Czy wyobrażacie sobie prezesa firmy, który wypuszcza na rynek osiem produktów rocznie, ale tylko tak na oko i mniej więcej wie, jak one będą ostatecznie wyglądały? I który, żeby zobaczyć rezultat tego, na co wydał pieniądze, musi udać się do sklepu, gdzie jego towar jest sprzedawany? Wiem, że sobie tego nie wyobrażacie, bo taka sytuacja w biznesie nie miałaby sensu. Albo czy wyobrażacie sobie prezesa, który zleca swojemu zespołowi zadanie i mówi jednocześnie: „Wymyślcie sobie cel tego projektu, bo ja go nie znam”? To również brzmi jak abstrakcja. Bo przecież w biznesie liczy się zysk. A do zysku prowadzi kierunek, na końcu którego znajduje się cel: jasno wyznaczony, sprawdzany przez mierniki, tabelki, raporty, bezpieczeństwo i stabilność.

A jednak właśnie tak działa kultura. Co roku latem, podczas międzynarodowego Festiwalu Szekspirowskiego, oprócz wielkich polskich szekspirowskich hitów oraz programu zagranicznego, zamawiamy osiem premier u artystów, którzy są na początku swojej drogi twórczej. A także u tych, którzy działają poza instytucjonalnym nurtem teatralnym. Organizujemy dwa konkursy, artyści biorą w nich udział, selekcjonerzy wybierają najciekawsze propozycje i produkcja rusza.

I gdy teraz o tym myślę, naprawdę nie wiem, czy jest w Polsce inny duży międzynarodowy festiwal, podczas którego organizatorzy do samego końca nie znają efektu zleconych — bądź co bądź — prac. Oczywiście mamy scenariusze, reżyserów, budżety, harmonogramy, umowy, Excela i wszystkie te piękne wynalazki cywilizacji, które dają ludziom złudne poczucie kontroli nad światem. Tyle że my — organizatorzy Festiwalu — sami sobie tę kontrolę jeszcze ograniczamy. Bo kiedy już wybierzemy twórców w konkursach, przelewamy im środki i dajemy wolną rękę w działaniu. Widzimy się dopiero na festiwalowej premierze. Gdy to piszę i analizuję, mnie samej wydaje się to kompletnie szalone.

A co, jeśli wyprodukujemy osiem spektakularnych porażek? Wiecie, artyści są często naprawdę bardzo młodzi, mają dzikie pomysły. Co, jeśli powstaną spektakle zbyt buntownicze, zbyt kontrowersyjne dla mieszczańskiej trójmiejskiej publiczności? Co roku trochę się tego boimy — a trochę jednak na to twórcze szaleństwo liczymy — i za każdym razem okazuje się, że festiwalowa publiczność właśnie tego oczekuje. Świeżej teatralnej krwi, nawet scenicznych potknięć, czasem upadków, ale też spektakularnych odkryć i sukcesów.

Te ostatnie zresztą zdarzają się często. Młodzi artyści po premierze na Festiwalu Szekspirowskim rozwijają skrzydła dalej: w teatrach repertuarowych, na zaproszenie innych festiwali. Są nominowani do nagród, podróżują z projektami po świecie. Oczywiście zdarzają się też spektakle, o których szybko chcemy zapomnieć, ale nawet wtedy prowadzimy długie dyskusje, bo zawsze jest ktoś, komu się podobało. I zawsze jest ktoś, kto nie rozumie, dlaczego zwycięstwo przypadło nie jego faworytowi.

I tutaj dochodzę do sedna. Prawdziwa kultura — nie ta komercyjna papka, tworzona wyłącznie po to, by relaksować na równi z popcornem, tylko ta, która zostaje w odbiorcach na długo — jest takim biznesem, którego nijak nie można zaplanować. To znaczy: w przypadku teatru niby można. Wiemy za ile, wiemy gdzie, wiemy dla kogo, wiemy nawet w jakim celu. Ale prawda jest taka, że spektakl teatralny istnieje naprawdę dopiero wtedy, kiedy po raz pierwszy spotka się z publicznością. Bo dopiero wtedy twórcy, producenci, dyrektorzy, pracownicy techniczni, czasem nawet sami aktorzy odkrywają, co właściwie stworzyli.

Amy Whitaker w książce, którą polecam wszystkim ludziom biznesu — bo przede wszystkim dla nich została napisana — „Art Thinking. How to Carve Out Creative Space in a World of Schedules, Budgets, and Bosses” („Myślenie kulturą. Jak wykroić przestrzeń dla kreatywności w świecie harmonogramów, budżetów i szefów” — tłumaczenie moje, książka niestety nie ukazała się po polsku), pokazuje, że biznes zazwyczaj porusza się od punktu A do punktu B. A w kulturze i sztuce punkt B często jeszcze nie istnieje. Trzeba go dopiero wymyślić, zobaczyć, przeczuć albo zaprojektować — zanim da się do niego racjonalnie dojść. I właśnie dlatego kreatywność jest tak trudna do pogodzenia z systemami obsesyjnie zakochanymi w miernikach, raportach i przewidywalności.

To zresztą zabawne, jak często współczesny świat mówi o innowacyjności, a jednocześnie panicznie boi się wszystkiego, czego nie da się wcześniej wpisać do tabelki. Chcemy mieć sztukę odważną, ale najlepiej taką, której rezultat będzie znany jeszcze przed rozpoczęciem prób, budżet zamknie się idealnie co do grosza, a publiczność będzie zachwycona dokładnie w zakresie przewidzianym przez arkusz kalkulacyjny.

A prawdziwe odkrycia bardzo rzadko rodzą się w atmosferze pełnej kontroli. Rodzą się raczej w chaosie, eksperymencie, pomyłce, intuicji i momentach, w których ktoś mówi: „Nie wiem, dokąd to prowadzi, ale czuję, że warto tam pójść”. I może właśnie po to jest kultura. Nie po to, żeby wszystko wiedzieć wcześniej. Tylko, żeby pokazywać nam, że warto czasem odważyć się wejść w miejsce, którego jeszcze nie ma.