafestu, którym programowo zajmuje się przede wszystkim Michał. Oba festiwale są zrzeszone w międzynarodowych sieciach. Takie partnerstwa pomagają rozwijać nasze pomysły, nawiązywać kontakty i zaistnieć w międzynarodowym środowisku filmowym.

Jednym z twoich autorskich projektów są Dni Krytyki Filmowej w Gdyni. Dlaczego poczułaś, że takie wydarzenie jest potrzebne?

Pomysł zrodził się dziewięć lat temu. Obserwowałam kryzys tradycyjnych DKF-ów, które prezentowały głównie klasykę, a ja chciałam rozmawiać o kinie współczesnym i poszerzać konteksty tych rozmów. Z drugiej strony internet dawał pole do anonimowego krytykanctwa, a rzetelnych recenzji ubywało. Chciałam stworzyć przestrzeń do merytorycznej dyskusji ekspertów, ale też włączyć w nią publiczność – zapytać widzów, jak odbierają dany film i co on w nich porusza. Zestawić dwa punkty widzenia i dopuścić do głosu emocje. Nie spodziewałam się, że będziemy wspólnie siedzieć do północy i ciężko będzie te dyskusje skończyć.

Karol Kacperski

Tyle że w internecie rozmowę o filmie często zastępuje liczba gwiazdek. To jeszcze krytyka czy już konsumencki ranking?

Nie przepadam za tymi gwiazdkami i uważam, że często przez 3 gwiazdki w dół widzowie nie idą już na dany film do kina. Nawet jeśli nie jest on wybitny, widz może znaleźć w nim coś wartościowego dla siebie. Po tych 3 gwiazdkach często nawet już nie spróbuje. A dość powszechna jest opinia, że to, co podoba się krytykom, nie przypada do gustu widzom i odwrotnie. O kinie nie da się opowiedzieć tak skrótowo.

Widz bez filmoznawczego przygotowania potrafi wejść w dyskusję z krytykiem i nie czuć się intruzem?

Potrafi i ma do tego pełne prawo. Zapraszam do rozmów ekspertów, którzy nie budują dystansu, a mają jednocześnie ogromną wiedzę. Sama też ten dystans skracam – pytam z pozycji widza i dzielę się własnymi refleksjami. Cieszy mnie, że spora część publiczności zabiera głos. Płaszczyzn interpretacji filmu jest wiele, a ta przypisana ekspertowi, nie jest jedyną właściwą.

A może problem zaczyna się jeszcze wcześniej? Kino studyjne mówi o otwartości, ale jednocześnie często posługuje się językiem, który sugeruje, że bez znajomości Godarda, Bergmana, nie należy się do klubu. Środowisko ambitnego kina samo nie odstraszyło części publiczności?

Myślę, że wiem, o co ci chodzi – pewną elitarność intelektualną i postawę „znam się na kinie, więc zrobię wykład”. Te czasy na szczęście mijają. Dziś jest spore grono świetnych znawców, którzy chętnie dzielą się wiedzą bez traktowania widzów „z góry”. Jako kuratorka bardzo dbam, żeby te spotkania były egalitarne i włączające. Moją główną rolą jest popularyzacja sztuki i wiedzy filmowej, a wydarzenia, które tworzymy z Michałem, mają podnosić kompetencje kulturowe widzów, a nie rozliczać ich z wiedzy, którą posiadają.

Kto dziś tworzy tę publiczność?

Przekrój wiekowy jest bardzo duży, nie ma reguły. Wszystko zależy od tytułu i tematyki filmu. Przychodzi zarówno dojrzała publiczność, która pamięta jeszcze legendarne „Konfrontacje filmowe” i tłumne DKF-y z lat 70., jak i wielu młodych ludzi, licealistów, studentów, a także widzów, którym brakowało miejsca do dzielenia się emocjami po filmie czy przestrzeni na zdobycie wiedzy filmowej.

Anna Kądziela-Grubman

filmoznawczyni, kuratorka i selekcjonerka filmowa. Dyrektorka programowa Sopot Film Festivalu i DKF Kurort oraz pomysłodawczyni Dni Krytyki Filmowej w Gdyni. Od 2010 roku prezeska Stowarzyszenia Kulturalnego Hamulec Bezpieczeństwa, organizującego festiwale, przeglądy i plenerowe pokazy filmowe w Trójmieście. Od lat zajmuje się promocją ambitnego kina autorskiego i przybliżaniem trójmiejskiej publiczności filmów nagradzanych na najważniejszych światowych festiwalach.

rowadzisz też Filmowe Podsumowanie Roku. Dlaczego wciąż potrzebujemy wielogodzinnych rozmów o kinie, skoro większość opinii mieści się dziś w półtoraminutowej rolce?

Myślę, że głównie dlatego, że półtoraminutowa roleczka, o której mówisz, nadaje się na reklamę naszego przeglądu, a nie recenzję filmu i ciągle są widzowie, którzy szukają pogłębionej i rzetelnej krytyki filmowej. Ten przegląd od dwóch lat ma również formę debaty. Zapraszam dziennikarzy i krytyków, z którymi omawiamy poszczególne tytuły, podsumowujemy to, co wydarzyło się najważniejszego w światowym kinie - to porządkuje i utrwala. Publiczność potrzebuje takiej rozmowy, bo kultura znika z tradycyjnych mediów. Bywa, że nawet świetni krytycy muszą dziś nagrywać krótkie i efektowne materiały. Filmowym Podsumowaniem świadomie wracamy do takiej formy rozmowy o kinie, która przypomina dyskusje w programach telewizyjnych czy audycjach radiowych.

Na scenie częściej widać ciebie, ale wszystkie projekty tworzysz razem z Michałem. Jak dzielicie się tym filmowym światem?

Dni Krytyki i Filmowe Podsumowanie Roku są „moimi projektami”, dlatego częściej stoję z mikrofonem i prowadzę dyskusje. Jako filmoznawczyni dobrze czuję się w rozmowach z krytykami i twórcami. Ale zawsze pierwsze rozmowy o programie prowadzimy we dwójkę, nie raz spierając się, które tytuły pokazać. Michał patrzy na kino jak praktyk – scenarzysta, reżyser, montażysta i bardzo cenię jego zdanie. Programujemy wspólnie główne sekcje Sopot Film Festiwalu, DKF, kina plenerowe, ale Animafest merytorycznie jest głównie jego dzieckiem. Dzielimy się też selekcją, nie zawsze oglądamy te same filmy, ale potem tworzymy razem ostateczny kształt imprezy. Wspólnie też rozwijamy wszystkie wydarzenia. Stanowimy partnerski duet i osobno żadne z nas nie byłoby dzisiaj zawodowo, w tym miejscu, w którym jest.

Program festiwalu ma być autorską wypowiedzią selekcjonera czy odpowiedzią na oczekiwania publiczności?

Zdecydowanie wypowiedzią selekcjonera, choć jedno nie musi wykluczać drugiego. Programowanie zaczyna się od pomysłu na sekcje i tematy, a dopiero potem przychodzą konkretne tytuły i wyłapywanie tendencji w kinie. Nie układamy programu wyłącznie według własnego gustu – rola kuratora to ukazanie różnorodności kina, choć każda selekcja jest w pewnym sensie autorska. Na festiwalu kluczowe są też pokazy przedpremierowe.

Karol Kacperski

Jak daleko sięga ta swoboda? Czy można mówić o pełnej niezależności programowej, kiedy festiwal korzysta z dotacji, wsparcia partnerów i publicznych przestrzeni?

Nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś ingerował w program. Sami też nie uprawiamy cenzury – to sprzeczne z naszą misją i wolnością sztuki. Uważamy, że sztuka powinna przekraczać granice i przełamywać tabu. Zdarzało się natomiast, że to widzowie wychodzili z kina i np. nagrodzony Złotą Palmą film przerastał ich granice tolerancji. Moją rolą jest stwarzać przestrzeń do prezentacji takich filmów, a prawem widza zdecydować, czy to jest dla niego.

Zanim film trafi do programu, trzeba go jednak najpierw znaleźć. Ile produkcji oglądacie w trakcie jednej selekcji?

Z boku może wyglądać to efektownie, ale w rzeczywistości jest żmudną pracą. Selekcja to bardzo długi proces, który trwa miesiącami. Godzinami oglądamy filmy ze zgłoszeń, opisujemy, katalogujemy, oceniamy. Wyjazdy na polskie i zagraniczne festiwale przełamują rutynę, choć cztery czy pięć seansów dziennie przez kilka dni, to też mały maraton.

Skoro produkuje się dziś więcej filmów niż kiedykolwiek, selekcja powinna być łatwiejsza. A jednak twierdzisz, że coraz trudniej znaleźć rzeczy naprawdę wartościowe.

Produkcja rośnie, ale nie zawsze przekłada się na poziom czy dostępność tytułów. Rynek filmowy i polityka dystrybucyjna zmieniają się bardzo dynamicznie. Wyraźnie skróciło się okno dystrybucji kinowej i filmy, moim zdaniem, za szybko wchodzą na platformy streamingowe. Coraz więcej produkcji jest też finansowanych przez nie, co oznacza, że, nawet jeśli film pojawi się w konkursie głównym w Wenecji, to nie wejdzie do kin tylko od razu na platformę. Ta polityka niestety bezpośrednio wpływa na naszą pracę. W ostatnich latach dystrybutorzy coraz rzadziej ryzykują wprowadzaniem niszowego kina do regularnej dystrybucji.

Sopot Film Festival niedawno się zakończył, a wy już organizujecie kolejne pokazy, Animafest, Cinematykę i Filmowe Podsumowanie Roku. Kiedy właściwie odpoczywacie?

Udaje nam się złapać oddech pomiędzy przeglądami i przewietrzyć głowę. Regularność pracy, sprawdzony zespół i odpowiedni podział zadań to klucz do w miarę normalnej pracy, choć bez tej po godzinach nie ma szans. Zdarzają się momenty przeładowania, kiedy musimy odpocząć nawet od oglądania filmów. W wakacje staram się całkowicie odcinać od ekranu. Choć czasem jestem zmęczona, po pewnym czasie zaczyna mi brakować emocjonalnego rezonansu, jaki daje kino.

Karol Kacperski

Mówisz o przeładowaniu, a bierzecie na siebie zadanie jeszcze większe niż organizacja kolejnego festiwalu: chcecie przywrócić kino miastu, które od lat nie potrafiło stworzyć dla niego stałego miejsca.

W Sopocie do marca niezmiennie było kino, a stałe miejsce po Multikinie ciągle stoi, tyle że puste. We wrześniu ruszamy z nowym projektem – „falującym” Kinem Bałtyk. Będą to regularne pokazy kina studyjnego, którego dotąd w Sopocie brakowało. Nawiązujemy do starego Kina Bałtyk, które mieściło się kiedyś przy Monciaku. Ponieważ nie mamy stałego miejsca, pokazy będą odbywały się w różnych lokalizacjach, m.in. w Teatrze Atelier czy Teatrze Boto. Nie chcemy siedzieć z założonymi rękami – to na razie projekt przejściowy, do grudnia.

„Falujące” kino brzmi romantycznie, ale czy nie jest po prostu elegancką nazwą dla kina, które wciąż nie ma własnego miejsca?

Brzmi też bardzo sopocko i nadmorsko. Tak, to nazwa skrojona pod obecną sytuację. Dobrze, jeśli wywoła dyskusję o potrzebach mieszkańców i możliwościach miasta. Dla mnie kino studyjne to znacznie więcej niż tylko regularne seanse. To przestrzeń – fizyczna, i mentalna – ale też społeczność, która buduje się wokół i ludzie, którzy rozmawiają o kinie i powracają. Tak zbudowaliśmy społeczność wokół sopockiego DKF’u i Festiwalu. Może uda się też przy Kinie Bałtyk.

Czy nie macie poczucia, że jako organizacja pozarządowa próbujecie dziś naprawić coś, czego przez lata nie rozwiązało miasto?

Problem braku kina studyjnego w Sopocie nie był tak wyrazisty, dopóki działało Multikino. Pojawiały się tam tytuły kina autorskiego, choć wielu świetnych filmów nie można było obejrzeć przez ograniczoną dystrybucję. Nikt tego szczegółowo nie analizował, póki kino po prostu działało. Zgłosiliśmy się do Miasta z pomysłem na rozwiązanie przejściowe, dostaliśmy dofinansowanie i wsparcie. Teraz jest właściwy moment, by porozmawiać o przyszłości kina w Sopocie i sprawdzić, czy nasza propozycja znajdzie odbiorców.

Co po tylu latach wciąż daje ci w kinie największą satysfakcję?

Odkrywanie. Każdy film jest jak podróż w nieznane i fascynująca przygoda. A ja lubię kino drogi i sama lubię być w podróży. Odkrywam w jakimś sensie nie tylko świat, ale też siebie. Coraz częściej szukam też historii, przy których mam ochotę zatrzymać się na dłużej. Właśnie w kontrze do pędzącego świata, w którym żyjemy. Lubię filmy zrealizowane w duchu slow cinema, poetyckie, z niespiesznym tempem narracji. Do kontemplacji. Może to mój sposób na work-life balance.

Z wiekiem zmieniło się nie tylko kino, którego szukasz, ale też sposób, w jaki je przeżywasz?

Zdecydowanie. Inaczej postrzegam kino jako dojrzała kobieta. Jako matka, nie jestem w stanie np. oglądać filmów, w których dzieciom dzieje się krzywda, albo kosztuje mnie to wiele emocji. Macierzyństwo zmieniło też moje spojrzenie na młodych ludzi – uważam, że powinniśmy oddawać im przestrzeń do działania i bardziej angażować. Ta pokoleniowa zmiana jest kluczowa, bo przyszłość kina zależy od młodych. Tradycyjne sale zamykają się, ponieważ widzów ciężko wyciągnąć sprzed ekranu TV. Kino przetrwa tylko wtedy, gdy kolejne pokolenie będzie wybierało salę kinową zamiast ekranu laptopa. Hasłem ostatniego Sopot Film Festivalu było Keep Cinema Alive i cieszę się, że młodzi widzowie mocno je podłapali.